Biła od niego świętość

Z Dariuszem Starką, posługującym w kościele św. Stanisława Kostki na
warszawskim Żoliborzu, odznaczonym w ubiegłym roku przez Prymasa Polski złotym
medalem "Za zasługi dla Kościoła i Ojczyzny", rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Znał Pan osobiście księdza Jerzego Popiełuszkę?
– Spotkaliśmy się tylko raz. Moje chore dziecko potrzebowało witamin i lekarstw,
a te trudno było wówczas dostać. Znajomy ksiądz proboszcz z Bielan polecił mi,
żebym udał się po pomoc do księdza Jerzego na plebanię żoliborskiego kościoła
św. Stanisława Kostki. Ksiądz Popiełuszko zajmował się wtedy również
"rozdzielaniem darów". Poszedłem więc do niego. Odbyłem wtedy krótką rozmowę z
księdzem Jerzym. Pamiętam, że pytał o dziecko, dla którego przyszedłem po leki.
Podając mi rękę na pożegnanie, dotknął obrączki, którą miałem na palcu. Od tej
pory zawsze, gdy na nią patrzę, przypominam sobie serdeczny uścisk księdza
Jerzego. Rozmowa z tym wspaniałym kapłanem wywarła na mnie niesamowite wrażenie.
Był to człowiek wielki, ktoś, kto niesie wielkie dobro. Czułem bijącą od niego
świętość…

Brał Pan udział w Mszach św. za Ojczyznę, które odprawiał ksiądz Jerzy.

– Uczestniczyłem w nich od początku [pierwszą Mszę św. za Ojczyznę ks. Jerzy
Popiełuszko celebrował 28 lutego 1982 r.], a dowiedziałem się o nich od teścia.
W jednej z nich uczestniczyliśmy całą rodziną, wraz z naszym maleńkim jeszcze
wtedy dzieckiem. W Mszach św. brałem udział, kiedy tylko było to możliwe i kiedy
pozwalały mi na to obowiązki rodzinne.

Czym były one dla Pana w czasach komunistycznego zniewolenia?
– Dostrzegam dwa oblicza tych celebracji. Pierwszym było poczucie atmosfery
wielkiej świętości i prawdy, bo Msze św. za Ojczyznę, kazania księdza Jerzego i
wystąpienia księdza prałata Teofila Boguckiego były przepojone prawdą. Prawdą,
której nie można było znaleźć w czasach PRL nigdzie z wyjątkiem książek
największych pisarzy i poetów. To w Kościele szukaliśmy możliwości poznania
prawdy o tym, co działo się z nami w tamtym okresie. Drugim oblicze tych Mszy
św. były nieustanne, pełne jadu ataki na jej uczestników ze strony mediów i
władz państwowych. Widziało się całkowitą rozbieżność między tym, co głosił i
czym żył ks. Jerzy, a tym, jak przedstawiały go władze.

Wierni tłumnie uczestniczyli w Mszach św. celebrowanych przez kapelana
"Solidarności". Niekiedy było ich tak wielu, że sprawowane były one z balkonu
kościoła, gdyż wszyscy nie mogli pomieścić się w świątyni. Czy któraś Msza św.
za Ojczyznę szczególnie utkwiła Panu w pamięci?

– Podczas jednej z nich staliśmy przed kościołem w czapkach, bo padał śnieg i
było potwornie zimno. Ksiądz prałat Teofil Bogucki powiedział nam, żebyśmy
zdejmowali je tylko na odczytanie Ewangelii i Podniesienie. Na tych Mszach św.
gromadzili się ludzie w każdym wieku. To budowało autentyczną wspólnotę,
czuliśmy, że jesteśmy razem. Atmosfera zawsze była podniosła, panował wielki
spokój i skupienie. Czuło się wolność! Dużo wnosili także aktorzy, recytowana
przez nich poezja, odpowiednio dobrane do każdej Mszy św. przepiękne śpiewy.

Jaką myśl zaczerpniętą z kazań księdza Jerzego najbardziej Pan zapamiętał?
– Zapamiętałem niezwykłą miłość do Boga, bezwzględne zawierzenie Ojcu Świętemu
Janowi Pawłowi II, najszczerszy szacunek dla Prymasa Stefana Wyszyńskiego, a
także wskazywanie właściwej drogi, drogi miłości i prawdy, zwyciężania zła
dobrem, a nie nienawiścią, żebyśmy nie próbowali odpłacać za zło tym samym.
Ksiądz Jerzy o swoich prześladowcach mówił zawsze "bracia", "bliźni". Nigdy nie
słyszeliśmy z jego ust "tamci", "oni".

W ten sposób wzywał do przebaczania, choć słowa: "Zło dobrem zwyciężaj",
niełatwo było w tamtych czasach wprowadzać w czyn…

– Rzeczywiście, niełatwo, ale te słowa każdy nosił w sercu i starał się żyć
nimi, choćby w swoim miejscu pracy. Kazania księdza Jerzego dodawały tej siły, a
także postawa innych kapłanów, którzy również jak ksiądz Popiełuszko zostali
zamordowani lub byli prześladowani. Myślę tu o księżach Stanisławie Małkowskim,
Sylwestrze Zychu, Stanisławie Suchowolcu, Stefanie Niedzielaku… Wielki wpływ
na moje życie wywarła postawa księdza prałata Teofila Boguckiego. To on, już po
śmierci księdza Jerzego, zaprosił mnie do sprawowania funkcji liturgicznych przy
ołtarzu. W 1999 r. zostałem nadzwyczajnym szafarzem, wykonuję w kościele różne
okolicznościowe dekoracje.

Ksiądz prałat Bogucki doskonale uzupełniał się z księdzem Popiełuszką…
– Świetnie oddał to Marek Frąckowiak grający księdza prałata w filmie Rafała
Wieczyńskiego "Popiełuszko. Wolność jest w nas". Miałem możliwość uczestniczenia
w zdjęciach do filmu. Podczas jego premiery w Teatrze Wielkim podszedłem do
aktora i powiedziałem, że jestem dumny z jego gry, bo oddaje ona osobowość
księdza prałata, z którym miałem szczęście się spotykać.

Co czuje Pan dziś, przed beatyfikacją księdza Jerzego?
– Wielką radość i dumę, że mogłem go poznać i uczestniczyć w Mszach św., które
sprawował. Cały czas wracam pamięcią do tego jedynego, osobistego spotkania z
księdzem Jerzym, które pielęgnuję w sercu jak relikwię. Dostąpiłem także
zaszczytu spojrzenia na niego podczas otwarcia jego trumny w kwietniu br., na co
zezwolił mi obecny proboszcz parafii św. Stanisława Kostki ks. prałat Zygmunt
Malacki.

Dziękuję za rozmowę.
 

drukuj