Bezpodstawne roszczenia
Niedawno opublikowałem w „Naszym Dzienniku” dwa artykuły pokazujące, jak bezzasadne są roszczenia niektórych środowisk żydowskich pragnących wymusić na Polsce spłaty za mienie. Od czasu publikacji tych tekstów zaszło parę znaczących wydarzeń, które warto tu zaakcentować. Wbrew wysuwanym przeze mnie sugestiom, popartym oświadczeniami kilku senatorów RP, władze polskie nie zrobiły nic w celu przeszkodzenia przyjazdowi do Polski głównego żydowskiego szantażysty Israela Singera, do ostatnich dni przywódcy Światowego Kongresu Żydów. Szantażysty „wsławionego” haniebną pogróżką wobec Polski w 1996 r., zapowiadającą: „Będziemy upokarzać Polskę!”, dopóki nie spełni wszystkich roszczeń żydowskich.
Niestety, całkowicie bezowocne okazały się wystąpienia moje i innych publicystów oraz grupy senatorów i posłanki Gabrieli Masłowskiej, wskazujące na absurdalność rozmawiania w sprawie mienia polskich Żydów z przedstawicielami Żydów amerykańskich, którzy nie zrobili dosłownie nic w czasie wojny dla ratowania Żydów europejskich. Przedstawiciele władz polskich negocjowali z roszczeniowcami żydowskimi. I co najbardziej skandaliczne, robili to za plecami Narodu, konsekwentnie ukrywając cały przebieg rokowań. W prasie ukazały się potem tylko króciutkie informacje – przecieki, głoszące, że rozmowy przebiegały w „bardzo przyjaznej atmosferze”, ale nie przyniosły rezultatu.
Złodziejskie sprawki I. Singera
Niedługo potem przyszła nadzwyczaj szokująca wiadomość. Okazało się, że tak krytykowany przeze mnie I. Singer nagle został wyrzucony z hukiem ze Światowego Kongresu Żydów, w którym przez 30 lat pełnił różne kierownicze funkcje aż po godność prezesa. Co najważniejsze, Singera wyrzucono za złodziejstwo na prawdziwie wielką skalę. Według informacji „Gazety Wyborczej”, już trzy lata temu Singer wyprowadził za pośrednictwem swoich adwokatów aż milion dwieście tysięcy dolarów z kasy Światowego Kongresu Żydów. Zwrócił tę sumę Kongresowi, gdy sprawa została wykryta. Złodziejska żyłka Singera popchnęła go jednak do kolejnych kradzieży na wielką skalę. Według „Rzeczpospolitej”, Singer zdefraudował z kasy Światowego Kongresu Żydów setki tysięcy dolarów na zakupy dla żony, syna etc. Prokuratura amerykańska prowadziła przez parę lat śledztwo przeciwko Singerowi, aż wykryto w pełni jego przekręty. Poskutkowało to ostatecznym wyrzuceniem Singera ze Światowego Kongresu Żydów.
Złodziejstwa Singera nie były zaskoczeniem dla tych z nas, którzy czytali różne artykuły i wywiady prof. Normana Finkelsteina. Słynny żydowski naukowiec z USA pisał już kilka lat temu o Światowym Kongresie Żydów jako o „bandzie Edgara Bronfmana”, oskarżając władze Kongresu o wyłudzenia i przywłaszczenie bardzo dużej części pieniędzy uzyskanych z odszkodowań dla ofiar holokaustu.
Wyrzucenie I. Singera za złodziejstwo jest kolejnym potwierdzeniem absurdalności postępowania władz polskich, które wbrew poczuciu godności narodowej negocjowały z tym szantażystą. Co więcej, pozwolono mu nawet na niezwykle bezczelne zachowanie w czasie rozmów z przedstawicielami władz polskich, pohukiwanie na nich, ciągłe podnoszenie głosu – jak ujawnił już po wyrzuceniu Singera ze Światowego Kongresu Żydów poseł PiS Marek Suski. Te ujawnione zbyt późno fakty stały w jaskrawej sprzeczności z poprzednimi kłamliwymi przeciekami o tym, że rozmowy z organizacjami żydowskimi odbywały się jakoby w „bardzo przyjaznej atmosferze”. Ciekawe, kto jest najbardziej odpowiedzialny za dojście do niczym nieuzasadnionych rozmów z żydowskimi roszczeniowcami, prowadzonymi przez Singera: tak silne lobby prożydowskie w MSZ (M. Kozłowski, R. Wiśniewski, H. Szlajfer, R. Schnepf i in.), czy prożydowskie lobby w Kancelarii Prezydenta (E. Junczyk-Ziomecka, E. Jakubiak i in.)?
