Biegli – sędziowskie alibi
Żeby zostać sędzią, należy skończyć studia prawnicze, obronić tytuł
magistra, zdać egzamin na aplikację ogólną, następnie odbyć aplikację
sędziowską, odbyć staż na stanowiskach asystenta sędziowskiego i referendarza
sądowego, zdać egzamin sędziowski. Oficjalne powołanie na dożywotni urząd
sędziego otrzymuje się z rąk prezydenta RP. Tyle formalne wymagania, uzupełnione
takimi oczywistościami, jak polskie obywatelstwo, nieposzlakowana opinia. Aż
tyle i tylko tyle. Wyuczony prawa sędzia ma orzekać zgodnie z własnym sumieniem,
wiedzą i doświadczeniem życiowym, a podlegać jedynie literze prawa. Nie jest
łatwo zostać sędzią, ale chyba jeszcze trudniej być sędzią sprawiedliwym.
Co robi sędzia, który poświęcił długie, młode lata życia na studiowanie
paragrafów, gdy przyjdzie mu zetknąć się z materią, o której nie ma zielonego
pojęcia. Tym bardziej że na studiach częstokroć nie poznał nawet w zarysie
takich nauk, jak pedagogika, psychologia, filozofia, teologia, nie mówiąc o
etyce i moralności? Powołuje biegłego, specjalistę, który na koszt podatnika
sporządza opinię wspomagającą wydanie wyroku i jego uzasadnienie.
Ksiądz arcybiskup Sławoj Leszek Głódź w rozmowie z "Naszym Dziennikiem"
zapowiedział wniesienie do rządu zapytania, na jakich zasadach dobierani są
przez prokuraturę i sądy biegli. Bo to ich opinie przesądziły o umorzeniu
śledztw: w sprawie znieważenia krzyża przez oklejenie go puszkami po piwie Lech,
umieszczenia na krzyżu pluszowego misia, znieważenia uczestników modlitw przed
krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. To biegli zadecydowali o odstąpieniu przez
sąd od ukarania pseudoartystki za jej "instalację", którą stanowiły fotografie
genitaliów na krzyżu, oraz satanisty drącego Biblię i obrażającego uczucia
religijne katolików.
W pytaniu o biegłych sądowych i prokuratorskich zawiera się troska o prawdziwą
niezależność sędziowską, w tym o kondycję ich sumienia, ale również chęć
poznania źródeł wiedzy, na którą powołują się biegli, tej wiedzy, która ma wpływ
na ferowane przez sądy wyroki. Jeżeli biegły prokuratury i sądu uważa, że
nazwanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego "chamem" przez Janusza Palikota nie jest
przestępstwem znieważenia najwyższego w RP urzędu, tylko realizacją wolności
słowa, a inny z kolei biegły tak podpowiada sądowi, że student Karol Litwin za
użyte sformułowania "ćwok", "prostak", "medialna dziwka" pod adresem Donalda
Tuska zostaje skazany przez sąd w Kielcach na 8 miesięcy ograniczenia wolności,
to mamy dziś obowiązek pytać o nazwiska biegłych i o zasady etyki zawodowej,
jakimi się kierują. W obu ostatnich przypadkach biegli językoznawcy robią sobie
z sądu kpiny. Najpierw biegły (będący, tak się składa, medialnym celebrytą)
prof. Jerzy Bralczyk udowadnia, że określenie "uważam za chama" nie jest tym
samym, co nazwanie kogoś "chamem", a potem arbitralnie stwierdza, że słowo to
nie jest już dziś w Polsce zniewagą, a ocena zależy od kontekstu sytuacyjnego.
Drugi biegły, ten z Kielc, co prawda dał sądowi podstawę do ukarania za
znieważające organ konstytucyjny słowa, ale zupełnie pominął, a za nim sąd, inne
– mianowicie porównanie Donalda Tuska do Józefa Goebbelsa, a prezydenta
Bronisława Komorowskiego do analfabety.
Gdzie tu sens i logika? Czy nie ginie w ten sposób dość klarowna przecież litera
prawa, gdy własne sumienie, wiedzę i doświadczenie życiowe, szczególnie w
sprawach światopoglądowych, próbuje się zastąpić bezpieczną, bo cudzą, opinią
biegłego. Sędziowie czują się bezradni czy tylko szukają dla siebie wygodnego
alibi?
Wojciech Reszczyński
Autor jest komentatorem w Programie 3 Polskiego Radia SA.
