Mieliśmy zablokować „gardziel”
Z płk. Edmundem Brzozowskim, żołnierzem 1. Batalionu 1. Brygady
Strzelców Karpackich, uczestnikiem walk o Monte Cassino, rozmawia Mariusz Bober
Wraz z innymi polskimi żołnierzami 3. Dywizji Strzelców Karpackich wziął
Pan udział w bitwie pod Monte Cassino. Jakie koleje losu rzuciły Pana z Polski
do dalekich Włoch?
– Trafiłem tam wraz z armią gen. Władysława Andersa, z którą wyszedłem ze
Związku Sowieckiego w 1941 roku. Dzięki polskiej armii i amnestii ogłoszonej na
mocy porozumień Sikorski – Majski zostałem wcześniej wypuszczony z łagru w
rejonie Workuty, gdzie odsiadywałem karę 5 lat obozu jako "wrogi element
narodowy". Ewakuując się ze Związku Sowieckiego, wraz z armią gen. Andersa przez
Persję i Palestynę dotarliśmy do Egiptu. Tam zostaliśmy włączeni do tworzonej 3.
Dywizji Strzelców Karpackich, która później weszła w skład 2. Korpusu Polskiego.
Następnie po trwających prawie rok ćwiczeniach w Iraku w grudniu 1943 r.
zostaliśmy skierowani do Włoch. Takie bowiem były ostateczne ustalenia aliantów
o otwarciu tam frontu, choć wcześniej planowano uderzenie na Grecję, na czym
nam, Polakom, zależało. Amerykanie jednak nie zgodzili się na to, bo nie chcieli
wchodzić w drogę Sowietom.
Wiedział Pan i pozostali polscy żołnierze o ogromnej liczbie ofiar po
stronie aliantów dotychczasowych szturmów na Monte Cassino?
– Oczywiście, że wiedzieliśmy, jakie były wyniki szturmów Brytyjczyków czy
Amerykanów. Ale prawdę mówiąc, nie zastanawialiśmy się tak bardzo nad tym. Dla
nas najgorszy był czas oczekiwania na rozpoczęcie ataku. Poprzedzony był on
bardzo silnym i długim ostrzałem artylerii. Nic wtedy nie można było zrobić i
różne myśli przychodziły do głowy. Ale gdy padł już rozkaz ataku, wszystko
mijało i po prostu stawaliśmy do walki. Nie zwracaliśmy nawet uwagi na świst
przelatujących nad głową pocisków i kul. Tak naprawdę Monte Cassino to jest
pasmo wzgórz. Główne pozycje niemieckie znajdowały się w rejonie klasztoru oraz
na sąsiednich wzniesieniach.
Brał Pan udział w pierwszym polskim ataku 12 maja?
– Tak. 1. Batalion, a dokładnie mój 3. pluton 3. kompanii, miał za zadanie
zdobyć tzw. gardziel, czyli zwężenie między dwoma wzgórzami. Pośrodku znajdowała
się wąska droga do farmy Massa Albanetta, przy której biegła droga do Rzymu.
Walka toczyła się właśnie o otwarcie drogi do stolicy Włoch. To była pierwsza
faza natarcia. Obok, na wzgórzach nr 593 i 569, walki prowadził 3. Batalion 3.
DSK. Polacy kilkakrotnie zdobywali te wzgórza i wycofywali się stamtąd pod
naporem Niemców. 3. Batalion został w tych walkach zdziesiątkowany i musiał się
wycofać. Mojemu plutonowi udało się opanować "gardziel", ale tylko częściowo. W
tym czasie nie mogliśmy bowiem całkowicie wyprzeć Niemców z umocnień
znajdujących się na wzniesieniu naprzeciwko naszego stanowiska. Mieliśmy
ostrzelać ich, by zapewnić osłonę dla naszego czołgu, który miał tamtędy
przejechać, by ominąć wzgórze i ostrzelać niemieckie stanowiska na farmie Massa
Albanetta. Ale wszystko potoczyło się trochę inaczej. Zajęliśmy nasze pozycje
jeszcze nocą, gdy wszystko wygląda inaczej niż za dnia. Poza tym nawet o świcie
na tym terenie widoczność była bardzo ograniczona z powodu dymów wywołanych
ostrzałem. Dlatego najpierw usłyszeliśmy nadjeżdżający czołg, dopiero po pewnym
czasie wyłonił się z mgły. Gdy zbliżył się na wysokość naszego stanowiska, nagle
zgasł mu silnik. Zatrzymał się. W tym momencie zauważyliśmy płomienie
wydobywające się od spodu. Po chwili rozległy się jęki. Nagle otworzyła się
klapa czołgu i z otworu wyskoczył palący się czołgista. Upadł na ziemię i zaczął
się tarzać. W końcu udało mu się ugasić ogień na swoim ubraniu i wycofać się.
Później dowiedziałem się, że trafił do szpitala, ale wkrótce potem zmarł na
skutek odniesionych poparzeń. Zaraz po nim wyskoczył z czołgu drugi żołnierz,
ale ten już palił się całkowicie. Po chwili z niemieckiego stanowiska padła
seria z karabinu. Zginął na miejscu. Wszystko działo się na naszych oczach, a my
nic nie mogliśmy zrobić. Po drugiej stronie na stanowiskach byli przecież
Niemcy. Po chwili z czołgu odpalił karabin maszynowy, a zaraz potem samoczynnie
odpaliło działo. Zaraz potem eksplodował cały czołg. Jego wieżyczka została
zerwana i spadła niedaleko pojazdu.