Ostatnio można było przeczytać w prasie kolejne dość szokujące informacje. Dowiedzieliśmy się z „Rzeczpospolitej”, że Izrael zamierza włączyć się w negocjacje między polskimi władzami a środowiskami żydowskimi w sprawie odszkodowań za mienie. Włączenie się przedstawicieli Izraela w takie negocjacje oczywiście wyraźnie wzmocni siłę żydowskich presji na Polskę. Cała sprawa jest jednak tym bardziej szokująca, że nigdy przedtem w przeszłości Izrael nie próbował się włączać w tego typu negocjacje, choć toczyły się one między organizacjami żydowskimi a licznymi państwami. Izrael nie chciał zrażać do siebie poszczególnych państw.
Nieuzasadnione ingerowanie Izraela w negocjacje w sprawie roszczeń żydowskich jest tym bardziej szokujące, gdy zważymy, że od dłuższego czasu obserwujemy bardzo wielkie przymilanie się strony polskiej do Izraela. Prezydent Lech Kaczyński powiedział w czasie wizyty w Izraelu, że Polska jest „najlepszym przyjacielem Izraela”. Jak widać, Izrael wcale nie chce być jednak najlepszym przyjacielem Polski. Kosztem ciągłego przymilania się do Izraela może być tylko ostateczne pogorszenie stosunków Polski z krajami arabskimi, a nawet ich całkowite załamanie. Oznaczać to będzie dla biednej Polski całkowitą utratę szans na usadowienie się na bardzo zyskownych rynkach arabskich. Przypomnijmy tu, że kilkanaście lat temu tylko w Iraku pracowało aż 40 tysięcy polskich robotników budowlanych. Już po pierwszej wojnie z Irakiem na początku lat 90. straciliśmy tak cenne miejsca pracy dla Polaków bez żadnej, ale to żadnej rekompensaty ze strony Amerykanów.
Parę dni temu przeczytałem kolejną zdumiewającą wiadomość. Oto szefowa gabinetu prezydenta Elżbieta Jakubiak, bez żadnego doświadczenia w dyplomacji i polityce zagranicznej, została wysłana przez pana prezydenta do Stanów Zjednoczonych na rozmowy z politykami amerykańskimi bardzo ważnego szczebla, m.in. zastępcą sekretarza stanu. Temat rozmów to m.in. szczególne zbliżenie w trójkącie: Polska, Stany Zjednoczone, Izrael. Miesiąc temu pani Jakubiak była w Izraelu. Chyba można już dziś powiedzieć, z całą jednoznacznością, że szczególne zbliżenie w takim dziwnym trójkącie musi przynieść w efekcie dalsze pogorszenie stosunków polsko-arabskich. A po co?
W dalszej części artykułu przypomnę fakty wskazujące na całkowitą bezzasadność włączania się jakichkolwiek środowisk żydowskich z USA czy z Izraela w negocjacje z Polską w sprawie mienia polskich Żydów.
