Dojrzeć motywy radości
Przed laty ukułem sobie takie powiedzenie: Wszystkie motywy radości są tu!
Jest ich aż nadto. Istnieją obiektywnie, ale trzeba je sobie raz po raz
uobecniać. Sztuka uobecniania motywów radości nie jest całkiem łatwa, ale należy
do samej istoty żywego chrześcijaństwa. Możemy ją posiąść i całe życie
doskonalić. Tylko w ten sposób możemy żyć pogodnie i godnie oraz na miarę
Jezusowego daru.
On gorąco pragnie, byśmy żyli z radością w sercu. Chce, by radość wraz z
pokojem serca wyróżniała nas w morzu ludzkich smutków i niepokojów. To dla nas
bardzo obiecujące i pocieszające, że sens swego przyjścia do nas i przejścia
przez ziemię pełną udręk zechciał sprowadzić do radości, i to pełnej: "To wam
powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna" (J 15,
11). Nawet gdy swoich uczniów przygotowywał na nieuchronne doświadczenia smutku,
to jednocześnie dawał gwarancję zwycięskiej radości. Zapowiadał: "Wy będziecie
płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale
smutek wasz zamieni się w radość" (J 16, 20). Zatem nie mamy powodów do
niszczącej nas trwogi. Nie mamy też złudzeń: wszyscy zderzać się będziemy z tym,
co powoduje smutek i gorzkie łzy. Jednak możemy być pewni, że ostatnie zdanie
należy do Boga, który smutek zamieni w radość. Tak stanie się na końcu, w
wieczności. Pewność triumfującej radości daje nam prawo, a nawet nakłada
obowiązek, by już codziennie i w każdej okoliczności walczyć o radość. Tu, gdzie
żyjemy, wśród doświadczanych słabości, przeciwności i prześladowań. Jak
dokładnie ma wyglądać ta swoista walka (czy zabieganie) o radość?
– Świetną radę daje Bóg przez proroka: "Podnieś się, Jeruzalem! Stań na
miejscu wysokim, spojrzyj na Wschód, zobacz…" (Ba 5, 5). To cenna rada: trzeba
się ruszyć z miejsca, w którym nie widać powodów do radości, i wstąpić na
miejsce wysokie, z którego widać dalej i więcej! "Jerozolimo, spojrzyj na Wschód
i zobacz radość, która ci przychodzi od Pana" (Ba 4, 36). Znów ważne
dookreślenie: radość przychodzi od Pana! Koniec końców nie ma innych źródeł
radości trwałej, pewnej, głębokiej. Takiej, do której należy ostatnie zdanie.
Czy zwykliśmy często wstępować na miejsce wysokie i szczerze się rozradować?
Upowszechniane zdobycze cywilizacyjne zdają się wyprowadzać nas na miejsce
bardzo wysokie. Już nie na jakiś pagórek czy wysoką górę, lecz na orbitę
okołoziemską. Czy to jednak wystarczy, by widzieć i przekazywać to, co
przychodzi od Pana i staje się motywem wielkiej radości? Nie, samo to nie
dostarczy motywów radości. Z "wysokich miejsc" naszej cywilizacji nadawane są
różne treści i to czyni wielką różnicę. Chyba wszystkim daje do myślenia
odczucie bolesnego paradoksu: oto z jednej strony wszelkiego rodzaju media, a
dokładniej nadawcy, zalewają nas informacjami z najdalszych zakątków świata i z
najróżniejszych obszarów wiedzy. Tak dużo dowiadujemy się o tajnikach przyrody.
Liczne dyscypliny naukowe pozwalają nam zagłębiać się w dowolnym "kierunku"
rzeczywistości i odkrywać fascynujące struktury materii ożywionej i
nieożywionej. Z drugiej jednak strony, i to w pewnym sensie jednocześnie, z
trudem spostrzegamy, że umyka nam to, co najważniejsze. Czujemy niedosyt. Nasz
duch traci głęboki i spokojny oddech, gdyż pozbawia się (czy ktoś go celowo
pozbawia) możliwości kontaktowania się z Tym, który jako Jedyny jasno i dobitnie
mówi, skąd wyszliśmy i dokąd podążamy!