Dlaczego czołg się zapalił? Wjechał na minę?
– Do dziś nie ma pewności co do tego, jak to się stało. Być może jeszcze zanim
czołg wynurzył się z mgły, jakiś Niemiec rzucił na niego butelkę z benzyną. Ale
to mało prawdopodobne, bo czołg zaczął palić się od spodu. Znajomi czołgiści, z
którymi później rozmawiałem, przypuszczali, że mógł wjechać na wiązkę min, o
czym świadczyłoby to, że miał dziurę od spodu, z wgięciami do wewnątrz. My
jednak wcześniej nie słyszeliśmy żadnej eksplozji.
Ale to nie był koniec udziału Pana plutonu w bitwie o Monte Cassino?
– Nie. Ale po wybuchu czołgu zmieniła się sytuacja, a my nie wiedzieliśmy, co
robić. Łączność została zerwana, a nie przychodziły nowe rozkazy. Dowódca mojego
plutonu i mój kolega ppor. Mieczysław Grażyński zaproponował w końcu, że
pójdziemy razem poszukać dowódcy kompanii. Znaleźliśmy go po pewnym czasie.
Okazało się, że już pierwszego dnia natarcia pozostałe polskie oddziały wycofały
się na pozycje wyjściowe. Jednak z powodu zerwania łączności rozkaz nie dotarł
do dowódcy naszej kompanii. Wróciliśmy na nasze pozycje i zaczęliśmy wycofywać
się na pozycję wyjściową, czyli na szczyt wzgórza. Ale wtedy Niemcy z
naprzeciwka zaczęli nas ostrzeliwać. Uciekając "zygzakiem", szczęśliwie udało
nam się wycofać, z wyjątkiem zastępcy dowódcy kompanii por. Wagnera, który
przyszedł osobiście dostarczyć nam rozkaz wycofania się, choć nie musiał tego
robić. Został raniony w brzuch odłamkiem i na drugi dzień zmarł.
Drugi szturm był łatwiejszy? Podczas pierwszego udało się w większości
rozpoznać pozycje niemieckie?
– Naturalnie, on bardzo pomógł podczas przeprowadzania drugiej fazy natarcia.
Zresztą Niemcy również ponieśli duże straty. Poza tym związanie podczas tych
szturmów dużych sił niemieckich przez nasze oddziały ułatwiło też zadanie siłom
brytyjskim atakującym Niemców z drugiej strony wzgórza. Polskie jednostki
skupiły bowiem na sobie ogromny ogień artylerii niemieckiej. 16 i 17 maja 2.
Brygada powtórzyła manewr, obsadzając "gardziel", w którą znowu skierowano
czołgi. Po pewnym czasie również wycofali się właściwie na pozycje wyjściowe.
Następnego dnia moja kompania miała przeprowadzić natarcie na wzgórze
klasztorne. Zanim jednak zajęliśmy pozycje, przybiegł do nas goniec z 12. Pułku
Ułanów, przekazując wiadomość o wycofaniu Niemców z klasztoru.
Pana pluton wkroczył do jego ruin?
– Nie. Otrzymaliśmy zadanie wraz z innymi oddziałami zbierania zabitych
żołnierzy z pola walki. W sumie zebrano ok. 1000 samych tylko ciał żołnierzy
niemieckich. Zbieranie ciał było wtedy bardzo trudnym zadaniem, także dlatego,
że wzgórze wciąż było zaminowane. Jeszcze wiele lat po wojnie zdarzały się tam
przypadkowe eksplozje, gdy ktoś zapuścił się poza wyznaczoną trasę.
Ale nie był to zapewne koniec Pana udziału w tzw. kampanii włoskiej?
– Nie. Po zakończeniu walk w rejonie Monte Cassino i krótkim odpoczynku 2.
Korpus został skierowany do działań wzdłuż wybrzeża Morza Adriatyckiego aż do
Bolonii. Wziąłem udział jeszcze w walkach od Pesaro aż do Apeninów Emiliańskich.
W grudniu 1944 r. zostałem przeniesiony do Centrum Wyszkolenia 3. DSK, gdzie
pełniłem funkcję zastępcy dowódcy kompanii.
Co było najtrudniejsze dla szturmujących Monte Cassino żołnierzy?
– Chyba brak łączności. Było to odczuwalne zwłaszcza podczas akcji nocnych, gdy
ciężko było zapewnić sobie orientację w tym trudnym terenie górskim.
Politycznie chyba jednak polskim przywódcom nie udało się wystarczająco
wykorzystać tego zwycięstwa dla sprawy polskiej?
– To prawda. Zresztą nie udało się też należycie wykorzystać w tym celu całego
udziału polskich sił zbrojnych walczących na Zachodzie. Nie udało nam się bowiem
wrócić do Polski. Zresztą już walcząc pod Monte Cassino, mieliśmy świadomość, że
nie będziemy mieli po co wracać… Rozumieliśmy, że prezydent USA Franklin D.
Roosevelt robi ogromne ustępstwa na rzecz Rosjan. Walczyliśmy jednak, by pokonać
Niemcy. Mimo to, gdy alianci cieszyli się później z zakończenia wojny, my
płakaliśmy, bo rozumieliśmy, że to Sowieci kontrolują Polskę.
Dziękuję za rozmowę.