Rabowali swoich rodaków
Ogromnym roszczeniom części środowisk żydowskich z USA wobec Polski towarzyszą konsekwentne próby przedstawienia jak największej części Polaków w dobie wojny i w pierwszych latach powojennych jako krwiożerczych antysemickich katów i rabusiów. „Katów”, którzy rzekomo niebywale wzbogacili się na okrutnych mordach popełnionych na Żydach. Taka właśnie była wymowa sławetnego pozwu adwokatów żydowskich z USA w 1999 r. przeciw Polsce, obłudnie oprotestowanego nawet przez Adama Michnika (!), i taki jest cały wydźwięk wydanej w 2006 r. książki „Strach” Michnikowego idola J.T. Grossa. Taka jest również wymowa wspierających roszczenia Żydów z USA ich popleczników z Polski typu byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Marka Safjana, autora omawianego już w „Naszym Dzienniku” kompromitującego tekstu w „Słowie Żydowskim” czy nagłośnionych w antypolskim wydawnictwie MSZ tekstów dr. Andrzeja Żbikowskiego z Żydowskiego Instytutu Historycznego i z IPN (!), prof. Andrzeja Paczkowskiego z IPN (!), Marcina Gadzińskiego z „Gazety Wyborczej” czy Piotra Osęki z „Newsweeka”. W poprzednim artykule „Przemilczane prawdy” („Nasz Dziennik”, 28 lutego br.) wskazywałem w oparciu o gruntownie udokumentowane fakty, jak kłamliwe były twierdzenia J.T. Grossa i prof. M. Safjana o rzekomym zablokowaniu zwrotów mienia żydowskiego po 1944 r. i współwinie w tej kwestii polskich władz. Rzekomym zablokowaniu, na które dziś powołują się żydowscy adwokaci z USA w swych pozwach przeciw Polsce. Przypomniałem, że zdominowane przez żydowskich komunistów władze nie tylko wspierały błyskawiczne zwroty mienia Żydom, ale obdarowały parusettysięczną rzeszę żydowskich przybyszów ze Związku Sowieckiego bardzo wielką ilością komfortowych mieszkań w Warszawie i innych częściach Polski (zwłaszcza na Dolnym Śląsku), których nigdy przedtem nie posiadali.
Nie zamierzam przeczyć, że w polskiej społeczności – obok jakże wielu ludzi ryzykujących życie swoje i rodzin dla ratowania żydowskich bliźnich, było również trochę hien, które korzystały na żydowskiej tragedii. W każdym narodzie można znaleźć różnego typu amoralnych wyrzutków, wręcz przestępców. Nie wolno jednak wysuwać krzywdzących uogólnień, przenoszących zachowanie niedużej części społeczeństwa, głównie osób z marginesu, na ogół Polaków. Prawdą jest równocześnie to, że właśnie Niemcy byli głównie sprawcami rabunku mienia zarówno Żydów, jak i Polaków, których bezwzględnie prześladowali. Co zaś do hien, to trzeba przypomnieć, że nie brakowało ich również wśród samych Żydów, i to z kręgów żydowskiej elity (!), z Judenratów i żydowskiej policji, gdzie funkcjonariuszami byli głównie adwokaci. W zapiskach żydowskich autorów, od Emanuela Ringelbluma i Barucha Goldsteina po Henryka Makowera, aż roi się od opisów ohydnych scen rabunku dokonywanego na żydowskich współbraciach przez członków Judenratów i żydowskiej policji. Warto przypomnieć, że znaczącą część uratowanych od zagłady Żydów stanowili żydowscy policjanci, a więc możliwie najgorszy, najpodlejszy element pośród ówczesnych Żydów. To byli właśnie ludzie, którzy dorobili się na rabowaniu swoich rodaków w momentach ich najwyższego zagrożenia. Pisał o tym m.in. matematyk żydowskiego pochodzenia Stanisław Chaskielewicz we wstrząsających pamiętnikach „Ukrywałem się w Warszawie. Styczeń 1943 – styczeń 1945” (Kraków 1988, s. 191-192): „Wśród Żydów, którym pomogło przeżyć posiadanie znaczniejszych funduszy, byli i dawni funkcjonariusze policji żydowskiej, a nawet sławnej ekspozytury gestapo w getcie. Ci ludzie bowiem obłowili się podczas akcji wysiedleńczej. Trudno tu podać jakiekolwiek ścisłe dane liczbowe. Mogę jedynie powtórzyć stwierdzenie dwóch byłych policjantów, którzy po wojnie w mojej obecności mówili, że uratowało się co najmniej 200 ich kolegów”.