"Wycieczka" w kierunku telewizji, zwłaszcza Trwam
Na przywołanym tle chciałbym zrobić "małą wycieczkę" w stronę toczącej się
dyskusji (a właściwie narastającego sporu) wokół autentycznej wolności słowa w
Polsce i miejsca dla katolickiej Telewizji Trwam. Osobiście (a przecież nie
jestem odosobniony) nie mogę się nadziwić (i jestem przekonany, że nie wskutek
naiwności czy małodusznej stronniczości), jak ludzie przez nas upoważnieni do
podejmowania ważnych decyzji mogą tak twardo i moim zdaniem pokrętnie i
nieszczerze jednym przyznawać koncesje w nadmiarze, a innym odmawiać absolutnego
minimum. Czary goryczy dopełnia to, że owi decydenci – przynajmniej niektórzy –
deklarują wyznawanie wiary katolickiej. Gdyby jednak nawet ten ważny aspekt
wiary pominąć, to jest jeszcze coś tak fundamentalne, jak nasz wspólny polski
dom. Zakładam, że jest nam on drogi i chcemy go we wszystkich aspektach chronić,
służąc głęboko pojętemu dobru jego mieszkańców. Zakładam, że nikt nie chce
wywoływać niepokojów społecznych i zmuszać ludzi do dochodzenia swoich słusznych
racji w marszach i manifestacjach, nawet jeśli jest się pewnym, że przebiegać
będą pokojowo, bez odwołania się do siły.
Moje zdumienie i (wewnętrzne) wołanie (by nie powiedzieć krzyk) o elementarną
sprawiedliwość rosną do potęgi, gdy czasem patrząc na różne programy
polskojęzycznych kanałów telewizji satelitarnej, widzę, jak żałośnie ciasny
horyzont reprezentują i zakreślają. Skala banału, mimo całej barwności przekazu
i zaawansowanych technologii, bywa porażająca. Ma się nieodparte wrażenie, że
zdecydowana większość przekazywanych treści ma służyć przede wszystkim
niewybrednej i nierzadko coraz mniej etycznej rozrywce. Wiadomo, rozrywka czy
"igrzyska" mają gromadzić i uzależniać jak najwięcej odbiorców (niczym tytoń i
alkohol). A po co? Owszem, żeby reklamodawcy musieli wykładać tym większe
pieniądze. Sądzę jednak, że za tak chętnie eksponowanym aspektem ekonomicznym
skrywa się "rzecz" znacznie ważniejsza, najważniejsza. Wszechobecna rozrywka –
oprócz gwarantowania wielkich zysków – ma programowo i konsekwentnie właśnie
zakreślać i wręcz wyznaczyć horyzont, w którym (najlepiej obowiązkowo) powinni
poruszać się uzależnieni, a najpierw (słodko i przyjemnie) zmanipulowani
odbiorcy, tzw. masy. Ci sami, którzy od czasu do czasu, jakby na odczepne i dla
zamknięcia ust, są także wyborcami lokującymi "wybranych" na szczytach władzy. –
Zatem chodzi o "rząd dusz", ale nie tylko w sensie wąsko politycznym, doczesnym.
Mówiąc otwarcie (a zarazem po jezuicku, czyli mając na uwadze fundamentalne
rozeznawanie duchów, o którym mówi św. Ignacy Loyola w Ćwiczeniach duchownych),
stawką jest przynależność do królestwa Bożego albo do zgoła jemu przeciwnego!
Trzeciej możliwości nie ma. Albo coś prowadzi w objęcia Miłości, albo
antymiłości. Albo chodzi o Boga prawdziwego, albo o mamonę. I albo się to robi
świadomie i dobrowolnie, albo niewolnicy – nieświadomi swej niewoli – chcą
"obdzielić" swym nieszczęściem jak najszersze kręgi.
Mamy prawo przedkładać racje, te najważniejsze!
Bardzo bym chciał, żeby wierzący katolicy (podobno po przełomie w roku 1989)
mający znaczący wpływ na kształt życia społecznego, w tym na kształt mediów, nie
robili tego samego, co przez pół wieku robiono w Polsce z nadania sowieckiego
ateizmu! Myślę, że ponad dwa miliony podpisów w obronie Telewizji Trwam,
trwające marsze, gromadzące tak wiele osób, nie mogą być lekceważone! To jest
pełen godności i powagi krzyk osób, które mają głębokie wyczucie wartości. I są
gotowe ponosić ofiary i ryzyko płynięcia pod prąd logice zniewalania rozrywką,
banałem, kultem mamony i doraźnego sukcesu. Oczekiwałbym autentycznego
wsłuchania się i szacunku dla osób, które nie odwołują się do przemocy, lecz do
racji, do rozsądku, do wartości, do Boga, do fundamentalnych wyborów o
charakterze duchowym i religijnym.
