Piloci popędzają premiera

"Względy techniczne" spowodowały, że Donald Tusk uczestniczący w
nieformalnym szczycie przywódców państw UE w Brukseli postanowił wymknąć się ze
spotkania przed jego zakończeniem. Samolot premiera musiał wystartować przed
godz. 1.30.

Kiedy Donald Tusk w środę około godziny pierwszej w nocy opuszczał szczyt w
Brukseli, trwało jeszcze przemówienie podsumowujące Hermana Van Rompuya,
przewodniczącego Rady Europejskiej. Premier uznał jednak, że zna główną
konkluzję tego wystąpienia i może opuścić spotkanie. Jak wyjaśnił Tusk, był
jeszcze jeden powód jego ucieczki przed czasem. – Ze względów technicznych
musimy szybciej wsiąść do samolotu, żeby w ogóle móc odlecieć – zaznaczył
premier. O jakie problemy chodziło? Tusk szerzej wyjaśnił to dopiero następnego
dnia. – Dostałem informację, że do godz. 1.30 musimy być w powietrzu, jeśli mamy
wrócić dzisiaj [czwartek – przyp. red.] rano do Warszawy i to wszystko. To nie
jest pierwszy ani piąty raz. Mamy bardzo często informację, do której godziny
musimy być na pokładzie samolotu, (…) bo jeśli kończy się czas pracy pilota,
to zgodnie z procedurami bezpieczeństwa on musi wypocząć – tłumaczył premier.
Jak zaznaczył, procedury LOT-owskie wynikające z przepisów cywilnych są
rygorystycznie przestrzegane przez użytkowników rządowych samolotów.
Pośpiech szefa rządu nie dziwi, szczególnie że skutków przestrzegania procedur
miał okazję doświadczyć prezydent Bronisław Komorowski w czasie swej podróży do
Chin w 2011 roku. Doszło wówczas do zatrzymania delegacji w czasie jednego z
międzylądowań, z powodu ograniczeń czasu pracy pilotów i konieczności
wypoczynku. Delegacja musiała poczekać.

SMS od pilota: wracać
Relację premiera potwierdził Leszek Chorzewski, rzecznik prasowy PLL LOT, który
zapewnił, że załoga nie przekroczyła czasu pracy. – Kapitan samolotu rządowego
przekazał wiadomość o granicznym czasie oczekiwania samolotu na odlot, który
możliwy był najpóźniej o 1.30. Respektując przepisy prawa lotniczego, delegacja
polska dostosowała się do granicznego czasu, jaki został wyznaczony na operację
startu i przylot do Polski – zaznaczył rzecznik.

Informacja do premiera o granicznej godzinie wylotu została wysłana SMS-em.
Donald Tusk musiał się wymknąć ze spotkania i – jak sam uznał – nie było w tym
nic nadzwyczajnego. – Wychodziłem w trakcie, kiedy po konkluzjach przystępowano
do ostatecznej redakcji tego dokumentu dotyczącego Grecji ze znanymi tezami. Nic
się tam nie zmieniło – usprawiedliwiał się Tusk, zapewniając, że "bardzo
poważnie traktuje obecność w Brukseli". Spotkanie dotyczyło m.in. polityki
gospodarczej państw UE, ułatwień w finansowaniu gospodarek oraz tworzenia miejsc
pracy.Szef polskiego rządu poruszał w rozmowach z europejskimi partnerami
kwestię Euro 2012, m.in. w kontekście sytuacji politycznej na Ukrainie.

– Tego rodzaju sytuacje pokazują, ile stracono, decydując się na rozwiązanie
36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego – podkreśla w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem" były pilot tej jednostki. W jego ocenie, obecne rozwiązania
wymuszają na VIP-ach dostosowanie się do przepisów cywilnych, bo lotnicy nie
będą ryzykowali utraty licencji. I nie ma tu miejsca na próby wymuszeń czy
nacisków, na jakie musieli być gotowi piloci wojskowi. Dlatego też, jak wspomina
lotnik, w specpułku już na poziomie jednostki starano się przewidzieć różnego
rodzaju opóźnienia i pod tym kątem planowano loty. Nigdy jednak nie zdarzyło
się, by załoga poganiała delegację. – Procedury to jedno, a planowanie to
drugie. W 36. SPLT lot był tak przygotowywany, że jeżeli było takie
niebezpieczeństwo, że VIP nie znajdzie się w samolocie na pierwotnie zaplanowaną
godzinę, to albo leciały dwie załogi i start mógł być opóźniony, albo
rezerwowano hotel, by mieć gdzie odpocząć. Bywało też tak, że samolot po
odwiezieniu VIP-a wracał pusty do Warszawy i kolejna załoga odbierała delegację.
Nie zdarzyło się jednak tak, by ktoś dzwonił do VIP-a i mówił, że jeśli nie
zdążycie na czas, to zamykamy samolot – zaznacza nasz rozmówca.

Mrcin Austyn

drukuj