Interesujące, czym zajęli się po wojnie ci dawni policjanci żydowscy, którzy przedtem odprowadzali posłusznie tak wielu swoich żydowskich braci na śmierć, bardzo często bijąc ich i rabując? Warto przypomnieć w tym kontekście zbyt mało znaną mroczną przeszłość Marcela Reicha-Ranickiego, od wielu lat spełniającego rolę swoistego dyktatora w niemieckiej krytyce literackiej. Kilka lat temu przyjęto jako ogromny skandal ujawnienie faktów o długoletniej współpracy Ranickiego z bezpieką, począwszy od października 1944 r., gdy został cenzorem Cenzury Wojskowej. Będąc funkcjonariuszem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego od 1946 r., Ranicki w tym samym roku 1946 został rezydentem MBP w Londynie. Prowadził tam zakrojoną na szeroką skalę akcję inwigilowania emigracyjnych środowisk niepodległościowych.
W końcu został jednak usunięty z wywiadu i z bezpieki, co w swych wspomnieniach kłamliwie tłumaczył rzekomym zapanowaniem atmosfery antysemityzmu w komunistycznych służbach specjalnych. W rzeczywistości, jak to pokazał ostatnio dr Piotr Gontarczyk w Biuletynie IPN ze stycznia-lutego br., przyczyną usunięcia Ranickiego z bezpieki było wykrycie tajonego przez niego faktu, że pracował w czasie wojny w tak skompromitowanej instytucji jak Judenrat. Trafiono również na popełnione przezeń nadużycia w związku z „załatwieniem” wizy dla szwagra. Warto dodać, że M. Reich-Ranicki splamił się nie tylko pracą w Judenracie, lecz także w tak haniebnie osławionej żydowskiej policji. Można o tym przeczytać m.in. w książce znanego pisarza żydowskiego pochodzenia Antoniego Marianowicza „Życie surowo wzbronione” (Warszawa 1995, s. 68). Marianowicz pisał tam o Reichu-Ranickim, że podziwiał go jako „erudytę i melomana”, ale niepokoiło go, że „chodzi w czapce policjanta”. Ciekawe, czy Reich-Ranicki ze swoją przeszłością policjanta żydowskiego, a później oficera UB, też wystąpi z pozwem przeciw Polsce w roszczeniach o mienie. Warto byłoby się też zainteresować, ilu byłych policjantów żydowskich czy byłych ubeków gotowych jest występować przeciw Polsce z podobnymi roszczeniami.
Egoizm amerykańskich Żydów
Szczególnie oburzający jest fakt, że wśród żydowskich środowisk występujących z roszczeniami wobec Polski dominują niektóre amerykańskie organizacje żydowskie na czele z kierowanym przez I. Singera Światowym Kongresem Żydów. Jest to tym bardziej szokujące, że amerykańscy Żydzi ponoszą odpowiedzialność za zbrodnicze zaniechania w sprawie ratowania Żydów europejskich w dobie wojny. Na skutek ich tak karygodnego wówczas zobojętnienia na los Żydów europejskich zaprzepaszczono szansę uratowania i przetransportowania do USA kilkuset tysięcy Żydów zagrożonych śmiercią z rąk niemieckich. Niektórzy tłumaczą niepodjęcie przez amerykańskich Żydów szerszej akcji dla ratowania Żydów europejskich obawami, że przybycie większej części Żydów z Europy Środkowej mogłoby doprowadzić do nasilenia antysemityzmu w USA. Taki skutek mogłoby bowiem przynieść zwłaszcza przybycie większej liczby ubogich Żydów z Polski – zacofanych ortodoksów, chałaciarzy. Naczelny redaktor „Znaku” Jacek Woźniakowski pisał kiedyś o amerykańskich Żydach, którzy „w czasie wojny palcem o palec nie stuknęli, by pomóc swoim pobratymcom”. Woźniakowski akcentował: „Jeśli dzisiaj gryzie ich wyrzut sumienia, to najlepszą metodą jego zagłuszenia jest dopatrywać się wszędzie winnych: własna wina ginie wtedy jak zwiędły liść wśród stosu zwiędłych liści, co zauważył już mądry ks. Brown” (por. J. Woźniakowski, Dumania na preriach, „Znak”, 1971, nr 7-8, s. 1070).