Mam nadzieję, że władza, będąca w służbie Narodu, i to w większości wierzącego,
podziela jego etos, jego wiarę i gorące pragnienie chronienia i ocalania dóbr
najważniejszych. Mam nadzieję, że nie wciągnęły jej tryby sił działających zza
kulis i że nie znieprawiły jej tajemne mechanizmy, wpływy i naciski, o których
nam, "maluczkim", nawet się nie śniło. Ufam, że autentyczna wiara, której
przykładów realnego wpływu na konkretne działanie w historii naszego Narodu jest
tak wiele, także dziś okaże swą sprawczą moc. W tych dniach słyszeliśmy w
Liturgii m.in. to ważne Jezusowe stwierdzenie: "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci,
jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego.
To, co się z ciała narodziło, jest ciałem, a to, co się z Ducha narodziło, jest
duchem" (J 3, 5 nn.). Nie chciałbym nadużywać Słowa Bożego, ale nie wyobrażam
sobie, żeby ktoś narodzony "z wody i z Ducha", a także serio podążający do
"królestwa Bożego", nie rozumiał potrzeby wzmacniania tego wszystkiego, co
pomaga rzeszom ludzi w Bogu odnaleźć pokój serca, sens, radość i tak ważne
motywy życia i nadziei. "Tony" rozrywki i najbarwniejsze igrzyska tych cennych
dóbr nie zapewnią. Przeciwnie, unieważnią, przesłonią je, jak małą dłonią
przesłonić można wielkie Słońce. Tam, gdzie chodzi o dobra najcenniejsze –
rozstrzygające o sensownym życiu i wiecznym szczęściu – nie godzi się wysuwać na
pierwszy plan partykularnie (partyjnie) pojmowane racje polityczne czy
ekonomiczne. W naszych polskich domach – nie tylko w tych, które stać na
telewizję satelitarną – musi być (oby koniecznie się znalazło) "miejsce
wysokie", na które można codziennie wstępować i ogarniać przebywaną drogę. Kto
ma prawo – i w imię jakich (szlachetnych) racji – odmawiać milionom w końcu
przecież Bożego daru, jakim są nowe technologie komunikowania się?! Chyba tylko
uzurpatorzy i dyktatorzy, a nie prawy regulator medialnego ładu, potrafią być
nonszalanccy i cyniczni. Ładu – nawet medialnego – nie zbuduje się na byle czym!
A mówiąc o "miejscu wysokim", przywołuję jeszcze raz piękne i tchnące radosną
nadzieją zdania z Księgi Barucha: "Podnieś się, Jeruzalem! Stań na miejscu
wysokim, spojrzyj na Wschód, zobacz twe dzieci, zgromadzone na słowo Świętego od
wschodu słońca aż do zachodu, rozradowane, że Bóg o nich pamiętał" (Ba 5, 5).
"Jerozolimo, spojrzyj na Wschód i zobacz radość, która ci przychodzi od Pana"
(Ba 4, 36). Wolno nam wstawić w miejsce Jeruzalem, Jerozolimy: Polskę, Warszawę,
każde miasto, siebie! Podnieś się, stań na miejscu naprawdę wysokim. I niech
nikt nie zacieśnia horyzontów – ani sobie, ani innym. Nawet gdyby ktoś w tym
kierunku wywierał presję czy zmuszał.
