fot. PAP/Paweł Pawłowski

Prof. W. Mielczarski dla „Naszego Dziennika” o unijnych dążeniach do neutralności klimatycznej w miastach: To jest eksperyment, który nie ma prawa się udać

Bruksela żąda od 100 europejskich miast osiągnięcia neutralności klimatycznej do końca 2030 roku.Jest to prawdziwy poligon doświadczalny. Na żywym organizmie Bruksela chce testować zmiany, które następnie miałyby być wprowadzane w innych miastach (…). To jest eksperyment, który nie ma prawa się udać. Czasu jest za mało. Wszystko rozbije się o brak środków i prawa fizyki” – powiedział prof. Władysław Mielczarski, ekspert do spraw energetyki z Politechniki Łódzkiej, w rozmowie z red. Rafałem Stefaniukiem z „Naszego Dziennika”.

To jeden z kluczowych programów dla realizacji polityki ograniczania emisji gazów cieplarnianych Unii Europejskiej.

– Jest to prawdziwy poligon doświadczalny. Na żywym organizmie Bruksela chce testować zmiany, które następnie miałyby być wprowadzane w innych miastach. Aby tak duże aglomeracje, jak np. Paryż, Barcelona czy Rzym, stały się bezemisyjne w ciągu 7 lat, potrzebne są miliardowe nakłady. To jest eksperyment, który nie ma prawa się udać. Czasu jest za mało. Wszystko rozbije się o brak środków i prawa fizyki – wskazał prof. Władysław Mielczarski, ekspert do spraw energetyki z Politechniki Łódzkiej.

Dotychczasowe życie mieszkańców uległoby radykalnej zmianie. Nowe zasady miałyby dotyczyć m.in. transportu czy budownictwa. Wśród wybranych miast jest aż 5 polskich: Kraków, Łódź, Rzeszów, Warszawa i Wrocław.

– Założenie, że uda się szybko zrewolucjonizować życie mieszkańców największych lub jednych z największych europejskich miast, odejść całkowicie od paliw kopalnych, jest utopią. Zamiana tradycyjnego transportu na elektryczny jest niemożliwa, gdyż prąd trzeba gdzieś wytworzyć. Mieszkańcy tych miast zostaną poddani testowi, który znacznie uprzykrzy im życie, obniży komfort, a wszystko w sytuacji, gdy efekty znane są już teraz: to się nie uda – oznajmił prof. Zbigniew Krysiak, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej.

Wśród miast, gdzie rozpocząć ma się rewolucja, nie ma Berlina. Stolica Niemiec osiągnąć tzw. neutralność ma w 2045 roku. Kompromitacją ruchów obrońców klimatu zakończyło się referendum w sprawie przyśpieszenia transformacji do 2030 roku. W stolicy kraju, który współtworzy politykę klimatyczną UE, nie udało się znaleźć wystarczającej liczby zwolenników zmian. Na wymagane 600 tys. głosów zmiany poparło 442 tys. berlińczyków. Niemal drugie tyle zagłosowało przeciwko nim.

Unia Europejska rozpoczyna starcie z mieszkańcami miast, którzy – w jej mniemaniu – w znacznym stopniu przyczyniają się do zanieczyszczenia klimatu. Jak zauważa Bruksela, „miasta zajmują zaledwie 4 proc. powierzchni lądowej UE, ale zamieszkuje je 75 proc. obywateli i odpowiadają za ponad 70 proc. globalnych emisji”. To właśnie – według unijnych biurokratów – dostateczny powód, aby wzięli oni na siebie ciężar walki z tzw. ociepleniem klimatu.

– Dotychczas to mieszkańcy miast – jako ci młodzi, wykształceni, nowocześni – byli zwolennikami dokonujących się zmian. Nikogo nie interesowały problemy, które zgłaszali rolnicy, górnicy czy inne grupy społeczne. Sytuacja staje się o tyle ciekawa, że ograniczenia, spadek komfortu życia dotkną także ich – mówił Andrzej Maciejewski, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Twórcy projektu tłumaczą, że wytypowane miasta staną się areną opracowania nowych strategii reagowania na zmiany klimatyczne. Działania mają dotyczyć wielu obszarów: od budynków przez odpady po transport. Zastosowane mają być także nowe mechanizmy wprowadzania zmian, obejmujące zarządzanie, finanse i prawodawstwo.

– Awanturnictwo ekologiczne weszło na taki poziom, że duża część społeczeństwa stała się wręcz niepoczytalna. Tak bardzo uwierzyła w zasady ideologii klimatycznej, że na każdy głos sprzeciwu reaguje furią i agresją. Wystarczy sięgnąć do rzetelnych badań i zacząć je prawidłowo analizować. Brakuje dzisiaj ludzi pokroju śp. prof. Jana Szyszko, który z chirurgiczną precyzją potrafił punktować błędy w myśleniu zwolenników teorii zmian klimatycznych – zaakcentował prof. Zbigniew Krysiak.

Skala zmian, które chcą wprowadzić aktywiści ekologiczni, a także tempo rewolucji, są tak duże, że – w ocenie prof. Zbigniewa Krysiaka – skończy się to albo destrukcją miast, albo kompromitacją zapowiadanych projektów.