Na temat zbrodniczych wręcz zaniechań amerykańskich Żydów w sprawie losów Żydów europejskich doby wojny istnieje aż nadto wiele gruntownie udokumentowanych świadectw. Chciałbym odesłać w tym kontekście przede wszystkim do znakomitego źródłowo opracowania – książki Davida S. Wymana „Pozostawieni swemu losowi. Ameryka wobec Holocaustu 1941-1945” (Warszawa 1994). David Wyman, który już we wstępie zadeklarował się jako „zdecydowany stronnik syjonizmu” (s. 12), nie ukrywa swego rozczarowania obojętnością, jaką wykazali amerykańscy Żydzi wobec losów Żydów europejskich, pisząc m.in.: „Żydzi bliscy prezydentowi [Rooseveltowi – J.R.N.] – z wyjątkiem Morgenthau – bardzo niewiele czynili dla ożywienia działań na rzecz ofiar nazizmu (…). Bernard Baruch, mający wpływ na Roosevelta, a także na opinię publiczną, biurokratów doby wojennej, w Kongresie – stronił od spraw ratowania ofiar nazizmu. Z podobną rezerwą odnosił się do nich Herbert Lehmann, dyrektor UNNRA (…). Specjalny doradca prezydenta Samuel Rosenman utrzymywał częste kontakty z Rooseveltem, który polegał na jego radach w sprawach żydowskich. Rosenman uważał jednak sprawę ratowania ofiar za politycznie delikatną, wytrwale więc zabiegał o utrzymywanie prezydenta z dala od niej (Ogólnie biorąc, żydowscy intelektualiści pozostawali równie obojętni wobec tej sprawy, jak nie-Żydzi. Wspomnę tylko jeden z wielu przykładów Waltera Lippmanna, wpływowego komentatora prasowego, poruszającego niemal wszystkie ważniejsze tematy dnia, który nigdy nic nie napisał o Holocauście” (D.S. Wyman, op. cit., s. 409, 415).
Bardzo duża wina za zbrodnicze zaniechania w ratowaniu Żydów spada na Światowy Kongres Żydowski, którego przywódcy dziś tak hałaśliwie domagają się od Polski stuprocentowych rekompensat za mienie żydowskie. Jakże wymowne pod tym względem są informacje zawarte w książce światowej sławy historyka Waltera Laquera, dyrektora instytutu historii najnowszej w Londynie i profesora historii na uniwersytecie w Tel Awiwie w Izraelu. W głośnej książce o zagładzie Żydów „The terrible Secret” (Nowy Jork 1981) Laquer stwierdził (s. 161-162), iż prezes Światowego Kongresu Żydów Stephen Wise pisał do nieżydowskiego przyjaciela we wrześniu 1942 r.: „Prawie oszalałem na skutek bólu mojego narodu”. Nie wstrząsnął jednak niebem i ziemią, jak domagali się Polacy (…). Inni przywódcy nie działali inaczej (…). Chaim Greenberg oskarżył Amerykański Kongres Żydowski o zbrodniczą powolność (…). Wina obciążała jednak nie tylko poszczególnych ludzi lub grupy, lecz amerykańskie żydostwo, które założyło szczelny pancerz na swą duszę, aby „chronić ją przed bólem i litością”. Laquer akcentował, że nawet po listopadzie 1942 r. „Syjoniści, włączając w to przywódców Światowego Kongresu Żydów, byli zaabsorbowani „powojennym planowaniem” i poświęcali niewiele ponad ceremonialną uwagę temu, co się działo w Europie” (W. Laquer, op. cit., s. 194). Przewodniczący komitetu wykonawczego w kierownictwie Światowego Kongresu Żydów Nahum Goldman dopiero po wielu latach przyznał samokrytycznie na łamach izraelskiego „Davar” z 14 września 1966 r., iż: „Nasze pokolenie nie wypełniło swego obowiązku, odnosi się to także do mnie (…). Gdy dotarły pierwsze wieści o mordzie na europejskim żydostwie, Żydzi amerykańscy nie zareagowali” (W. Laquer, op. cit., s. 186).
