Anglia – bardziej polska niż kiedykolwiek
Rodacy na emigracji
Jeszcze parę lat temu wyjazd do Wielkiej Brytanii wiązał się z ogromnym stresem. Liczne były bowiem przypadki, kiedy angielska straż graniczna nie wpuszczała naszych obywateli do Anglii z obawy, że zostaną tam na dłużej i będą próbowali znaleźć pracę na czarno i w ten sposób okradać rząd brytyjski. Niejeden wracał do kraju, nie stawiając nogi na angielskiej ziemi. Ale z drugiej strony, wielu Polaków nie przyjeżdżało latami do Ojczyzny, wiedząc, że nie będą mogli wrócić do kraju, gdzie z trudem ułożyli sobie życie. Teraz jest inaczej. Mało kto wybiera się w podróż na Wyspy autokarem. Polacy najczęściej latają samolotami tanich linii lotniczych. Wygodniej, szybciej, niedrogo. Anglia szeroko otwiera drzwi naszym rodakom, którzy chcą do niej wjechać…
W samolocie można się zorientować, że do Wielkiej Brytanii latają wszyscy – młodzi i ludzie starsi, samotni i z całymi rodzinami, często polsko-angielskimi, w których dzieci są dwujęzyczne. Większość z nich wraca do pracy – po krótkim urlopie czy zjeździe na uczelni… W każdym rejsie lecą matki z dziećmi. Są to kobiety, które odwiedzają swoich mężów pracujących na Wyspach. Nieraz nie widzieli się miesiącami. Same muszą dać sobie radę z często malutkim dzieckiem, wózkiem i niemałą walizką. Samolot jest pełen dzieci. Obsługa szybko przynosi dodatkowe pasy, nie pyta nawet, czy umiem przypiąć dziecko. Pewnie myśli, że latam nieustannie – jak wiele matek. Ale ja na szczęście lecę na wakacje. Lądujemy na London Stansted. Większość od razu wie, dokąd iść, gdzie odebrać bagaż, wózek. Latają często.
Z uśmiechem na twarzy
Straż graniczna i obsługa lotniska uśmiechem witają na Wyspach. Zresztą ten trochę wymuszony uśmiech towarzyszy ludziom w Wielkiej Brytanii wszędzie. W sklepach, w metrze, w autobusie, na ulicy. Nie wypada się nie uśmiechać. Nie wypada nie być grzecznym. Każdy tu ciągle przeprasza i dziękuje.
Dojeżdżamy po niedługiej podróży do domu, w którym będziemy mieszkać przez najbliższe dni. To duży dom w 3. strefie Londynu, w dzielnicy Wood Green. Ulica, jakich mnóstwo w całym mieście – długa, a po obu stronach rząd wąskich, jednopiętrowych domów. W naszym mieszka ośmiu Polaków, w tym dwa bezdzietne małżeństwa. Pracują w różnych miejscach – przeważnie w pubach, jest też jeden fryzjer i dwie dziewczyny na stanowiskach menedżerskich. Jedni chcą kiedyś wrócić do Polski, inni planują tu zostać na stałe, jeden z nich musi. W Polsce czeka na niego policja. Jest poszukiwany za handel narkotykami… nie wróci do kraju.
Trudno spotkać rodowitego Anglika
Już w tym domu można się przekonać, jak wygląda Londyn. Z lewej strony sąsiadami są Hindusi, z prawej – Polacy. I to niestety ci najgorsi. Nie pracują na stałe, chwytają się robót na czarno. Piją dużo alkoholu, słuchają głośno muzyki, na niewielkim podwórku za domem rozpalają gigantyczne ognisko albo biją się do nieprzytomności. Ale na szczęście to tylko margines. Zdecydowana większość Polaków jest ceniona przez tutejszą społeczność. Nie mają problemów ze znalezieniem pracy – uczciwej, z umową. Chwaleni są za pracowitość, dokładność i uczciwość. Angielski pracownik ma opinię leniwego i niedokładnego. Anglicy – co zupełnie zrozumiałe – wolą zatrudnić naszych rodaków… W Londynie trudno spotkać prawdziwego Anglika. Na każdym kroku mija się przede wszystkim Hindusów, Murzynów i Arabów. To oni najczęściej pracują w kasach, w barach szybkiej obsługi, sprzątają ulice. Wszędzie widać kobiety w czadorach, chustach, mężczyzn w turbanach. Tu nikogo to nie dziwi.
