Wielki projekt św. Jana Pawła II dla młodych całego świata
Na zakończenie Świętego Roku obchodzonego z okazji Jubileuszu Odkupienia Jan Paweł II zapragnął, aby także młodzi mocniej doświadczyli wiary i zaprosił ich do siebie do Wiecznego Miasta. Ks. dr Stanisław Cader miał to szczęście, że mimo wielu przeciwności udało mu się w kwietniu 1984 roku przybyć do Rzymu. Jak się później okazało spotkanie to było preludium do późniejszych spotkań Papieża z młodymi z całego świata tzw. Światowy Dni Młodzieży. Wielki autorski projekt świętego Papieża Polaka Jana Pawła II, który trwa do dnia dzisiejszego i pozwala spotkać się młodzieży z całego świata, aby umacniać swoją wiarę w Boga.
Ks. dr Stanisław Cader opowiada z perspektywy uczestnika, jak wyglądało to wydarzenie. Wspomina trudności, które kiedyś młody człowiek musiał pokonać, aby w takim spotkaniu uczestniczyć. Dzieli się swoim świadectwem, jak wiele łask doświadczył dzięki tamtemu spotkaniu z Papieżem i tym samym zaprasza dzisiejszą młodzież do czynnego uczestnictwa w ŚDM w Krakowie razem z Ojcem Świętym Franciszkiem.
***
Szczególny czas
Rok Święty Odkupienia zaczął się w 1983 r. rocznicą śmierci Pana Jezusa i trwał do Niedzieli Zmartwychwstania 1984r. To był dla mnie wspaniały rok … .
Jesienią 1983 dowiedziałem się, że Ojciec św. Jan Paweł II organizuje z racji tego świętego roku spotkania różnych grup w Wiecznym Mieście, a na Niedzielę Palmową zaprosił młodzież z całego świata.
Do Żywca, na studium animatora, przyjechał wtedy śp. już ks. prałat Chowaniec – opiekun młodzieży i oazy Archidiecezji Krakowskiej. Powiedział nam, że z naszego miasta pojadą na to spotkanie dwie osoby. Padło na mnie i na kogoś jeszcze, już teraz nie pamiętam. Z całej archidiecezji krakowskiej z Ruchu Oazowego miało pojechać pięć osób, z duszpasterstwa młodzieży też 5 i jeszcze z duszpasterstwa akademickiego również 5. Okazało się jednak po kilku tygodniach, że ci, którzy byli w wieku poborowym, kiedy zgłosili się po paszport i złożyli wnioski, zamiast dokumentów otrzymali powołania do wojska. Jak się potem okazało z tego powodu razem ze mną do Rzymu udało się pojechać jeszcze mojej koleżance z parafii. Wtedy jednak nie wierzyłem w to, że mimo wytypowania zdołam wyjechać do Włoch. Wszystko przez komunistyczne władze.
Wielkie trudności
Oczywiście również dostałem bilet do wojska, do Bochni, ale tego biletu nie przyjąłem. Zorientowałem się, że w roku, kiedy zdaję się maturę, nie można powołać do wojska i to mnie uratowało. Ostatecznie powołania nie otrzymałem, ale też nie chciano mi dać paszportu. Zrezygnowany postanowiłem dać sobie spokój, ale ks. Chowaniec cały czas mnie mobilizował. Na WKU w Żywcu byłem 13 razy. Regularnie odwiedzałem także komórkę do spraw wyznań w urzędzie wojewódzkim. Śpiewka tam była zazwyczaj jedna: jeżeli podpiszę dokument o współpracy to dadzą mi paszport. Oczywiście nie mogłem tego zrobić. Równocześnie w tamtym okresie pracowałem w jednym zakładzie, a do WKU czy innego urzędu trzeba było iść do południa. Ciągle więc musiałem ubiegać się o przepustki lub zwolnienia – wszystko to kosztowało wiele zachodu. Kiedy odprawiłem praktycznie wszystkie nowenny, a moja mama szczególnie tę do św. Judy Tadeusza, wybrałem się do WKU w Żywcu po raz trzynasty.