„Najgłupsi Żydzi świata”
Liczni autorzy żydowscy przyznawali, iż amerykańscy Żydzi mają dziś skrajnie fanatyczne postawy „w obronie żydostwa” głównie po to, aby przesłonić pamięć o swojej tak kompromitującej bezczynności w czasie wojny. Pisał o tym słynny „tropiciel nazistów” Szymon Wiesenthal w książce „Prawo czy zemsta”, stwierdzając, iż: „wielu amerykańskich Żydów żywi w podświadomości poczucie, że tak niewiele zrobili podczas wojny dla Żydów prześladowanych w Europie”. Przy okazji kampanii rabina Aviego Weissa przeciw klasztorowi karmelitanek w Oświęcimiu Chaim Bermant oskarżył amerykańskich Żydów w „Jewish Chronicle” (Kronice Żydowskiej) z 28 lipca 1989 r. o to, że „mają nieczyste sumienie, ponieważ nie zrobili dość, aby ratować przed holocaustem wtedy, gdy miał on miejsce, a teraz próbują uspokoić swoje sumienie przez nadreagowanie (…)”.
Zmarły przed paru laty jeden z czołowych polskich intelektualistów emigracyjnych Gustaw Herling-Grudziński, mimo eksponowanych w „Gazecie Wyborczej” jego „żydowskich korzeni” (czyt. pochodzenia) ogromnie ostro oceniał stosunek większości amerykańskich Żydów do Polski. Powiedział to nawet wprost do indagujących go nachalnych „śledczych” dziennikarek z „Gazety Wyborczej”: Anny Bikont i Joanny Szczęsnej w wywiadzie opublikowanym w „Wyborczej” 29 kwietnia – 1 maja 2000 roku. Stwierdził tam, że miał zamiar napisać nawet opowiadanie poświęcone antypolonizmowi w środowiskach amerykańskich Żydów. Jak to sprecyzował w wywiadzie: „Chodziło mi mianowicie o zajęcie się bezczelną i bezwstydną większością amerykańskich Żydów, którzy Holocaust uważają niemal za dzieło Polaków (o Niemcach z wielu powodów lepiej nie mówić), pragnąc w ten sposób oczyścić swoje sumienia z bezspornego faktu, że potężna społeczność żydowska w Ameryce nie kiwnęła podczas wojny palcem, by przyjść z pomocą europejskim ofiarom Holocaustu. O ileż łatwiej wskakiwać na pochyłe drzewo polskie, opluwać ludzi, którzy antysemityzm wyssali z mlekiem matek. Opowiadanie miało się nazywać „Dwóch dodatkowych” i miało się oprzeć na opowiedzianym mi przez Jerzego Stempowskiego incydencie.
Stempowski mieszkał podczas wojny w neutralnej Szwajcarii. Potężna i bogata organizacja żydowska w Stanach, przypuszczalnie masońska, zwróciła się do niego, też masona, z prośbą o wykupienie za grube pieniądze dziesięciu wymienionych imiennie Żydów z hitlerowskich kacetów. Stempowski nawiązał kontakt z poselstwem niemieckim w Bernie i przedstawił ofertę. Była tak hojna, że poselstwo po konsultacji z Berlinem zgodziło się natychmiast, a nawet posunęło się dalej. Jak sklepikarz dorzuca gratis dobremu klientowi dwa dodatkowe płatki szynki, tak oni za otrzymaną od Żydów amerykańskich sumę dostarczyli dwunastu zamiast dziesięciu kacetników. Po pewnym czasie Stempowski otrzymał list od amerykańskich mocodawców z bardzo chłodnym podziękowaniem za wykonanie prośby z dopiskiem: „Ale kto pana prosił o dwóch dodatkowych”?”.
Warto przypomnieć, że Herling-Grudziński był bardzo konsekwentny w swej wielce negatywnej ocenie Żydów amerykańskich. Już przed wielu laty na kartach „Dziennika pisanego nocą” w kontekście ich zajadłego antypolonizmu nazwał ich „najgłupszymi Żydami świata”!
