Armia bardziej lubiana
W marcu rozpoczyna się doroczny pobór do wojska. Kiedyś na sam dźwięk słów „komisja wojskowa” większość młodych mężczyzn dostawała gęsiej skórki i szukała wszelkich sposobów, aby się wykręcić od pójścia do koszar. Teraz jednak wojsko nie budzi już takich emocji. Zapewne dlatego, że służba trwa dużo krócej, ale niemniej ważne jest także i to, iż wielu młodych ludzi chce na dłużej związać się z armią, przechodząc do korpusu zawodowego. Uciekanie od wojska przestało się zresztą opłacać z wielu innych względów. Ponadto znaczne „odchudzenie” armii spowodowało, iż mniejszy jest też przymusowy do niej zaciąg. Zresztą za kilka lat nasze siły zbrojne mają być w pełni zawodowe, nie będzie więc konieczności wcielania do wojska poborowych i już teraz trzeba się zastanowić na formą przeszkolenia wojskowego cywili.
W okresie II Rzeczypospolitej, jak i w czasie PRL poborowi trafiali do armii na dwa lata lub nawet trzy (w przypadku marynarki wojennej). O wiele krótsze było szkolenie absolwentów wyższych uczelni. Tak długi okres służby wojskowej wynikał nie tylko z tradycji, ale i z ówczesnej techniki wojskowej. W czasach Polski Ludowej dochodziła do tego „militarystyczna doktryna” nakazująca wojsku być w pełni gotowym i wyszkolonym do ewentualnego odparcia „najazdu NATO”. Ponadto sama armia liczyła w szczytowym okresie ponad 300 tys. ludzi i jej trzon stanowili poborowi.
W latach 90. wojskowi poszli po rozum do głowy i okres zasadniczej służby w armii został stopniowo skrócony do obecnych 9 miesięcy (absolwenci studiów – 3 miesiące). Wynikało to nie tylko z przekonania, że lepiej jest szkolić żołnierza krócej i intensywniej, ale w dużym stopniu zmiany te wymusiła ekonomia. Państwa nie było już stać na utrzymanie armii 200-300-tysięcznej, została ona zredukowana, a więc nie potrzebuje też tak dużej liczby poborowych i nie trzeba ich już szkolić dwa lata.
Poborowy nie ucieka
Czytelnicy pamiętający nie tylko czasy PRL, ale i pierwsze lata III RP doskonale wiedzą, być może z autopsji, jakimi to metodami poborowi starali się uciekać od wojska. Niektórzy wiecznie studiowali, dopóki nie weszli w okres przenoszenia do rezerwy. Inni starali się o status „jedynego żywiciela rodziny”. Byli tacy, co zazdrościli rolnikom, którym z racji pracy w gospodarstwie łatwiej także było uniknąć wojska (pod warunkiem oczywiście, że sami je prowadzili). W skrajnych przypadkach załatwiano sobie różne, często fałszywe, zaświadczenia lekarskie. Teraz zresztą zdarza się, że dojrzali ludzie żałują młodzieńczej niefrasobliwości. Znam kilka osób, które kilkanaście lat temu załatwiły sobie u psychiatrów „żółte papiery”, które, co prawda, od wojska ich uchroniły, ale teraz przeszkadzają w robieniu kariery zawodowej, w tym także politycznej. Jeden z owych niezdolnych do służby wojskowej został skreślony z listy kandydatów do Sejmu, gdy wyszło na jaw, że podobno leczył się w szpitalu psychiatrycznym. Sam zainteresowany mówił, że tylko „schował się w szpitalu” przed wojskiem. Jak było naprawdę, trudno jest po prawie 20 latach dociec. Ale komitet wyborczy wolał nie ryzykować, bojąc się, że kandydat mógłby zostać opisany w prasie.
W obecnych czasach tak desperackich kroków nie trzeba podejmować, bo istnieje dużo legalnych możliwości uniknięcia służby wojskowej i kto chce, to z tego korzysta. Wojskowi potwierdzają, że zdecydowanie mniej jest przypadków oszukiwania komisji niż wcześniej. W dodatku dla wielu młodych ludzi służba wojskowa nie jest czymś niepotrzebnym, a wręcz przeciwnie – chętnie zostaliby w armii po zakończeniu zasadniczej służby jako żołnierze nadterminowi. I armia im taką możliwość daje.
