Bez Hamasu nie będzie trwałego porozumienia
Z dr. Adamem Bieńkiem, adiunktem w Zakładzie Arabistyki Instytutu Filologii Orientalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia Anna Wiejak
Dlaczego na konferencję bliskowschodnią w Annapolis nie zaproszono przedstawicieli Hamasu?
– W tej chwili Hamas jest na fali swoistego milczącego porozumienia izolowany na arenie międzynarodowej. Świat próbuje zmusić jego przywódców do anulowania punktów programu tej organizacji, które wskazują na wolę zniszczenia państwa Izrael, ponieważ Hamas dotąd nie wyrzekł się takiego celu.
Czy w tej sytuacji można mówić o jakimś trwałym porozumieniu?
– Absolutnie nie. Konferencja w Annapolis może jedynie stanowić przyczynek dla przyszłych, prawdziwych konferencji na ten temat. O dyskusji można mówić wtedy, kiedy z jednej strony rozpoczną się rozmowy, niekoniecznie w układzie czterostronnym, ale w których będą uczestniczyły Stany Zjednoczone, Izrael, Syria i Iran. Dobrze by było, żeby dołączyła Unia Europejska. Hamas dostosuje się do porozumienia, które osiągną Iran oraz Syria, ponieważ podobnie jak Hezbollah – chociaż nie jest to do końca bezpośrednie połączenie – korzysta z pewnej pomocy przechodzącej tymi kanałami, czyli częściowo są to również pieniądze irańskie i syryjskie. Nie da się również ukryć, że do pewnego stopnia Syria stanowi zaplecze Hamasu. W związku z tym odcięcie pomocy ze strony Syrii, a co za tym idzie – również Iranu – będzie oznaczało odcięcie wszelkiej pomocy finansowej dla tej organizacji, która sama nie jest w stanie wygenerować żadnych sum pieniężnych.
Czyli w tej sytuacji konferencja stała się polem konfrontacji między mocarstwami?
– Tylko i wyłącznie. To jest pole popisów propagandowych, być może prób jakichś zakulisowych rozmów. Tak było w latach 70., kiedy w rezydencji prezydentów Stanów Zjednoczonych w Camp David doszło do bezpośrednich rozmów między Egiptem i Izraelem. O rezultatach tego spotkania dowiedzieliśmy się wiele miesięcy po tym, jak strony doszły do porozumienia. Tego typu debat nie toczy się przed kamerami. W świetle reflektorów lansują się politycy, ewentualnie próbują na forach międzynarodowych pokazać swoje twarde stanowisko albo swój wyraz solidarności.
Jaka jest szansa na osiągnięcie jakiegokolwiek porozumienia na Bliskim Wschodzie i przerwanie impasu? Czy Pana zdaniem, Izrael będzie gotowy na zrzeczenie się zagarniętych w 1967 r. ziem arabskich?
– Izrael nie jest gotowy, gotowi są Izraelczycy. Badania opinii publicznej wskazują, że większość ludności Izraela jest do tego nastawiona dość pozytywnie. Oczywiście chcą przy okazji mieć jakiekolwiek gwarancje. Natomiast syryjskie przywództwo traktuje zwrot wzgórz Golan bardzo prestiżowo. Szczerze powiedziawszy, w Syrii, aczkolwiek jest to kraj bezpieczny i dobrze rządzony, rządzi reżim, to nie jest kraj rządzony demokratycznie. Rządzi mniejszościowe ugrupowanie alewitów, które ma pod swoją władzą większość sunnicką. Z alewitami w pewnym sojuszu pozostają syryjscy chrześcijanie, którzy stanowią tam znaczącą mniejszość. W związku z tym autorytet obecnego prezydenta, podobnie jak poprzedniego – jego ojca – opiera się na pewnej polityce sukcesów, a przynajmniej wyważenia. Prezydent nie może pozwolić na jednostronne ustępstwa wobec Izraela, zwłaszcza w sytuacji, kiedy – nie ukrywajmy – Syria przez dziesiątki lat prowadziła brutalną, propagandową akcję antyizraelską. Młodzi Syryjczycy byli wychowywani w przekonaniu, że Izrael jest wrogiem. Kilkadziesiąt lat powtarzania komunałów powoduje, że niektórzy ludzie mimo zdrowego rozsądku zaczynają myśleć w kategoriach takich haseł. W związku z tym prezydent Syrii, aby móc zachować władzę, musi przedstawić to jako swój sukces dyplomatyczny wobec Syryjczyków. On musi dostać wzgórza Golan. Jeżeli wtedy zacznie rokowania pokojowe, uzasadniając to względami humanitarnymi, będzie mógł utrzymać władzę. Jeżeli zgodzi się na ustępstwa bez uprzedniego zwrotu wzgórz Golan, sytuacja w Syrii różnie może się potoczyć, tym bardziej że syryjska generalicja często rekrutuje się ze środowisk „jastrzębi” pamiętających rok 1967.
