100 dni absencji w świecie
Mija właśnie sto dni urzędowania "autorskiego" rządu Donalda Tuska. W
licznych komentarzach i ocenach szczególnie zwraca się uwagę na pasmo
niepowodzeń w dziedzinie ochrony zdrowia czy infrastruktury. Rosną kontrowersje
wokół projektu wydłużenia czasu pracy. Niewielu jednak obserwatorów dostrzega
problemy międzynarodowe. Premier Tusk zaś chwali się, iż Polska została włączona
do czołowej szóstki europejskiej. Prorządowe media raczej pozytywnie oceniają tę
dziedzinę pracy rządu. Na dowód przytacza się jakieś kurtuazyjne komentarze
zagraniczne, chwalące rząd Tuska za "proeuropejską" postawę. Rzekomo wielkim
sukcesem miała być nasza prezydencja w Unii Europejskiej.
Bliższe spojrzenie na działalność dyplomatyczną obozu władzy przeczy tym
zachwytom. Dyplomacji państwa nie ocenia się miarą zagranicznych pochlebstw, ale
przez pryzmat realizacji interesów narodowych. A o tym, że właśnie interesy
narodowe są głównym wyznacznikiem działania państw, a nie te mityczne
europejskie, wspólnotowe, boleśnie przypomniano nam w ostatnich miesiącach. Po
latach mamienia nas europejską idyllą duet Merkozy brutalnie pokazał, kto rządzi
w Unii Europejskiej. Na naszych oczach na obszarze Unii zaczęły tworzyć się
różne kręgi decyzyjne. Trzon stanowi niemiecko-francuski duet z przeważającą
jednak rolą Berlina w tej parze. Kolejny krąg to strefa euro. Następny to mało
jeszcze sprecyzowany krąg euro+, do którego będą należeć wszyscy sygnatariusze
paktu fiskalnego, jednak o różnym statusie. To wszystko wchodzi nadal w skład
Unii Europejskiej 27 państw z oczekującą na członkostwo Chorwacją. Ten
galimatias decyzyjny w Unii należy jeszcze dopełnić ilustracją nadal
nierozwiązanego kryzysu finansowego Grecji i kilku państw strefy euro, którymi
zajmuje się międzynarodowa finansjera, i to ona wyznacza premierów w Atenach i
Rzymie.
Musimy też pamiętać, że należymy do Sojuszu Północnoatlantyckiego, który liże
rany po mało udanej, choć szczęśliwie zakończonej interwencji w Libii. NATO stoi
bezradnie w obliczu narastającej presji Rosji sprzeciwiającej się jakimkolwiek
planom budowy tarczy antyrakietowej w Europie. Biernie przygląda się
zapowiedziom Putina o dozbrojeniu Rosji w najbliższych latach. Wreszcie NATO
unika jakiegokolwiek zaangażowania się w rozwiązanie kryzysu syryjskiego czy
powstrzymanie nuklearnych ambicji Iranu.
Wyliczone kwestie pokazują, iż otoczenie i klimat polityczny wokół Polski
pogarszają się. Wobec powyższych problemów trudno jednak było doszukać się w
ostatnich stu dniach jakiejś sensownej wypowiedzi szefa rządu, dyplomacji czy
polityka lub urzędnika z resortów zajmujących się bezpieczeństwem
międzynarodowym. W kontekście pogarszającej się sytuacji międzynarodowej mrzonki
Tuska i Sikorskiego, iż należymy do jakiejś szóstki europejskiej, brzmią nie
tylko groteskowo, ale i niebezpiecznie
Brak priorytetów
Po raz pierwszy od lat nowo powstały rząd nie zaprezentował informacji o
priorytetach polityki zagranicznej. Ani w Sejmie, ani w mediach nie dokonano
choćby skrótowej analizy problemów i wyzwań stojących przed nową kadencją. Nie
próbowano nawet tłumaczyć społeczeństwu skomplikowanej sytuacji międzynarodowej.