Obok nich najłatwiej spotkać Polaków. Pracują wszędzie. Na placach budowy, w pubach i w coffee shopach, szpitalach i domach opieki, a także w ogromnych firmach i instytucjach. Są kierowcami autobusów, taksówek, przewodnikami turystycznymi. Właściwie chyba w każdej firmie można spotkać naszego rodaka. Polacy pracują chętnie, bo za godziwe pieniądze. Nawet nie za wysoka pensja spokojnie wystarcza do pierwszego, a jeszcze można sobie coś kupić, wysłać rodzinie, odłożyć – to ich tam trzyma. W Polsce nadal jest trudno, a przeciętna pensja starcza na wiele mniej. Dla dużej grupy młodych emigracja była jedyną możliwością, by żyć godnie. Z jednej strony to straszne, że młodzi Polacy, często z wyższym wykształceniem, wyjeżdżają i pracują w pubach… a z drugiej – trudno ich nie zrozumieć.
Na każdym kroku – w sklepach, w autobusach, w metrze, na ulicy – słychać język polski. Pojawia się coraz więcej napisów po polsku, powstaje coraz więcej polskich gazet i rozgłośni radiowych. Na tablicach informacyjnych mnóstwo ogłoszeń w naszym języku – o pracy, o pokoju do wynajęcia, o poszukiwanej niani do dziecka. Niestety, młodzi Polacy coraz rzadziej używają swojego ojczystego języka. Wielu z nich w zdania po polsku wplata angielskie słowa, czasem mniej lub bardziej „spolszczone”. Bo zapomnieli, bo tak jest łatwiej, bo tak im się podoba.
Dzieci są skarbem
Anglia z otwartymi ramionami przyjmuje także polskie dzieci – te, które się tam urodziły, i te, które przyjechały z Polski. Rodzice mają szereg ułatwień w pracy. Matka bez problemu może pracować w niepełnym wymiarze godzin, część pracy wykonywać w domu, tam nikogo to nie dziwi. Także polskie dzieci dostają od rządu brytyjskiego bon na przyszłą edukację. Państwo troszczy się szczególnie o samotne matki. Właściwie zaraz po przyjeździe mogą starać się o pieniądze z tamtejszej opieki społecznej. I nikt nie pyta, czy zostają na stałe, jedynie, czy dłużej planują pracować. W dodatku wszystkie sprawy związane z ubezpieczeniem zdrowotnym, zapisami do lekarzy itp. samotne matki mają załatwiane szybciej.
Ludzie też są życzliwi dla dzieci i ich rodziców. Bez problemu zwalniają miejsca w metrze, autobusie. W naszym kraju jest z tym niestety trochę gorzej. Często ludzie udają, że nie widzą w autobusie matki z dzieckiem. Podobnie sprawa ma się z wózkami. W autobusach wszystkie wózki muszą stać w specjalnie do tego przeznaczonym miejscu. Inaczej autobus nie ruszy. Często jest tak, że trzeci wózek, jeżeli nie można go złożyć, nie jest wpuszczany do pojazdu ze względu na brak możliwości zapewnienia dziecku bezpieczeństwa w czasie jazdy.
Nie jest tak pięknie
Zarobki i łatwość znalezienia pracy to jedna strona medalu. Druga to tęsknota za domem, za rodziną, często mężem czy żoną. Co gorsza, zdarza się, że rodzice, wyjeżdżając do Anglii, zostawiają nawet małe dzieci z dziadkami. Wiele rodzin przeżywa prawdziwy dramat rozstania, wiele małżeństw emigrację jednego małżonka przypłaca poważnym kryzysem lub – co gorsza – rozpadem związku. Tego nie wynagrodzą żadne profity.
Polaków zazwyczaj stać na dość częste latanie do Polski, ale problem jest z urlopem. Jeśli już go mają i przylecą, to załatwiają w kraju jak największą liczbę spraw, których nie chcą załatwiać w Anglii. Tak jest np. z wizytami u lekarzy specjalistów wszelkich dziedzin… Polacy nie ufają tamtejszym medykom. Zresztą to przeważnie emigranci. Służba zdrowia mimo ogromnych nakładów jest na słabym poziomie. Na większość dolegliwości pacjentom proponuje się paracetamol, nawet na bolącą wątrobę… Dlatego polscy lekarze – świetnie wykształceni, są bardzo poszukiwani w Anglii. Pielęgniarki także. Ale Polacy leczą się w Ojczyźnie. Zresztą stać ich na najlepszych lekarzy. To dramat naszego kraju, bo mamy znakomitych lekarzy, świetny sprzęt i nie korzystamy z tego, bo podobno nie ma pieniędzy. W Anglii pieniądze są, sprzęt jest, ale brakuje fachowców, którzy by go obsłużyli, a o każde dodatkowe badanie – choćby zwykłą morfologię – trzeba długo prosić.
Niestety, wielu pracodawców wykorzystuje fakt, że Polacy nie znają angielskich przepisów i języka. Zatrudniają ich na czarno, nie dają im tyle urlopu płatnego, ile oficjalnie im przysługuje. Zmuszają do pracy w nadgodzinach czy w niedzielę i święta, nie płacąc za to odpowiedniej – większej stawki. Wmawiają naszym rodakom na przykład, że nie dostaną umowy o pracę, dopóki nie będą mieli insurance number (numeru ubezpieczenia społecznego), co jest oczywiście niedopuszczalne z punktu widzenia prawa. Jedynym wyjściem dla każdego, kto chce pracować w Anglii, jest dokładne zapoznanie się z miejscowymi przepisami, bo niewiedza może być szybko wykorzystana.
