Jakby Władek był między nami
Z Barbarą Stasiak, żoną ministra Władysława Stasiaka, szefa
Kancelarii Prezydenta RP, który zginął w katastrofie Tu-154M niedaleko Katynia,
rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler.
Co symbolizuje tytuł "Przyszedł czas"? Dlaczego nadała go Pani
koncertowi, który odbył się w hołdzie Pani mężowi w kościele akademickim św.
Anny w Warszawie?
– To tytuł jednej z pieśni, którą wykonywał zespół Trebunie-Tutki. "Przyseł cas
coło podnieść do góry (…) Nie holofić, nie gawędzić, za robote sie trza brać,
hej, trza sie brać". Pomyślałam też, że jest to jakiś symbol pewnego przejścia w
nową jakość, po to, by zacząć robić coś dobrego. Osobiście chciałam zrobić coś
dla ludzi, ale także dla siebie i dla Władka, by nie trwać tylko w smutku, lecz
zająć się czymś nowym. Tym koncertem pragnęłam powiedzieć również, że przyszedł
czas na nadzieję i optymizm, a także pokazać, że Władek taki właśnie był. Mam
bowiem wrażenie, że w dzisiejszych czasach bardzo brakuje pozytywnego
nastawienia do życia.
Pani mąż emanował wielkim optymizmem.
– Bo taki był. O człowieku można mówić w różnoraki sposób, pokazując jego
dzieła, dokonania, dlatego na pewno niejednokrotnie przez wielu ludzi w kraju
zasługi Władka są i jeszcze będą podnoszone. Ja chciałam przypomnieć o tym,
jakim był człowiekiem, jaką miał osobowość, że po każdym spotkaniu z nim wszyscy
mieli poczucie, iż będzie dobrze. Władek zawsze mówił: "Damy radę, panowie", bo
z panami zwykle pracował, ale to samo powtarzał pracującym z nim paniom.
Chciałam przypomnieć, że był człowiekiem, który potrafił w sposób niezwykle
skuteczny, a jednocześnie z wdziękiem i taktem rozwiązywać najtrudniejsze sprawy
na poziomie państwowym i międzynarodowym. Zawsze umiał znaleźć złoty środek.
Pamiętam, że podkreślał: "Dla Polski warto pracować". Nie wszyscy
politycy w ten sposób traktują swą powinność względem państwa.
– Dlatego chciałam pokazać, że był człowiekiem, który zawsze uważał, że warto.
Że warto coś zrobić, że dla Polski warto pracować, że warto podjąć się jakiegoś
zadania. Dla niego nie było zadań niemożliwych do wykonania, gdy się ich
podejmował, po prostu je robił. Chciałam, żeby ten koncert pokazał takie właśnie
jego oblicze.
Skąd pomysł na muzykę góralską? Mąż miał szczególny sentyment do
Podhala?
– Tak. Bardzo dużo czasu spędził w górach, właściwie przez lata schodził chyba
całe Tatry. Od szkoły podstawowej aż do dorosłego życia co roku wyjeżdżał w
Tatry, mieszkał w namiocie, nawet nieraz pił wodę ze strumieni. Gdy już razem
jeździliśmy w góry, znał każde miejsce, po którym szliśmy. Często mówiłam mu:
"Opisz mi tę panoramę, która się przed nami roztacza", i Władek z każdego
miejsca, w którym aktualnie przebywaliśmy, dokładnie wszystko mi omawiał. Mówił,
jaka jest nazwa szczytu przed nami, co dalej widzimy etc. On każdy szlak w
Tatrach przeszedł w życiu przynajmniej po kilka razy. W ostatnich latach
rzadziej już wyjeżdżaliśmy w góry, bo było na to mniej czasu. Utwory zespołu
Trebunie-Tutki dobrze znał, śpiewał je w domu, a zespół poznał na koncercie w
Podkowie Leśnej. Tym bardziej zaproszenie tego zespołu, by dał koncert w hołdzie
pamięci mojemu mężowi, było dla mnie osobiście wielkim przeżyciem. Władek bardzo
go cenił – z jednej strony za przywiązanie do tradycji góralskiej, a z drugiej
ze względu na otwartość na eksperymenty muzyczne. Na koncercie wystąpili z
Michałem Kulentym, świetnym saksofonistą jazzowym, i Warszawskim Chórem
Międzyuczelnianym pod dyrekcją Janusza Dąbrowskiego, który kojarzy się przecież
głównie z muzyką klasyczną i kościelną. Myślę, że to oryginalne połączenie
spodobało się mężowi. On też w życiu lubił własne, nieoczywiste ścieżki.
Słuchał też muzyki klasycznej?