– Takie miasta jak Warszawa, Paryż czy Madryt, nie są w stanie przesiąść się na rowery. Jest to możliwe w długim przedziale czasowym poprzez promocję i zachęty, ale nigdy nie osiągnie to skali, jakiej życzą sobie aktywiści. Nawet 30 lat nie wystarczy, aby przeprowadzić inwestycje w miastach, aby budynki stały się nieemisyjne. Nowy system energetyczny będzie nas kosztował miliardy, jak nie biliony złotych. Abstrahując od tego, że te propozycje są nielogiczne, to nie stać nas na ich realizację – ostrzegał ekonomista.

Wyśrubowane normy

W walkę z tzw. zmianami klimatycznymi angażuje się głównie Europa.

– To sprawia, że tzw. walka o zatrzymanie globalnego ocieplenia nie ma sensu. Tuż przy naszych granicach są Białoruś, Ukraina czy Rosja, które nie przestrzegają żadnych norm ograniczania emisji gazów cieplarnianych. Dalej mamy Brazylię, Chiny i Indie oraz duże gospodarki obydwu Ameryk. Nawet gdyby cała UE spełniła wyśrubowane normy, które ciągle są podnoszone, to z tej racji nigdy nie osiągniemy planu kreślonego przez aktywistów – zauważył Filip Frąckowiak, warszawski radny Prawa i Sprawiedliwości.

Każda rewolucja, zwłaszcza ta zaprojektowana przez Unię, oparta jest na pieniądzach. Bez nich nie uda się przeprowadzić założonych inwestycji. Kto więc zapłaci za zmiany w europejskich miastach? Zwolennicy projektu nie mają z tym problemu: europejskie miasta są wystarczająco bogate i mają dostęp do technologii, aby szybko ograniczyć emisje. Z kolei 360 mln euro na ten cel ma pochodzić z programu „Horyzont Europa” na lata 2021-2023. W gronie miast, w których ma się dokonać zapowiadana rewolucja, jest też 5 polskich: Kraków, Łódź, Rzeszów, Warszawa i Wrocław.

– Miejski transport bezemisyjny to na pewno krok w stronę czystego powietrza. Irracjonalne jest natomiast wprowadzanie stref czystego powietrza, do których indywidualni kierowcy nie będą mogli wjechać samochodami z silnikiem diesla. Program prezydenta Rafała Trzaskowskiego nie przewiduje oczywistych rozwiązań. On zakłada jedynie maksymalne uprzykrzenie im życia – zwrócił uwagę Filip Frąckowiak.

Rozmówca „Naszego Dziennika” zwrócił uwagę, że trudno wskazać, jak Rafał Trzaskowski chce zrealizować unijny plan bezemisyjności stolicy, skoro zarządzanie miastem jest skrajnie zacofane.

– Nawet w Brukseli by nie uwierzyli w to, że ten „nowoczesny” prezydent utrzymuje z pieniędzy miasta lokale komunalne, w których toalety są na zewnątrz – przypomniał polityk.

Filip Frąckowiak podkreślił przy tym, że jeżeli władze Warszawy chcą rewolucji, byłoby nią to, gdyby zatroszczyli się o sprawy podstawowe.

– My nie mamy problemu ze spalaniem węgla. Po wojnie Warszawa została odbudowana w systemie ciepłownictwa miejskiego. „Kopciuchy” są obecnie rzadkością. Ręce mi opadają, gdy słyszę o kolejnych żądaniach Brukseli oraz gdy władze Warszawy przyłączają się do nowych projektów – stwierdził.

Ideologiczne założenia zmieniają się z miesiąca na miesiąc. Jeszcze nie tak dawno promowane były autobusy o napędzie hybrydowym. Teraz zostały uznane za niepożądane, a zastąpić je już powinny pojazdy całkowicie elektryczne.

Przegrane referendum

Do grona miast, które mają wprowadzić klimatyczną utopię do 2030 r., nie wejdzie Berlin. Jego mieszkańcy w referendum odrzucili możliwość przyspieszenia transformacji. Żeby referendum było wiążące, potrzebna była zgoda co najmniej 25 proc. mieszkańców uprawnionych do głosowania, a jest ich w sumie 2,4 mln osób. Niezbędne minimum wynosiło więc 608 tys. głosów. Wydawało się, że postępowy Berlin bez problemów opowie się za przyspieszeniem, a tymczasem na „tak” oddano jedynie 442 tys. głosów – 50,9 proc. Z kolei na „nie” już 423 tys. – 48,7 procent.

– To pokazuje, że bunt w społeczeństwach Zachodu zaczyna narastać. Na kampanię informacyjną zachęcającą do głosowania za przyspieszeniem wydano ogromne sumy. Zwolennicy zmian ponieśli klęskę – wskazał prof. Władysław Mielczarski.

Jak dodał, w kampanię ekologów bezpośrednio zaangażowane były fundusze inwestycyjne ze Stanów Zjednoczonych zarabiające krocie na technologii OZE. Uznano, że zwolennicy walki z klimatem tłumnie udadzą się do urn, a przeciwnicy i osoby niezdecydowane zignorują głosowanie. Okazało się, że przeciwnicy rewolucji byli w tej kwestii mocno zdyscyplinowani.

– Trudno nawet sobie uzmysłowić, jak wiele osób żyje z działalności na rzecz klimatu – podsumował prof. Władysław Mielczarski.

Ekolodzy – pomimo klęski w referendum – zapowiadają, że nie złożą broni i będą dalej naciskać na władze każdego szczebla, aby przyspieszyć transformację. Zaklinają także rzeczywistość, twierdząc, że referendum nie było ich porażką, ale całego Berlina.

Red. Rafał Stefaniuk/Nasz Dziennik/radiomaryja.pl

drukuj