Apel o takie konkurowanie
Niech sieci i kanały telewizyjne prześcigają się w wyprowadzaniu nas na "miejsce
wysokie"! Tym, którzy to czynią, nie rzucajmy kłód pod nogi. Bądźmy po stronie
Jezusa, który z Dobrą Nowiną posyła wszystkich wierzących na cały świat. Ale
najpierw czyńmy wszystko, co możliwe, abyśmy my sami (w polskim domu, w
Kościele, który jest domem) nie spoganieli, ulegając różnym naciskom i
uwiedzeniom. Spoglądanie poza horyzont jednego dnia i świata, w którym (jeszcze
tylko jakiś czas) pożyjemy, nie powinno jawić się nam jako podejrzane i niemal
naganne. Kto naprawdę ogarnia całą naukę Jezusa, ten nie może absolutyzować
twierdzenia, że należy żyć jedynie "chwilą obecną", a w niej "twardymi" prawami
rynku, zysku, biznesu itp.! Jakże ubogie byłoby takie życie – i jak łatwo byłoby
zejść na manowce i mielizny – gdybyśmy, w pewnym sensie stale, nie odnosili się
do tego, co było zbawczą ingerencją Boga w nasze ludzkie i polskie dzieje i co
będzie w przyszłości spełnioną obietnicę wiecznego życia w Bogu! Nie możemy stać
się więźniami "jednej tylko chwili" – egoistycznie "wyciskanej" jak sok z
cytryny. Nie możemy dać się uwięzić w samej doczesności. Jezus Zmartwychwstały i
Jego Ewangelia uprawniają nas (a nawet zobowiązują) do "wzbijania się" myślami i
pragnieniami w świat Boga, królestwa Bożego.
– Nie może być tak, żeby potężne media (w rękach ludzi, którzy przestali
"wzlatywać" w świat Transcendencji) przesłaniały nam Boga, zacieśniały horyzont,
manipulowały nami. Nie mają prawa narzucać nam swojej woli. Jeśli z oczywistych
powodów (by nie popaść w wewnętrzną sprzeczność) nie godzi się i nie wolno na
siłę wyzwalać ku bezkresnym horyzontom Boga, to również, a nawet tym bardziej,
nie godzi się w swój ciasny horyzont wciągać innych i nim zniewalać. Nie godzi
się tego czynić, także bardziej "subtelnymi" metodami psycho- i
socjotechnicznymi. Dlaczego? To oczywiste. Uwłacza to bowiem godności osoby i
jej skierowaniu ku Bogu! – Jeśli powyższe stwierdzenia i sugestie wydają się
przesadzone, to zapytajmy, czym ludzie zajmują się od rana do wieczora. Czym
zajmujemy się – dzieci, młodzież, dorośli i pracujący? I czy nie jest tak, że na
resztki czasu – po szkole, po pracy i domowych obowiązkach – "czyhają" (jak…
hieny) media elektroniczne? Są one dość liczne i niby zróżnicowane, jednak w
przytłaczającej większości wcale nie zamierzają wyprowadzać swoich odbiorców na
"miejsce wysokie"; chcą raczej, zabierając resztki czasu, przykuć uwagę i
skierować nas ku strumieniowi przyjemnych czy ekscytujących wrażeń… A w
ostatecznym rozrachunku – poprzez rozbudzanie pożądliwości (choćby tylko tej
gnozeologicznej, poznawczej) – trzymać na uwięzi oczy, umysły i serca. Święty
Jan od Krzyża trafnie spostrzega, że nieważne jest, jaka jest lina, gruba czy
cienka, trzymająca ptaka na uwięzi. Ważne, że udaremnia wzbicie się w
przestworza…
Nim się dzielimy
To prawda, Pan Jezus, będąc Bogiem-Człowiekiem, zaafirmował doczesność jako
piękny i cenny dar Ojca. Właśnie, Boga Ojca! Wszystko – i ptaki niebieskie, i
ziarna wsiewane w różnej jakości glebę, i owce na pastwisku… wszystkie
stworzenia – mówiły Mu o dobroci Ojca i na Ojca naprowadzały… A poza tym Pan
Jezus całym Sobą – nauczaniem, cudami, składanymi obietnicami, ubóstwem i stylem
życia – przekonywał, że nasze życie na ziemi jest jedynie drogą do Domu Ojca.
Obrazowo można powiedzieć, że Jezus – w jakimkolwiek aspekcie na Niego popatrzeć
– wciąż na nowo i z niezmordowaną świeżością bierze nas za rękę i prowadzi
właśnie na "miejsce wysokie", z którego widać nasz wieczny Dom Ojca, wieczne
szczęście. A dokładniej mówiąc, to On sam – z całym bogactwem dwóch natur:
Boskiej i ludzkiej – jest dla nas owym "miejscem wysokim", a nawet, i to w
całych ludzkich dziejach, najwyższym!
O. Krzysztof Osuch SJ
Autor jest rekolekcjonistą i kierownikiem duchowym w Centrum Duchowości w
Częstochowie.