Warto tu przypomnieć, że w kierownictwie Światowego Kongresu Żydów jest znacznie więcej zajadłych polakożerców (poza sławetnym Israelem Singerem). I tak np. w kwietniu 2006 r. z szokującym antypolskim oświadczeniem-wybrykiem wystąpił wiceprzewodniczący Światowego Kongresu Żydów Maram Stern. Sprzeciwił się on wystąpieniu polskiego ministerstwa kultury do UNESCO w sprawie zmiany nazwy obozu Auschwitz w taki sposób, by uwypukliła ona niemiecką organizację tego obozu. Stern oszczerczo stwierdził, że nie wolno sugerować, jakoby Polska nie odgrywała żadnej roli w obozie” (por. Marcin Gadziński, Awantura o Auschwitz, „Gazeta Wyborcza” z 8-9 kwietnia 2006 r.). Zachowanie wiceprzewodniczącego Światowego Kongresu Żydów M. Sterna wywołało protesty także u części Żydów z różnych krajów świata, m.in. ze strony redaktora naczelnego miesięcznika „Judisk Kronika” (Kronika Żydowska) w Szwecji Jackie Jakubowskiego (por. jego tekst: Żydzi popierają Polskę, „Rzeczpospolita” z 25 kwietnia 2006 r.).
Znamienne jest, że dzisiejsze tak aroganckie wobec Polski roszczeniowe wystąpienia przywódców Światowego Kongresu Żydów na czele z I. Singerem spotkały się z wyraźną krytyką b. ministra spraw zagranicznych RP pochodzenia żydowskiego Adama Daniela Rotfelda. Stwierdził on na łamach „Gazety Wyborczej” z 2 marca 2007 r.: „Trudno mi pozbyć się uczucia moralnego dyskomfortu i zaskoczenia, ilekroć słyszę o roszczeniach amerykańskich organizacji żydowskich pod polskim adresem”. Rzecz znamienna, że nawet „Gazeta Wyborcza” po długim, niegodnym milczeniu, widząc rozmiary oburzenia panującego w Polsce w odniesieniu do żądań żydowskich roszczeniowców z USA, uznała za konieczne manifestacyjne odcięcie się od nich. Zrobiła to piórem zastępcy redaktora naczelnego tej gazety – Heleny Łuczywo 1 marca br., akcentując: „Nie jest zresztą jasne, kto właściwie upoważnił tę żydowską organizację do reprezentowania ofiar Holocaustu. I z jakiej racji domaga się odszkodowań, nawet gdy nie ma spadkobierców?”.
Z takimi stwierdzeniami na temat bezprawia żądań roszczeniowców z USA wychodzi czołowa redaktorka głównej gazety prożydowskiej w Polsce. Jak na tym tle można zrozumieć fakt, że obecne władze polskie negocjują z tymi roszczeniowcami, nie bacząc na to, iż nie mają żadnych uprawnień do reprezentowania ofiar holocaustu i na to, że po tylekroć „upokarzali Polskę”?!
Bierność Żydów palestyńskich
W 1953 r. zostało zawarte porozumienie pomiędzy kanclerzem Nemiec Konradem Adenauerem a premierem Izraela Davidem Ben Gurionem w sprawie wypłacenia przez Niemcy ogromnych odszkodowań dla Żydów. Z przyznanych przez Niemcy sum na ponad 100 mld dolarów wielką część uzyskał Izrael, i stało się to podstawą znaczącego przyspieszenia rozwoju gospodarczego tego kraju. Obie strony mocno skorzystały na porozumieniu. Izrael dostał wielkie pieniądze, a Niemcy uzyskały natychmiastowe maksymalne złagodzenie żydowskich oskarżeń pod ich adresem. Między innymi nazwę „niemieckie obozy zagłady” zastąpiono zwrotem „nazistowskie obozy zagłady”, a później częstokroć zastępowano słowami „polskie obozy zagłady”. W wielu zakątkach świata zaczęła się akcja przyspieszonego wybielania Niemców przy równoczesnym oczernianiu Polaków. Ciekawe, że już w 1960 r. publicznie ostrzegał przed tym Władysław Bartoszewski, później niejednokrotnie tak haniebnie milczący w sprawach drastycznego antypolonizmu (ostatnio niegodnie milczący w sprawie zniesławienia pamięci Zofii Kossak!). Warto zwrócić uwagę na dość znamienny „zbieg okoliczności” w 1953 roku. W tym samym roku 1953, gdy zawarte zostało porozumienie między Izraelem a RFN, komunistyczny rząd polski, zdominowany przez Bermana i Minca, oficjalnie zrezygnował z jakichkolwiek odszkodowań na rzecz NRD i RFN. Chyba nie było to sprawą „przypadku”!