Tam jeden z pułkowników zapytał mnie nagle: Kim Pan jest? Przedstawiłem się, nie chodziło mu jednak o imię i nazwisko. Był zdziwiony, dlaczego w mojej sprawie dzwonił do nich we własnej osobie ks. kard. Macharski. Dowiedziałem się wówczas, że w tej tak trudnej podbramkowej sytuacji nie było już wyjścia i ks. Chowaniec poprosił ks. kard., by ten zainterweniował u władz w mojej sprawie. Kiedy w końcu otrzymałem zgodę z WKU, udałem się do urzędu paszportowego. Tam ponownie namawiano mnie do współpracy. Od początku wiedziałem, że na taki układ zgodzić się nie mogę. To rzutuje na całe życie, mimo że oni twierdzili, że ani nie interesują się ruchem oazowym, ani nie chcą wiedzieć, co się dzieje w zakładzie pracy. Tak czy inaczej takiej lojalki nie podpisałem. Kiedy człowiek, który w tym urzędzie nakłaniał mnie do tej współpracy zauważył, że wstałem chcąc zrezygnowany wyjść z jego biura, też wstał i zagroził, że w takim razie żadnego paszportu nie dostanę. Wstając (dosyć gwałtownie) urzędnik spowodował, że otwarta koperta z jakimiś papierami spadła mi pod nogi. Pozbierałem te dokumenty i zorientowałem się, że duża pieczątka z napisem „zezwolono” dotyczy mnie i mojego paszportu. Zaskoczony tym faktem, wypomniałem urzędnikowi fakt, że jego przełożony zezwolił na udzielenie mi paszportu, a on i tak robi mi problemy. Wówczas podpisał dokument na wydanie mojego paszportu.
Dostałem go i oczywiście w ten sam dzień pojechałem do Krakowa, żeby dostać jeszcze konieczną do wyjazdu wizę. Na drugi dzień ziściły się marzenia moje i innych młodych z naszej grupy, wystartowaliśmy do Rzymu.
Gdyby nie polski Episkopat i Polonia, to na pewno nie mielibyśmy możliwości na ten wyjazd do Watykanu. Nie było nas wtedy na to stać. W Polskim banku mogliśmy wymienić jedynie kwotę 10 dolarów, za co we Włoszech można było kupić kanapkę z herbatą. Pamiętam, że dolar miał wtedy równowartość 73 zł, pracując na akordzie w zakładzie (i to przy dobrych układach) zarabiałem 200 zł na dzień, czyli jakieś 3dolary.
Inny świat
Kiedy wylądowaliśmy na lotnisku w Rzymie, czekała na nas spora liczba osób z włoskiej Polonii, głównie księża, którzy pracowali w Rzymie, ale także Polonusi. Witali nas tak, że płakaliśmy, oni zresztą również. To była pierwsza tak duża grupa młodzieży po stanie wojennym, która wyleciała z Polski.
Niewyobrażalne było jak ten zachodni świat różnił się od naszego kraju. Wyglądało, jakbyśmy w Polsce puścili czarno-biały film, a tam kolorowy. Ulice całkiem inne, podświetlone reklamy, kawiarnie na chodnikach, ludzie kolorowo ubrani i myślę, że bardziej radośni niż u nas. Byliśmy wtedy bardzo smutnymi ludźmi, nie widzieliśmy perspektyw na przyszłość. Czas stanu wojennego kosztował nas dużo wyrzeczeń i poświęcenia. Działałem w Solidarności, więc też osobiście wszystko to kosztowało mnie dużo zdrowia i nerwów.
Niesamowite spotkania
Do Rzymu przylecieliśmy we wtorek, od środy rozpoczynały się spotkania przygotowawcze do najważniejszego wydarzenia, które miało mieć miejsce w Niedzielę Palmową. Spotkania z młodzieżą odbywały się we wszystkich czterech głównych bazylikach Rzymu. Mogliśmy przez te dni spotkać wielkich ludzi tamtych czasów. Założycielkę Vokolari Nine Tiarę, Matkę Teresą z Kalkuty, było spotkanie z bratem Rogerem, także księżmi kardynałami i ludźmi, którzy prowadzą różne wspólnoty młodzieżowe na całym świecie.