– Tak. Cenił bardzo J.S. Bacha, obydwoje bardzo lubiliśmy chodzić na koncerty
muzyki dawnej, granej na instrumentach z epoki. Wiele osób jest zaskoczonych, bo
wszyscy łączą go głównie z instytucjami zajmującymi się bezpieczeństwem państwa.
Ta muzyka zawsze była obecna w naszym domu. Władek był człowiekiem, który bardzo
dbał o tradycję, a z drugiej strony był osobą bardzo innowacyjną, otwartą na
nowe wyzwania. To też, myślę, podobało mu się w działalności zespołu
Trebunie-Tutki.
Pamięć o Władysławie Stasiaku, mimo upływu ponad dwóch lat od jego
śmierci, jest wciąż żywa. Odbywają się nie tylko koncerty ku jego pamięci, ale
także powstają różne wystawy, strony internetowe, odsłaniane są tablice.
– Bardzo mnie to cieszy i daje siły do życia. Cenię sobie te wszystkie sygnały o
tym, że ludzie o nim pamiętają, a mam je na każdym kroku. Od samego początku po
10 kwietnia 2010 roku otrzymywałam od ludzi wiele dobra i wsparcia. Zaraz po
tragedii rodzina i przyjaciele "koczowali" u mnie w domu. Cały czas ktoś ze mną
był, dostawałam też wsparcie i pomoc przy każdej rzeczy, której się
podejmowałam, przy wspomnianym koncercie również. Zawsze stało za tym wiele osób
dobrej woli. Dlatego chciałam, żeby ten koncert był darem – darem obecności.
Wiele osób mówiło mi po nim, że poczuli, jakby Władek był między nami, co było
dla nich bardzo wzruszające.
Chciałaby Pani, aby podobne koncerty stały się pewną tradycją?
– Bardzo, choć pierwszy raz w życiu byłam odpowiedzialna za takie
przedsięwzięcie i nie wiedziałam, że przy takich koncertach jest tak dużo pracy.
Spotkałam się jednak – co powtórzę – z niezwykłą życzliwością i pomocą ludzi,
dlatego pomyślałam sobie, że warto to kontynuować. Moim marzeniem jest wykonanie
Mszy Kreolskiej Ariela Ramireza. Często słuchaliśmy jej w wykonaniu José
Carrerasa.
Dziękuję za rozmowę.
***
Smoleński znak w Kałkowie-Godowie
Nasz Dziennik, 2012-05-17
Makieta samolotu Tu-154M, który 10 kwietnia 2010 r. rozbił się pod
Smoleńskiem, powstanie w sanktuarium Bolesnej Królowej Polski Pani Ziemi
Świętokrzyskiej w Kałkowie-Godowie. W drzwiach tupolewa znajdzie się para
prezydencka naturalnych wielkości, a w oknach pojawią się twarze tych osób,
które zginęły pod Smoleńskiem i były związane z sanktuarium.
– Chcemy, aby ta makieta w przyszłości przypominała kolejnym pokoleniom o
Smoleńsku, o wielkich Polakach, którzy zginęli na służbie dla Ojczyzny w
katastrofie samolotu Tu-154M. Takie znaki przypominają o wartościach naszego
Narodu, o wartościach wielkich Polaków. To zaakcentowanie znaku pamięci o tym
tragicznym wydarzeniu. Samolot będzie miejscem zadumy, refleksji, pamięci –
podkreśla w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" ks. kustosz Czesław Wala, twórca
sanktuarium.
Obok makiety umieszczony zostanie maleńki odłamek tupolewa, który rozbił się
pod Smoleńskiem, a także znajdzie się ziemia przywieziona z miejsca katastrofy.
Upamiętnione zostaną te ofiary, z którymi osobiście spotkał się kustosz
sanktuarium, a także te, które odwiedziły to miejsce: para prezydencka Lech
Kaczyński i jego małżonka Maria, Ryszard Kaczorowski, Przemysław Gosiewski,
Janusz Kurtyka i Anna Walentynowicz. Makieta samolotu Tu-154M stanie u podnóża
Golgoty-Martyrologium Narodu Polskiego, monumentalnego pomnika pamięci, w
którego wnętrzu znajduje się kilkadziesiąt oratoriów i kaplic upamiętniających
męczeńską historię Narodu Polskiego.
Na frontonie Golgoty zostanie również umieszczona dużych rozmiarów rzeźba
orła. – Orzeł ma przypominać, że musimy bronić dziedzictwa męczeństwa polskiego
Narodu i pobudzać to pragnienie w każdym polskim sercu – mówi ks. Czesław Wala.
Małgorzata Bochenek