Dłuższy pobyt w wojsku planuje Michał Jarczyński z Radomia, który niedługo stanie przed komisją. Liczy na to, że po zakończeniu służby zasadniczej otrzyma kontrakt na kilka następnych lat. – Z chęcią zresztą zostałbym w armii na stałe i mam nadzieję, że mi się to uda, bo przecież za kilka lat nasze wojsko ma być w pełni zawodowe. I nie będzie się ono składało z samych oficerów, ale także podoficerów i żołnierzy – podkreśla Jarczyński.
Inni poborowi dzięki wojsku chcą zdobyć papiery, które ewentualnie pomogą w znalezieniu pracy np. w policji lub agencjach ochrony.
Nieliczne są też przypadki, gdy poborowy nie stawia się z kartą powołania w jednostce wojskowej. W 2006 roku takich przypadków było wedle danych Sztabu Generalnego 110, rok wcześniej – 140, a w 2004 roku – 95.
Główny problem: zdrowie
Organizatorem poboru jest formalnie resort spraw wewnętrznych i samorządy lokalne, które powołują miejskie lub powiatowe komisje wojskowe. Armia czeka tylko na efekty prac owych komisji, przygotowując dla potencjalnych żołnierzy karty powołania do konkretnej jednostki. Pułkownik Wojciech Ozga, rzecznik prasowy Sztabu Generalnego, mówi, że w tym roku do odbycia zasadniczej służby wojskowej może być powołanych 77 tysięcy osób, w tym 900 mają stanowić absolwenci wyższych uczelni. Co ciekawe, niewielki ułamek, ale jednak, będą też stanowić kobiety. Armię interesują bowiem nie tylko pielęgniarki czy lekarze, ale także np. psycholodzy, a wśród studiujących ten kierunek jest bardzo dużo kobiet. Dla niektórych pań informacja o wezwaniu przed komisję jest zapewne sporym szokiem. Inna sprawa, że coraz więcej kobiet wybiera studia w akademiach wojskowych, zostają oficerami, więc dlaczego nie miałyby do armii trafiać także panie z poboru? Zresztą otrzymanie wezwania na komisję nie musi od razu oznaczać, iż otrzymają one kartę do wojska. To samo zresztą dotyczy i mężczyzn, bo tylko część z nich (nawet tych w pełni zdrowych) dostaje kartę i bilet do koszar.
Dla komisji poborowych największym problemem jest wyłowienie z tysięcy kandydatów właśnie tych z najlepszymi warunkami zdrowotnymi. A z tym zasadniczo nie jest najlepiej.
Doktor Ludwik Korzeniowski przez kilkanaście lat zasiadał w różnych komisjach wojskowych. Jego zdaniem, kondycja fizyczna kolejnych roczników poborowych jest coraz gorsza. – Niestety, winny temu jest tryb życia. Kiedyś uczniowie szkoły średniej wiele godzin w tygodniu spędzali na uprawianiu sportu, teraz mają telewizję, a zwłaszcza komputery. To zaś powoduje, że znacznie więcej niż kiedyś jest wad postawy, zwyrodnień kręgosłupa. Do tego dochodzi kiepska kondycja – tłumaczy dr Korzeniowski. – Potem dowiaduję się od znajomych oficerów, że wielu rekrutów nie jest w stanie przebiec kilkuset metrów albo przejść bez odpoczynku kilku kilometrów w pełnym umundurowaniu.
Major Sławomir Petrykowski niedawno przeszedł na wojskową emeryturę. Potwierdza obserwacje doktora Korzeniowskiego. – Trudno sobie wyobrazić dobrego żołnierza, który jest w kiepskiej kondycji fizycznej. Ale takich do jednostki zawsze sporo trafiało. Dlatego najpierw organizowaliśmy im specjalny program zajęć poprawiających sprawność fizyczną – wyjaśnia.
Na emigrację zamiast do wojska
Niewątpliwie coraz większym kłopotem dla wojska będzie emigracja zarobkowa młodych ludzi. Trudno jest oszacować, ile osób nie stawi się przed komisjami poborowymi, bo akurat będą pracować w Londynie, Dublinie czy Glasgow. Ponieważ nikt nie może zabronić osobom w wieku poborowym wyjazdów za granicę, ten problem będzie z pewnością narastał.