A jak, Pana zdaniem, rozwinie się sytuacja?
– Wydaje mi się, że w tej chwili, wraz z pewnym postępem wymiany handlowej pomiędzy Syrią a światem zachodnim – trzeba widzieć, jak w Damaszku rosną jak grzyby po deszczu przedstawicielstwa różnych firm zachodnich – Syryjczycy nie będą już mogli pozwolić sobie na izolację. Tym bardziej że nie mają za sobą „wielkiego brata” w postaci Związku Sowieckiego, więc będą gotowi do rozmów. Z drugiej strony, administracja amerykańska – tylko niestety obawiam się, że dopiero po następnych wyborach prezydenckich – nie będzie już ślepo popierała Izraela, nie patrząc na skutki polityczne.
Tym bardziej że Amerykanie na Bliskim Wschodzie znajdują się w odwrocie w Iraku i w Afganistanie.
– W tej sytuacji dodatkowa klęska w pośredniczeniu w rozmowach między stroną arabską a Izraelem może okazać się porażką nie tylko prestiżową, ale wręcz zagrażającą pozycji Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, więc sądzę, że USA będą powoli naciskały na Izrael, być może grożąc ograniczeniem pomocy, ale dopiero po następnych wyborach prezydenckich. Obecna ekipa tego nie zrobi. A z drugiej strony, Syryjczycy będą ustępowali wobec pewnych realiów światowych. Iranem nie należy się przejmować, ponieważ prezydent Mahmud Ahmedineżad bardzo dużo mówi, ale nie wynikają z tego żadne konkretne posunięcia. Jak widzimy, z wszelkich kontroli międzynarodowych wynika, że program irański jest programem pokojowym. Irańczycy po prostu nie chcą go zastopować, nie chcą pójść na żadne ustępstwa ze względów prestiżowych. Im broń jądrowa nie jest potrzebna.
Pozycję Izraela mogłaby wzmocnić stabilizacja w Iraku i umocnienie się tam Amerykanów. Jeżeli zatem, czego należy się spodziewać, po przyszłych wyborach prezydenckich wojska z Iraku będą sukcesywnie wycofywane, w jakiej sytuacji zostanie postawiony Izrael?
– Trudniejszej niż dotychczas. Izrael straci okazję, na którą liczył, powstania kolejnego organizmu państwowego na Bliskim Wschodzie, związanego bliskimi więzami ze Stanami Zjednoczonymi. Takie dotychczasowe kraje to Turcja, a także Egipt. Jordania zajmie przejściową pozycję, ale nie jest to liczący się w tym momencie gracz. Wiadomo skądinąd, że Izrael był wielkim zwolennikiem wojny w Iraku, co również zostanie w Iraku zapamiętane. Prawdopodobnie Irak po następnych wyborach, o ile nie dojdzie do jakiegoś przewrotu politycznego, zachowa pozycję neutralną w sporze bliskowschodnim, tym bardziej że kraj ten ma dużo problemów wewnętrznych. Natomiast zdecydowanie Izrael nie może liczyć na współpracę z Bagdadem. Także wycofanie się ogromnej liczby żołnierzy amerykańskich i sił koalicyjnych z Bliskiego Wschodu pozostawi Izrael w sytuacji pewnego psychologicznego osamotnienia. Jednocześnie należy liczyć się z tym, że społeczeństwo amerykańskie, coraz bardziej niechętne angażowaniu się Stanów Zjednoczonych w przegrane konflikty na Bliskim Wschodzie, będzie się obawiało dalszego poparcia dla Izraela, które w każdej chwili może przeobrazić się w konflikt, nie globalny, ale na pewno o dużym zasięgu lokalnym.
Czy w sytuacji, kiedy Izrael staje się coraz bardziej osamotniony, a z drugiej strony, kiedy Stany Zjednoczone utrzymują to państwo, bo pompują niesamowite ilości środków na utrzymanie jego, jego armii i struktur nuklearnych, USA nie będą próbowały przerzucić tego obciążenia na Europę? Pojawiały się przecież pomysły włączenia Izraela do Unii Europejskiej w charakterze pełnoprawnego członka. Czy te pomysły mogą odżyć?