Wypłacenie ogromnych odszkodowań przez Niemcy Izraelowi za śmierć milionów Żydów, w tym trzech milionów Żydów polskich, budzi mocne wątpliwości w kontekście kompromitującej bierności wykazanej w czasie wojny przez czołowych przywódców Żydów w Palestynie od Dawida Ben Guriona do Icchaka Grünbauma, późniejszego ministra spraw wewnętrznych Izraela. Koncentrowali się oni niemal wyłącznie na sprawie stwarzania fundamentów dla późniejszej państwowości żydowskiej na terenie Palestyny, absolutnie zaniedbując sprawę organizowania pomocy dla zagrożonych śmiercią milionów Żydów europejskich i podnoszenia alarmu w ich obronie. Sprawę ratowania Żydów wciąż odsuwano na dalszy plan. Syjoniści w Palestynie uznali bowiem, że tylko powstanie państwa żydowskiego będzie stanowić prawdziwą gwarancję zabezpieczenia Żydów przed prześladowaniami w przyszłości i dlatego trzeba właśnie na tym się skoncentrować. Były przywódca radykalnych Żydów w Polsce Icchak Grünbaum stwierdził bez ogródek jeszcze w lutym 1943 r. na spotkaniu w Tel Awiwie: „Gdy oni przychodzą do nas z dwoma planami – ratowania mas Żydów europejskich czy odzyskania ziemi [tj. Palestyny – J.R.N.], ja głosuję bez żadnej wtórnej myśli za odzyskaniem ziemi”. Grünbaum był wówczas przewodniczącym Komitetu dla Ratowania Żydów Europejskich (!). Liczni autorzy żydowscy, m.in. M. Schoenfeld, J. Brandt, B. Hecht, M.D. Weissmandel, ostro krytykowali zaniedbanie przez żydowskich przywódców syjonistycznych z Izraela sprawy ratowania Żydów europejskich i skoncentrowania się głównie na działaniach zmierzających do powstania państwa izraelskiego.
Wtedy w czasie żydowskiej zagłady w Europie popełnili tak fatalne zaniechania w sprawie pomocy dla Żydów europejskich. Nie przeszkodziło im to jednak w skutecznym wyciągnięciu ręki po wielkie pieniądze odszkodowawcze za tych właśnie Żydów europejskich, w tym miliony Żydów z Polski. A przecież władze Izraela nie miały żadnych praw (także moralnych w kontekście niegodnych zaniechań doby wojny) do odszkodowań za mienie Żydów – obywateli polskich. Nader słusznie pisał do mnie o tym w wystosowanym 18 lutego 2007 r. liście inż. Józef Tallat, przez wiele lat przywódca działającego we Wrocławiu niepodległościowego stowarzyszenia „Zamek”: „Żydzi, którzy mieszkali w Polsce, byli obywatelami Państwa Polskiego. Mienie, które pozostało bez spadkobierców, przechodzi na własność państwa (…). Jest jeszcze jeden aspekt prawny tych żądań, które ośmieszają samych wnioskodawców, nb. potwarców i szantażystów. Od końca XVIII w. Żydzi domagali się dla siebie praw obywatelskich kraju, w którym zamieszkiwali, w końcu otrzymali je. Wysuwane obecnie przez WJRO (Światową Organizację Żydowskich Roszczeń) żądania podważają konsekwencje wynikające z faktu posiadania praw obywatelskich przez polskich Żydów. Czyli nawracają do sytuacji, gdy Żydzi stanowili grupę odrębną, wyobcowaną ze społeczności danego kraju, którą nie obarczały obowiązki i zarazem nie korzystała ona z praw przysługujących obywatelom. Krótko mówiąc, pan Singer otwiera drogę prowadzącą z powrotem do getta”.