– Wezwanie na komisję jest wysyłane listem poleconym. A ponieważ adresata nie ma w domu, nie może odebrać wezwania – tłumaczy pracownik jednej z wojskowych komend uzupełnień w Warszawie. – Rodzice są też poinstruowani, aby nie odbierać takiego wezwania i sytuacja staje się patowa.
Co prawda, teoretycznie każdy poborowy powinien stawić się przed komisją nawet bez pisemnego wezwania (w tym roku dotyczy to mężczyzn urodzonych w 1988 roku), ale trudno to wyegzekwować. Zresztą młodzi mężczyźni, którzy szykują się do zagranicznego wyjazdu, nie zaprzątają sobie głowy wojskiem.
– Mam poważną wadę postawy, więc i tak by mnie do armii nie wzięli – uważa Robert, który od ubiegłego roku pracuje w Holandii. – Nie byłem na komisji w tamtym roku i teraz też się nie wybieram i nie sądzę, aby z tego powodu spotkały mnie jakieś sankcje karne.
I najpewniej ma rację, bo sami wojskowi przyznają w nieoficjalnych rozmowach, że bardzo mało jest spraw przed sądami za unikanie służby wojskowej. Być może byłoby inaczej, gdyby nasze wojsko miało większe potrzeby kadrowe, ale armia jest coraz mniejsza, więc nie muszą być do niej wcielani wszyscy poborowi z danego rocznika. Teraz nawet mniej niż co drugi z nich dostaje bilet do jednostki.
Armia będzie zawodowa
Plany MON zakładają, że w 2012 roku polskie wojsko będzie w pełni profesjonalne. Nie oznacza to oczywiście, że znikną komisje poborowe. Obowiązek stawania przed nimi będzie nadal zachowany, choćby z tego powodu, że państwo musi wiedzieć, jakimi rezerwami ludzkimi dysponuje na wypadek wojny. Ale choć pobór pozostanie, to – jak mówi pułkownik Wojciech Ozga, rzecznik Sztabu Generalnego – nie będzie już wcieleń do armii.
Otwarte pozostaje jednak pytanie, jak prowadzić przynajmniej podstawowe przeszkolenie wojskowe. Wraca więc projekt zajęć z przysposobienia obronnego w szkołach średnich i studium wojskowego na uczelniach wyższych.
Mało realne wydaje się za to rozbudowywanie Obrony Terytorialnej. Jeszcze w latach 90. OT miała wielu zwolenników, do których zaliczał się np. ówczesny wiceminister obrony Romuald Szeremietiew. OT planowała objąć przeszkoleniem wojskowym kilka milionów mężczyzn. Mieli się uczyć strzelania czy obsługi ręcznych wyrzutni pocisków.
Aktualnie w składzie tego rodzaju wojsk mamy sześć brygad: 1. BOT w Lęborku, 2. BOT w Mińsku Mazowieckim, 3. BOT z Zamościa, 14. BOT w Przemyślu, 18 BOT. w Białystoku i 22. Brygada Piechoty Górskiej OT w Kłodzku. Raczej nie przewiduje się zbytniej rozbudowy tej formacji. Ma ona za zadanie „przygotowanie sił i środków do realizacji zadań wsparcia i zabezpieczenia wojsk operacyjnych, prowadzenia samodzielnych działań bojowych oraz ratowniczych” oraz „wspomaganie formacji obrony cywilnej w likwidacji skutków klęsk żywiołowych”. Część wojskowych optuje za przekształceniem OT w coś w rodzaju amerykańskiej Gwardii Narodowej, która wychodzi z koszar np. wtedy, gdy jakiś teren zostanie nawiedzony przez trzęsienie ziemi, huragany, powodzie. Wtedy taka formacja wojskowa pomaga w utrzymaniu porządku i ładu, przeciwdziałania ograbianiu domów i sklepów itp. Większość czasu młodzi żołnierze spędzają jednak na szkoleniu wojskowym.
Tak więc nasza armia, jak i całe społeczeństwo przechodzi proces zmian. Docelowo mamy mieć w pełni zawodowe, znakomicie wyszkolone wojsko, które nie będzie zbyt liczne w porównaniu ze stanem sprzed 20-30 lat, ale za to lepiej wyposażone. Zapewne dlatego już za kilka lat wspomnieniem stanie się, zresztą coraz rzadszy, widok młodych rezerwistów, którzy odziani w pamiątkowe chusty wracają z wojska do domu. Czy nieaktualne będzie też powiedzenie, że prawdziwy mężczyzna powinien przejść przez wojsko?
