Billingi Janickiego pod lupą
W śledztwie dotyczącym organizacji tragicznego lotu Tu-154M z 10
kwietnia 2010 r. prokuratorzy wystąpili o billingi siedmiu numerów telefonów.
Oficjalnie śledczy nie ujawniają, o czyje telefony chodzi, lecz jest oczywiste,
że na tej liście nie może zabraknąć numeru gen. Mariana Janickiego.
O tym, że prokuratura powinna zająć się decyzjami szefa Biura Ochrony Rządu
pozostającymi w związku z katastrofą smoleńską, przekonywał wczoraj na naszych
łamach czynny funkcjonariusz tej służby. Naturalne byłoby też zainteresowanie
rozmowami, które toczyli oficerowie BOR z grupy przygotowawczej, która miała
operować w rejonie Siewiernego.
– Prokuratura wystąpiła o billingi funkcjonariuszy biorących udział w
zabezpieczeniu tej wizyty. I te materiały zostaną przekazane, tak jak zawsze to
było czynione przez Biuro Ochrony Rządu – potwierdza mjr Dariusz Aleksandrowicz,
rzecznik BOR, w rozmowie z "Naszym Dziennikiem". Dopytywany, czy w szczególnym
zainteresowaniu organów ścigania znalazły się rozmowy telefoniczne gen. Mariana
Janickiego, odparł, że to już wszystko, co ma do powiedzenia na ten temat.
Informacje te nieprzypadkowo wychodzą na jaw w dniu, w którym opublikowaliśmy
wywiad na temat szeregu niemieszczących się w głowie patologii w BOR, o których
na własną prośbę opowiedział nam jeden z oficerów. Nasz informator sugerował,
żeby prokuratura przesłuchała w sprawie zabezpieczenia wizyty w Smoleńsku
funkcjonariuszy z różnych oddziałów tej formacji.
Z jego relacji wynika, że kierownictwo BOR wiedziało, iż lotnisko w Smoleńsku w
dniu katastrofy nie było przygotowane i nie wszystkie procedury zostały
wdrożone. – Nieprawdą jest, że gen. Janicki nie ma sobie nic do zarzucenia.
Wszyscy w BOR wiedzą, jak było – mówił funkcjonariusz. – Wszyscy wiedzą w BOR,
że lotnisko w Smoleńsku nie było przygotowane. Zresztą to zostało powiedziane
oficjalnie. Wszyscy wiedzą ponadto, że funkcjonariusze nie zostali wpuszczeni na
płytę lotniska, i to też nie jest tajemnica. Wszyscy wiedzą, że ci, którzy byli
na lotnisku i rzekomo zostali poproszeni o jakieś sprawdzenie, nie mogli tego
zrobić. Nie ma takich procedur, żeby funkcjonariusz oddelegowany do MSZ albo na
placówkę zagraniczną wykonywał inne zadania. Istnieją instrukcje ochrony
placówek dyplomatycznych, gdzie jest jasno określone, jakie zadania należą do
funkcjonariuszy BOR. Jeżeli ktoś został oddelegowany i wozi ambasadora, jest
tylko i wyłącznie kierowcą. Jeżeli wykonuje obowiązki kierowcy, nie może być
człowiekiem od przygotowań wizyty, ponieważ nie ma takiej wiedzy – relacjonował
oficer.
W kontekście informacji o tym, że Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga wystąpiła
o billingi siedmiu numerów telefonów w ramach śledztwa dotyczącego organizacji
lotu z 10 kwietnia ub.r., szczególnego znaczenia nabierają słowa oficera, który
jest przekonany, że jego dowódca miał wiedzę o tym, że Siewiernyj nie nadaje się
do przyjęcia tupolewa. – Gdyby gen. BOR dostał informację – a według mnie na
pewno taką dostał – że lotnisko nie jest przygotowane (mówili o tym koledzy,
którzy przyjechali stamtąd) – powinien na piśmie poinformować o tym ministra
spraw wewnętrznych i premiera. Powinien znaleźć się tam dopisek: "Proszę zrobić
wszystko, żeby w jakikolwiek sposób – czy to drogą radiową, czy telefoniczną –
poinformować załogę lotu PLF 101, że lotnisko Siewiernyj jest nieprzygotowane.
Zabraniam posadzenia samolotu". Gdyby Janicki tak zrobił, to sądzę, że
informacja do czasu lądowania dotarłaby do załogi. Od kolegów z przygotowania
wiem, że była możliwość lądowania na innym lotnisku – podkreślał nasz rozmówca.
– Jeżeli gen. Janicki nie powiadomił o niezabezpieczeniu lotniska ministra i
premiera, to ma sobie coś do zarzucenia – dodał.
Pomimo alarmujących sygnałów napływających już nawet z wnętrza dowodzonej przez
gen. Janickiego jednostki sam dowódca nadal nie ma sobie nic do zarzucenia.
Łukasz Sianożęcki