Piękne było to, że obecny był tam cały świat, różne kolory skóry, przedstawiciele wszystkich kontynentów. Przed każdym spotkaniem było wiele śpiewu, radości, zawieraliśmy mnóstwo znajomości i wspaniale się bawiliśmy. Niektóre z tych przyjaźni międzypaństwowych, które wówczas zawarliśmy przetrwały w moim (ale pewnie nie tylko) przypadku do dzisiaj. Mam na przykład znajomych Chorwatów, których spotkałem w poniedziałek po Niedzieli Palmowej na audiencji u Ojca Świętego. Oni chyba byli bardziej podekscytowani tym spotkaniem niż my. Wiedzieli, że Ojciec Święty jest z Polski i byli nam za to wdzięczni, cały czas to wyrażali. Rzucali się nam na szyję i tak razem płakaliśmy ze wzruszenia.
Osobiście w tym czasie dwa razy mogłem widzieć Matkę Teresę z Kalkuty. Oba te spotkania były dla mnie wielkim przeżyciem. Byłem tak bardzo blisko, że mogłem rozmawiać z Matką Teresą. Pierwszym szokiem dla mnie był jej wzrost. Tak niewielka kobieta może z 1,5m wysokości miała w sobie tyle siły, potrafiła czynić tyle dobra. Znałem ją z wielu opowiadań, wiele o niej czytałem. Była to postać nietuzinkowa. Zanim Ojcem Świętym został nasz ksiądz kardynał Karol Wojtyła największą postacią dla mnie była właśnie Matka Teresa z Kalkuty. Kiedy zobaczyłem, jak przeszyła człowieka wzrokiem, to pod taką osobą uginały się nogi jakby były z gąbki. Było coś w tych oczach, co przyciągało, a równocześnie ten spokój na twarzy, i zarazem taka radość, trudno mi to określić. Te spotkania były niesamowite. Mieliśmy ten dar, że mogliśmy rozmawiać z Matka Teresą. Okazało się, że ona rozumnie język polski, dlatego że pochodziła z byłej Jugosławii i znając język chorwacki czy serbski po prostu rozumiała po polsku.
Duchowe przeżycia
Sobotniego czuwania nie pamiętam aż tak dokładanie. Po prostu wiem, że … było a ja w nim uczestniczyłem. Wówczas było wiele takich różnych sytuacji – zmartwień. Czy dostaniemy się wieczorem do hotelu? My to pojmowaliśmy tak jak w Polsce, więc trzeba było wcześnie wracać, bo metro mogło nie kursować albo autobusy. Było z tym troszkę problemów.
Przygotowywaliśmy się natomiast do niedzielnej Eucharystii. To był bez wątpienia najważniejszy moment. Pamiętam początek, kiedy szliśmy na Plac św. Piotra. Stały tam takie duże auta z przyczepami załadowanymi palmami. Miały one wielkość trzech-czterech metrów. Liturgię Ojciec Święty rozpoczął od czytania Ewangelii i poświęcenia tych palm. Dopiero później była Msza św. przy ołtarzu polowym. Młodzi wypełnili Plac św. Piotra całkowicie. Byliśmy wówczas już po spotkaniu z Janem Pawłem II w roku 1979 w Polsce, ale tam, w centrum chrześcijaństwa, przeżycie spotkania z Piotrem naszych czasów było niesamowite.
Wieczorem okazało się, że w poniedziałek weźmiemy udział w audiencji u Ojca Świętego.
Na Placu było kilkanaście grup. Jan Paweł II podchodził do każdej z nich i rozmawiał. Nas, z Polski południowej było z pięćdziesiąt osób. Ojciec św. rozmawiał z kilkoma z nas. Osobiście miałem to szczęście zamienić z nim kilka słów. Zapytał mnie, skąd jestem? Powiedziałem, że z Łodygowic od ks. Marszałka, to on się ożywił. Kazał pozdrowić ks. Marszałka, bo okazało się, że go pamiętał. Potem pozdrawiał całe Łodygowice, a nawet pytał, kto tam u nas jest teraz wikariuszem. Te krótkie rozmowy były bardzo osobiste. Trudno nawet teraz po tylu latach opisać towarzyszące mi wtedy emocje. Są takie chwile w życiu, które odciskają na człowieku takie piętno, że brakuje słów, żeby to opisać.