Przez okres kampanii wyborczej utrzymywano fałszywy obraz stanu naszej
gospodarki, finansów i pozycji w Europie. Nie zaprezentowano też po wyborach
żadnych priorytetów, które nowy rząd chciałby zrealizować. Sejmowa komisja spraw
zagranicznych już na kolejnym posiedzeniu będzie zajmowała się jedynie oceną
kilku kandydatów na polskich ambasadorów. Dopiero po naciskach opozycji premier
Tusk wyjawił swoją "doktrynę polityczną" i przyznał, że zamierza walczyć o
miejsce Polski przy stole, a nie w karcie dań.
Formułując w ten sposób politykę, Tusk potwierdził, iż postawa "wystarczy być
w głównym nurcie Unii Europejskiej" poniosła klęskę. Czy to oznacza powrót do
polityki podmiotowej w UE, propagowanej przez śp. Lecha Kaczyńskiego? Pośrednio
to powinno oznaczać. Ale czas pokaże jednak, czy rząd rzeczywiście zreflektował
się i przyzna się, że Polska została zmarginalizowana. Czas pokaże, czy Niemcy
pozwolą Tuskowi na zwiększenie roli Polski w Europie.
Polska nie zrealizowała priorytetów prezydencji UE
Dość trywialnie brzmią przechwałki, iż rząd Polski poradził sobie z
kierowaniem Unią Europejską w czasie prezydencji. W rzeczywistości, dzięki
wysiłkowi wielu urzędników, udało się poprawnie przeprowadzić liczne spotkania i
konferencje. Nie udało się jednak zrealizować zapowiadanych priorytetów, naszych
interesów narodowych. I tak nie podjęto spraw wspólnej obrony europejskiej.
Można było przewidzieć już od dawna, iż Europa pogrążona w kryzysie, uwikłana w
konflikt afgański oraz zmuszona do interwencji w Libii nie będzie miała
politycznej woli oraz środków finansowych na dublowanie wysiłków NATO i
tworzenie równoległej struktury obronnej.
Nie uzyskano zadowalającego rozwiązania w sprawie przybliżania Ukrainy do
członkostwa w UE. Można doszukiwać się wymówek w wewnętrznych uwarunkowaniach
Kijowa, ale bezspornym faktem jest, że to strona polska w czasie prezydencji
miała instrumenty, aby wywrzeć skuteczną presję na władze ukraińskie oraz
zbudować proukraińskie lobby w Europie.
Program Partnerstwa Wschodniego nie przybliżył jego uczestników do
członkostwa w UE również. Natomiast kwestia partnerstwa została skwapliwie
wykorzystana w kampanii wyborczej do zorganizowania wizerunkowego szczytu,
służącego celom propagandowym, ale następnie została totalnie porzucona.
Prestiżową porażką polskiej prezydencji była wreszcie decyzja Chorwacji o
podpisaniu traktatu akcesyjnego w Brukseli, a nie w Warszawie.
Klęska polityki środkowoeuropejskiej
Chorwacka decyzja to ewidentny dowód, iż państwa naszego regionu przestały
traktować Polskę jako rzecznika interesów tej części Europy. W czasie działań
naszej prezydencji doszło do faktycznego podziału Grupy Wyszehradzkiej oraz
separacji od państw bałtyckich. W trakcie polskiej prezydencji doszło do de
facto rozbicia Grupy Wyszehradzkiej. Inną drogą poszły Czechy i Węgry. Podobnie
zaniedbano współpracę z państwami bałtyckimi. W przypadku Litwy doszło nawet do
otwartego konfliktu z Warszawą. Współpracy z Rumunią i Bułgarią zupełnie nie
widać, tak jak z całym regionem bałkańskim.
Ostatnie miesiące przyniosły też cios politycznym planom Euro 2012.
