[Jestem w Kościele] Krzyż na kółkach
W wielu środowiskach prawicowych i konserwatywnych powszechny był zachwyt nad uroczystościami pogrzebowymi Charliego Kirka. Czy jednak naprawdę jest co podziwiać? Czy chcielibyśmy, aby ten specyficzny amerykańsko-protestancki styl został przeszczepiony nad Wisłę? Oby nie, bo to coś całkowicie obcego wobec naszej kultury, wiary i tradycji. Ktoś celnie wskazał tu na zdjęcie uczestniczącego w ceremonii mężczyzny, który niesie na ramionach wielki krzyż. Jednak kiedy przyjrzymy się dokładnie, widać doczepione do niego kółka. To oczywiście tylko pewien symbol amerykańskiej mentalności, ale czy warto poświęcać naszą łacińską, kilkukrotnie starszą kulturę dla trendów zza oceanu?
Owszem, podczas uroczystości żałobnych były elementy godne pochwały, na czele z wdową po Charlie’m Kirku, która przebaczyła mordercy, czym dała piękne świadectwo tej chyba najtrudniejszej ewangelicznej prawdy dotyczącej miłości nieprzyjaciół. Z drugiej strony jednak podczas tego samego wydarzenia prezydent USA, Donald Trump, stwierdził (bynajmniej nad tym nie ubolewając), że nienawidzi swoich wrogów, w przeciwieństwie do zamordowanego aktywisty. To prawda, z ust najwyższych przedstawicieli amerykańskich władz padały piękne słowa o Chrystusie i wierze. Nie mogę jednak odpędzić się od wrażenia, że to wszystko, co działo się i wciąż dzieje po śmierci Kirka, ma na celu przede wszystkim zysk polityczny. Nie jestem odosobniony w tych spostrzeżeniach, bo również ks. bp Stefan Oster, jeden z nielicznych ortodoksyjnych biskupów w Niemczech, skrytykował polityczne wykorzystanie uroczystości pogrzebowych.
Nie idealizujmy także samego Charliego Kirka. Owszem, należy docenić to, że jako jeden z niewielu podejmował się trudu kulturalnego dyskutowania z ludźmi o diametralnie innych poglądach. Godne pochwały jest to, że głośno mówił o Chrystusie i choć nie był katolikiem, to w wielu kwestiach, takich jak np. życie nienarodzonych był bardziej katolicki niż wielu mieniących się katolikami. Nie brakowało jednak tematów, na które miał on co najmniej kontrowersyjne poglądy. Byłbym również bardzo ostrożny z nazywaniem Kirka męczennikiem, jak to czyni wielu z jego sympatyków, a także choćby wiceprezydent USA, JD Vance, swoją drogą katolik. Z pewnością jest on męczennikiem za wolność słowa i za agendę ruchu MAGA, ale czy męczennikiem za wiarę? Jako katolicy nie powinniśmy zagalopowywać się z takimi stwierdzeniami. Tymczasem nie raz spotkałem się z porównaniami Charliego Kirka choćby do bł. ks. Jerzego Popiełuszki, co dla mnie jest, delikatnie mówiąc, nie na miejscu.
Wracając jeszcze na koniec do samych uroczystości – nie mam problemu z tym, że Amerykanie zorganizowali je po amerykańsku. To oczywiste, że taka jest ich kultura i to dla nich całkowicie naturalne. Obawiam się tylko tego, że niektórzy na tyle się tym amerykańskim stylem zachłysnęli, że chcieliby go powielić w Polsce. A przecież jeśli chodzi o płaszczyznę wiary, to już się dzieje. Spora część tego, co określamy mianem ruchów charyzmatycznych, przywędrowała do nas właśnie zza oceanu. I to właśnie „dzięki temu” mamy koncerty i tańce w kościołach, Msze św. przypominające show, a nie uobecnienie ofiary krzyżowej, prymat uczuć nad rozumem i inne aberracje. Odkryjmy na nowo skarby, które mamy u siebie zamiast bezmyślnie kopiować coś, co jest obce naszej kulturze, mentalności i tradycji.
Wojciech Grzywacz