Księża pracujący w kurii rzymskiej na każdym kroku opowiadali nam, jak niesamowite jest to spotkanie młodzieży z Ojcem Św. Janem Pawłem II, w którym uczestniczymy. Mówili, że w całym Watykanie słychać jak Papież cieszy się z tego spotkania i zapowiada, że na tym jednym to się na pewno nie skończy. Sami mieliśmy wówczas przeświadczenie, że to w czym uczestniczymy, to dopiero początek, czegoś wielkiego. Tak się rzeczywiście stało. Tydzień po Niedzieli Palmowej Jan Paweł II przekazał młodzieży krzyż, który później ruszył z nią w świat. Tak rozpoczęły się Światowe Dni Młodzieży, które są wielką spuścizną Jana Pawła II, jego autorskim pomysłem.
Św. Jan Paweł II
Byliśmy niesamowicie dumni, że Ojcem Świętym jest nasz rodak. Nasi rówieśników z całego świata doskonale to wiedzieli i, co ciekawe, na każdym kroku wyrażali nam wdzięczność za takiego Papieża. Za to, że Jan Paweł II z Polski sprawił, że młodzież z całego świata może być razem, tworzyć wielką radosną wspólnotę. Co ciekawe, większość z nich znała … „Barkę”.
Szara rzeczywistość
Do szarej Polskiej rzeczywistości wróciłem we wtorek, bodajże 17 kwietnia wówczas. Następnego dnia miałem oddać paszport, ale obawiając się w urzędzie przesłuchania, poszedłem do lekarza, żeby jakoś odciągnąć to w czasie. Zwolnienie dostałem do końca tygodnia. Postanowiłem oddać paszport w piątek, jeszcze przed 15.00, kiedy urzędnicy kończyli pracę, licząc tylko na krótką rozmowę. Nic z tego. Na posterunku przesłuchiwały mnie trzy osoby przez dwie godziny. Na pytania o to jak było, odpowiedziałem im, że przecież doskonale o tym wiedza, bo też tam byli. Oni zaprzeczyli, biorąc moje słowa bardzo dosłownie. Wytłumaczyłem im, że chodziło mi o ich kolegów tzw. trzewiczki albo lakierki. Tak nazywaliśmy obce i wyróżniające osoby wśród naszej grupy w Rzymie. Doskonale wiedzieliśmy, jaką pełnią funkcję. Osoby te bardzo się wyróżniały i najczęściej poruszały się właśnie w eleganckich butach. Przesłuchanie to była ta najmniej przyjemna sprawa po powrocie ze spotkania z Janem Pawłem II w Watykanie. Zaczęły się jednak też inne spotkania. Razem z koleżanką Magdą Kosztyłą jeździliśmy po całej diecezji dzieląc się z innymi młodymi (nie tylko na spotkaniach oazowych) naszymi przeżyciami z pobytu u Ojca Świętego.
Marzenia
Przyznam szczerze, że marzyło mi się, aby takie spotkanie młodzieży, w którym uczestniczyłem w Rzymie w roku 1984 mogło się kiedyś odbyć również w Polsce, żeby przenieść do naszego kraju tę atmosferę religijnego spotkania młodych. Owszem, wcześniej były pielgrzymki Ojca Świętego do swojej ojczyzny. Ale to nie było to samo. One nie były do końca tak radosne. Były przytłoczone w pewnym sensie tą sytuacją, która panowała wówczas w naszym kraju. Marzyło mi się, żeby w Polsce doszło do międzynarodowego spotkania młodych, podczas którego ludzie mówiący na co dzień różnymi językami mogliby zjednoczyć się na wspólnej modlitwie, razem chwaląc Pana Boga. Również to marzenie ziściło się parę lat później.