– Myślę, że ze strony Stanów Zjednoczonych tak, natomiast Europa nie odpowie na to pozytywnie. Czołowi gracze na europejskiej arenie nie są zainteresowani w zaangażowanie się w takiej roli, jaką widzą Stany Zjednoczone, czyli pewnej tamy dla postępu wzrastającej fali nastrojów antyzachodnich czy antyizraelskich. Europa może się zaangażować na Bliskim Wschodzie, ale tylko w sferze infrastruktury, pomocy, pomocy humanitarnej, edukacyjnej, technologicznej… Na pewno nie pozwoli się wpuścić w militarną pułapkę. Jedyne dwa kraje, które ewentualnie w jakimś stopniu mogłyby próbować dopomóc Stanom Zjednoczonym, to Wielka Brytania i Polska. Ale w Polsce już dawno entuzjazm do jakiejkolwiek ingerencji opadł, a społeczeństwo brytyjskie też już nie jest gotowe na tego typu posunięcia. Oba kraje posiadają świadomość klęski. Zdajemy sobie sprawę, że zaangażowaliśmy się w konflikty z jednej strony niesprawiedliwe, z drugiej – kosztowne i mocno niszczące nasz wizerunek w tej części świata i w ogóle na świecie.
A co z Francją Nicolasa Sarkozy’ego? Przecież od momentu objęcia przez niego urzędu prezydenta stosunki Francji z USA uległy znacznemu zacieśnieniu. Poza tym podczas jego ostatniej wizyty w Stanach Zjednoczonych musiało dojść do jakichś ustaleń.
– Słowa to jedno, a konkretne czyny to drugie. Francuzi nie chcą się angażować. Oni mają swoje własne konflikty w rejonach, w których są ich dawne kolonie. Zauważmy, jak spore jest zaangażowanie Francji w różnych krajach czarnej Afryki. Francuzi nie pozwolą sobie na zaangażowanie na Bliskim Wschodzie. Poza tym pamiętajmy o tym, że nie wiemy, jak długo jeszcze administracja Sarkozy’ego przeżyje. Wnosząc z tego, co się dzieje w tej chwili we Francji, kraj jest na krawędzi wybuchu dużego niezadowolenia społecznego. Francuzi nie zgadzają się z polityką Sarkozy’ego, a w sytuacji, kiedy nie będzie miał szerokiego poparcia, nie wiem, czy zaryzykuje zaangażowanie się w kolejny konflikt – niepopularny i nieprzynoszący żadnych korzyści – tylko w imię dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.
Jak zatem, biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, wytłumaczyć udzielenie przez Izrael zgody na zbrojenie Autonomii Palestyńskiej? Czy Izrael liczy na to, że w ten sposób przerwie istniejący impas, a przedstawiciele opcji ugodowej spacyfikują radykałów?
– Wydaje mi się, że Izraelczycy dopiero zdali sobie sprawę, iż ich wieloletnia polityka izolowania władz Autonomii Palestyńskiej – Jasira Arafata w rodzimej organizacji Al Fatah, likwidowania posterunków palestyńskich policjantów, wręcz rozstrzeliwania ich, doprowadziła do tego, że stracili oni autorytet, szacunek wśród Palestyńczyków, którzy oparli się na ugrupowaniu głoszącym bardziej radykalne poglądy. Po prostu sami zniszczyli, być może w znacznym stopniu skorumpowanego, gwaranta jako takiej stabilizacji i teraz poniewczasie próbują naprawić sytuację na zasadzie myślenia, że wszystko lepsze niż Hamas. W ich mniemaniu lepiej zatem jest dozbroić Al Fatah, lepiej jest dozbroić władze Autonomii, byleby tylko Hamas nie przejął ostatecznej kontroli.
Ale przecież Hamas to nie tylko polityka, to nie tylko działania o charakterze militarnym, ale również niesienie pomocy ludności palestyńskiej. Czy to poparcie społeczne nie zadecyduje przypadkiem o ostatecznym zwycięstwie Hamasu? Czy taki scenariusz jest możliwy?
– Tutaj trafiła pani w bardzo ważny punkt. Organizacje fundamentalistyczne, ekstremistyczne na Bliskim Wschodzie zyskują na tym, że prowadzą także pracę organiczną, od podstaw. Widzimy to zarówno na przykładzie owianych złą sławą braci muzułmanów, jak i Hamasu, i Hezbollahu. Organizacje te zajmują się jednocześnie najbiedniejszymi warstwami społecznymi. Często prowadzą jedyne dostępne przychodnie, szpitale, domy dziecka, zapewniają pomoc w postaci żywności. Dlatego poparcie społeczne dla nich jest niezwykle wysokie. Druga strona medalu jest więc taka, że Autonomii trzeba pomagać także ekonomicznie i tutaj dozbrajanie władz nie pomoże, jeżeli nie zostaną odblokowane granice Autonomii, jeżeli Palestyńczycy nie będą mogli znowu jeździć do Izraela do pracy, ponieważ – zwłaszcza w Strefie Gazy – pracy po prostu nie ma. Blokada ekonomiczna doprowadza do utworzenia getta palestyńskiego, w którym tylko rośnie gniew, nienawiść, poczucie bezradności. Oni po prostu nie mają nic do stracenia. Ekstremalne postawy wynikają między innymi właśnie z tego faktu. Jednocześnie z powodu swojej wiary są przekonani, że śmierć w trakcie walk z okupantem stanowi prostą drogę do nieba.