Namiastka Ojczyzny
Najważniejszym wydarzeniem dla wielu Polaków jest niedzielna Msza św. w polskim kościele. Jedziemy na Islington do kościoła pw. Matki Bożej Częstochowskiej i św. Kazimierza. Mimo że w niedzielę jest odprawianych aż pięć Eucharystii, świątynia wypełniona jest po brzegi ludźmi w każdym wieku – od niemowląt, w większości urodzonych już w Londynie, po ludzi starszych. Mszę św. odprawia oczywiście ksiądz z Polski. Ludzie trochę jakby chętniej śpiewają polskie pieśni. Na koniec rozbrzmiewa „Boże, coś Polskę…”. Wśród ogłoszeń parafialnych długa lista zapowiedzi przedślubnych. Ksiądz przypomina, że ci, którzy są tutaj ponad trzy miesiące, formalności przedślubne muszą załatwiać na miejscu, nawet jeżeli ślub planują w Ojczyźnie.
W Londynie powstaje coraz więcej polskich sklepów i punktów usługowych. Bez problemu można iść do polskiego fryzjera czy kosmetyczki, zamówić taksówkę z polskiej korporacji, kupić nie tylko polską kiełbasę, ale i polskie dżemy, majonezy, ciastka, paluszki słone, a nawet mleko dla niemowląt czy kaszki, które dzieci jadają w kraju. Polskie produkty dostępne są też w sklepach prowadzonych przez Turków. Zresztą pracują w nich często sami Polacy. Półki z polską żywnością można znaleźć także w typowo angielskich sklepach. Ale polską żywność i napoje chętnie kupują nie tylko nasi rodacy. Wielu Anglików i emigrantów z innych krajów poznało i bardzo polubiło wyroby z naszego kraju i często wybierają je zamiast „swoich”.
Inny świat
Zdecydowana większość Polaków, którzy w ciągu ostatnich trzech lat wyemigrowali na Wyspy Brytyjskie, mieszka i pracuje w dużych miastach – jak Londyn, Dublin, Edynburg, Birmingham czy Belfast. Między innymi do tych miast latają bezpośrednie samoloty. Ale wystarczy pojechać do jakiegoś małego miasteczka, by zobaczyć, jak bardzo inna jest prowincja.
Great Dunmow, niewielkie miasteczko w hrabstwie Essex, położone zaledwie kilkanaście kilometrów od London Stansted. Powstałe w średniowieczu. Czyste, ciche, zielone. Ale już po paru minutach można zorientować się, że nie tylko pod tym względem jest inne od Londynu. Nie ma tu Murzynów, Hindusów, Arabów. Miejscowi szeptem mówią, że za nimi nie przepadają i nie chcą, by tu mieszkali, bo „to zupełnie inna kultura”. Każdy o ciemniejszej skórze szybko się stąd wyprowadza. Ale Polaków i tu nie brakuje. Z tą różnicą, że tu wszyscy Polacy się znają, przyjaźnią, pomagają sobie. O pracę też nie jest trudno, bo nasi rodacy również na prowincji są cenionymi pracownikami. A jeżeli tylko dobrze znają język, szybko awansują. Miejscowi są bardzo życzliwie nastawieni do Polaków. Szybko nawiązują z nimi przyjaźnie, chętnie pomagają w kupnie samochodu czy w przeprowadzce. W sklepach sprzedawcy od razu pytają, czy przyjechało się do Dunmow na stałe. Na ulicach nawet nieznajomi mówią „dzień dobry”.
Jak u siebie
Wygląda na to, że Polacy zadomowili się w Anglii, a Anglicy ich przyjęli z otwartymi ramionami. Czy kiedyś wrócą? Czy ich dzieci będą mówiły po polsku? Czy kupią tam domy i zostaną? Czas pokaże. Wielu chce wrócić. Zarobić i rozkręcić w Polsce jakąś firmę. Jeszcze będąc w Anglii, kupują mieszkania w Polsce i myślą o powrocie. Inni zostaną, bo dzieci poszły do szkoły, bo wsiąkli w ten kraj, choć bardzo tęsknią za ojczyzną. Ale są też tacy, którzy Polskę nazywają „byłą Ojczyzną”, a największym ich pragnieniem jest zdobycie obywatelstwa brytyjskiego. Jedno jest pewne – Wielka Brytania jest tak polska jak nigdy dotąd. Polacy powoli zaczynają czuć się tam jak u siebie.
Maria Popielewicz
Zdjęcie Robert Popielewicz