Ugruntowanie wiary
Kiedy do tego doszło w pamiętnym roku 1991 w Częstochowie, byłem już rok po święceniach kapłańskich. Pracowałem w swojej pierwszej parafii w Stryszowie pod Kalwarią Zebrzydowską. Kiedy tylko dowiedziałem się o ŚDM w Polsce, rozpocząłem cotygodniowe spotkania z młodymi ze swojej parafii, mające na celu jak najlepsze przygotowanie ich do tego wielkiego wydarzenia. Młodzi chętnie na nie przychodzili i łapczywie słuchali świadka, którym byłem, a wiadomo, że świadka słucha się lepiej niż kogoś, kto przekazuje czyjś przekaz. Na tych naszych spotkaniach wytworzyła się bardzo dobra atmosfera i kiedy przyszedł czas na zbieranie chętnych na wyjazd do Częstochowy, szybko uzbieraliśmy pełny autokar młodych ludzi. Po dotarciu na plac jasnogórski udało nam się zająć miejsca dosyć blisko ołtarza i młodzi mogliby wrócić do autobusu, aby się przespać, ale nikt nie skorzystał z tej możliwości. Wszyscy zostali na całonocnym czuwaniu przed wałami jasnogórskimi. Na drugi dzień, niektórzy trochę zaspani, ale wszyscy radośnie uczestniczyli w głównym punkcie spotkania, czyli Mszy św. Pamiętam, że kiedy już wracaliśmy autokarem, to w drodze powrotnej cały czas śpiewaliśmy różne pieśni, przede wszystkim hymn tamtych ŚDM, niezapomniane Abba Ojcze. W młodych widać było wielką radość i pogodę ducha. Po latach uważam, że tamte dni były jednymi z najważniejszych w moim życiu. Ten dzień ponownego spotkania z Janem Pawłem II, ale i z całą tą młodzieżą w Częstochowie odcisnął się bardzo mocno na moim życiorysie.
Od lat należałem do oazy, jeździłem na rekolekcje również już jako kapłan. Czasami było to wyczerpujące i odbywało się kosztem urlopu, prowadziłem po 3-4 turnusy takich spotkań przez wiele lat. Te spotkania na ŚDM to było dla mnie takie ugruntowanie wiary.
Wskazówki
Zawsze uważałem, że należy coś zrobić, żeby później nie żałować. ŚDM i uczestnictwo w nich to niesamowita okazja (drugiej takiej może nie być) do spotkania innych młodych, rozmodlonych i radosnych ludzi z całego świata. Warto się na nie wybrać, ale wcześniej do takiego spotkania należy się odpowiednio przygotować, aby owoce tego były pełne. Im lepsze przygotowanie rzecz jasna, tym lepsze potem owoce.
Na pewno przed wyjazdem na ŚDM będzie dużo za i przeciw. Może się zdarzyć, że nawet rodzice, którzy bardzo kochają swoje pociechy, będą przestrzegać, żeby uważać, żeby się nie wybierać, że może być niebezpiecznie. Myślę, że nie można przywiązywać do tego aż tyle uwagi. Owszem, tam, gdzie się robi dużo dobrego, gdzie przychodzi dużo łask, tam też grasuje zło i tam szatan też próbuje wiele zamącić. W dzisiejszych czasach, kiedy rzeczywiście w wielu krajach jest niebezpiecznie, im bliżej będziemy tych ŚDM w Krakowie, tym głośniej może być o jakiś zagrożeniach. Warto jednak zaufać, że Pan Bóg nas ochroni i warto jednak do Krakowa się wybrać. Nie przespać tej wielkiej chwili, która będzie dziać się w naszym kraju tak blisko każdego z nas. Jesteśmy gospodarzami ŚDM i zapraszamy na nie cały świat, dlatego tym bardziej sami powinniśmy w nich czynnie uczestniczyć.
***
Ten i inne wspomnienia uczestników Światowych Dni Młodzieży będzie już niedługo można zobaczyć w TV Trwam w programie poświęconym tym wyjątkowym spotkaniom młodzieży z całego świata z Ojcem Świętym, a przede wszystkim z Chrystusem.
RIRM