Przypomnę, że ten wielki projekt sportowy miał być instrumentem nie tylko budowy
kilku stadionów do "pogrania w gałę", ale zawierał ambitne plany
infrastrukturalne. Budowa nowoczesnych dróg, linii kolejowych czy lotnisk miała
stworzyć nową jakość polityczno-gospodarczą między Polską i Ukrainą. To miał być
zaczyn do przyspieszenia procesu integracyjnego z Unią Europejską dla całego
regionu Europy Środkowo-Wschodniej.
Polska poza centrum decyzyjnym UE
Zaniedbując współpracę regionalną, stwarzano jednocześnie wrażenie, że Polska
ma szansę stać się państwem współdecydującym o polityce Unii. Do tej roli miała
nas przybliżać bezkrytyczna współpraca z Niemcami lub raczej wasalne wręcz
podporządkowanie. Przychylność Niemiec mieliśmy też zaskarbić sobie
"pragmatyczną" polityką wobec Rosji, czyli wycofaniem się z jakichkolwiek
ambicji na Wschodzie, określanych przez ekipę Tuska jako "romantyczne,
mocarstwowe iluzje". Nasze podrzędne, zdyscyplinowane wobec potężnych patronów
miejsce w regionie ma pieczętować nowy trójkąt Niemcy – Rosja – Polska. Wydaje
się też, że ceną za marzenia o dopuszczeniu nas do współpracy
niemiecko-rosyjskiej jest układ o małym ruchu granicznym, który otworzy znaczną
część północnej Polski dla mieszkańców Królewca. Oby ten ryzykowny eksperyment,
forsowany długo wbrew Europie, nie skończył się restrykcjami na naszych
zachodnich granicach. Jednak polityka polegania na Niemczech i schlebiania
Rosji, aby przypodobać się zachodnioeuropejskiej poprawności politycznej, nie
przyniosła rezultatów w postaci uzyskania decyzyjnej pozycji w Europie.
Można zakładać, że w ostatnich tygodniach nawet tak przekonany o swojej
nieomylności Tusk zorientował się, iż nie zdobędzie zapowiadanego miejsca przy
europejskim stole. Z tego powodu zaczął podejmować chaotyczne działania. Były to
wystąpienia balansujące od "ściany do ściany". Należy tu przypomnieć zaskakujące
wystąpienie ministra Sikorskiego w Berlinie, gdzie apelował do Niemiec o jeszcze
większe przywództwo w Europie. Należy pamiętać o ambiwalentnym wystąpieniu Tuska
w Parlamencie Europejskim, gdzie nadal podtrzymywał koncepcję szybkiego
wstąpienia Polski do euro (sprawa ujawniona przez nowego przewodniczącego
parlamentu). Z drugiej zaś strony wydaje się, że Tusk podejmował jakieś próby
być może odtworzenia koalicji środkowoeuropejskiej, przez pochlebstwa wobec
Orbána czy wizytę w Rzymie. I one nie przyniosły pozytywnych rezultatów. Nie
zasiedliśmy przy europejskim stole decyzyjnym. Dobitnie wskazują na to zapisy
paktu fiskalnego. Mimo nawet polskich prób zniekształcenia tekstu jasno wynika,
że Polska nie zostanie dopuszczona do współdecydowania w grupie euro, grupie,
która staje się pozatraktatowym ciałem kierującym całą Unią Europejską.
Na marginalną pozycję Polski w Europie wskazuje nawet zamieszanie wokół
podpisywania przez Unię porozumienia ACTA. Bo czy jakieś państwo należące do
"szóstki" europejskiej, będące "przy stole" i tak blisko współpracujące z
Niemcami, nie zostałoby przez Berlin ostrzeżone, że ta stolica nie zamierza
przystąpić do ACTA?
Chłód na Wschodzie
Tak jak w poprzednich latach kadencji tego rządu, tak w ostatnich stu dniach
nie doszło do zapowiadanych przełomów z Rosją w sprawach historycznych,
gospodarczych czy najnowszych kwestiach dotyczących śledztwa smoleńskiego. Nad
ludobójstwem katyńskim zapadła grobowa cisza. Gaz kupujemy po chyba najwyższych
cenach w Europie. Wobec braku działań naszego rządu sprawą musiało zająć się
bezpośrednio PGNiG i oddać ją do międzynarodowego arbitrażu. Od miesięcy też nic
nie dzieje się ze śledztwem smoleńskim. Rosja przyjęła tu niekooperatywną
postawę, mimo iż z polskiego śledztwa wynika coraz bardziej, że katastrofa miała
inny przebieg, niż pokazywały to raporty MAK i Millera.
Uległa postawa Polski nie została też wynagrodzona przez Rosjan w dziedzinie
bezpieczeństwa. Mimo braku realizacji amerykańskiego projektu tarczy
antyrakietowej Rosja i tak zapowiada rozlokowanie rakiet typu Iskander na
terenie obwodu kaliningradzkiego. W programie wyborczym Putina jest natomiast
zapowiedź podjęcia przez Rosję ogromnych zbrojeń, które drastycznie osłabią
bezpieczeństwo Polski. Rosyjskie zachowanie nie spotkało się dotąd z żadną
reakcją polskiego rządu. Ani Tusk, ani Sikorski nie pytają, po co nasz sąsiad
zamierza się tak zbroić. Nie widać też u nich żadnej troski o stan demokracji u
naszego potężnego sąsiada.
Wydaje się, że nasza dyplomacja została także całkowicie sparaliżowana na
kierunku białoruskim. Brak tu jakiejkolwiek koncepcji działania wobec władz oraz
chęci obrony polskich interesów, w tym Polaków mieszkających na Białorusi. O
tym, że władze białoruskie mogą całkowicie nas ignorować, zaświadcza ostatni
incydent z odmową wjazdu na Białoruś delegacji polskiego Sejmu.
Brak strategii pozaeuropejskiej
Minimalizm działania prowadzący do samomarginalizacji można dostrzec w
polityce, a w zasadzie jej braku, wobec spraw pozaeuropejskich. Chyba tę
bierność polską na świecie dostrzegli Amerykanie, którzy poprosili polską
ambasadę w Damaszku o reprezentowanie ich interesów. Ktoś w Waszyngtonie zapewne
pomyślał, że jak Polacy już nic nie chcą robić, to może będą przekazywać
korespondencję dyplomatyczną i wydawać wizy. Może i Chińczycy z Chin
komunistycznych (sic!) poszli tą drogą rozumowania i zawarli z prezydentem
Komorowskim "strategiczne porozumienie" o współpracy bilateralnej. Nie wiadomo,
o co chodzi, nie ma tam konkretnej treści, ale jak wzniośle się to nazywa! Jak
ładnie można sprzedać wizerunkowo!
Może świat i nie czeka na nasze oceny. Może stan gospodarki byłej "zielonej
wyspy" pod kierunkiem tego rządu nie pozwala na większą aktywność w świecie. Ale
rząd jest winien społeczeństwu choć wyjaśnienie, jakie jest stanowisko polskiej
dyplomacji wobec nuklearnych ambicji Iranu, tragedii w Syrii, atomowego szantażu
Korei Płn. czy sensu dalszego pobytu polskich wojsk w Afganistanie.
Społeczeństwo powinno być albo ostrzegane o negatywnych konsekwencjach tych
kryzysów, albo uspokajane informacjami o podejmowanych przez świat działaniach
zapobiegawczych. Niestety, ten rząd już nas przyzwyczaił, że ani na jakieś
działania, ani nawet na merytoryczną wykładnię poglądów o problemach świata nie
możemy liczyć.
Prawo i Sprawiedliwość dostrzegło falstart polskiej dyplomacji już w
pierwszych tygodniach funkcjonowania nowego rządu. Było to podstawą sejmowego
wniosku o odwołanie ministra Sikorskiego. Następne miesiące potwierdziły te
zastrzeżenia. Oby te nieudane sto dni polskiej dyplomacji nie było zapowiedzią
czterech lat dalszego samomarginalizowania pozycji Polski.
Witold Waszczykowski
