MSZ zgotowało mi traumę

Z Magdaleną Pietrzak-Mertą, wdową po wiceministrze kultury Tomaszu
Mercie, który zginął na Siewiernym, rozmawia Anna Ambroziak
.

Prokuratorzy prowadzący postępowanie w sprawie niszczenia dowodu Pani
męża oraz zaginięcia zegarka, portfela i obrączki przyjmują wersję, że do próby
spalenia dokumentu mogło dojść na terenie polskiego Ministerstwa Spraw
Zagranicznych. Nie szokuje to Pani?

– Doceniam śledztwo prokuratury, zwłaszcza że daje ono szanse wyjaśnienia, co
stało się z wartościowymi przedmiotami należącymi do mojego męża, a więc z
zegarkiem, portfelem i obrączką. Oczywiście kluczowa jest dla mnie obrączka.
Osobiście skłaniam się jednak ku wersji, że dowód mego śp. męża został
zniszczony w katastrofie. Ślady zniszczeń wskazują na to, iż dowód "przeszedł"
przez katastrofę, nosi on wyraźne ślady nadpalenia. Ale tu kluczowe będą
ustalenia prokuratury, która wszczęła postępowanie na wniosek mój i mego
pełnomocnika, pana mecenasa Bartosza Kownackiego.

Pamięta Pani dokładnie, kiedy zwrócono Pani dowód męża?
– W maju 2010 roku w Mińsku Mazowieckim. Przekazała mi go Żandarmeria Wojskowa.
Od ręki oddano mi wszystkie przedmioty, które ewidentnie były rzeczami męża i
których przynależność nie budziła żadnych wątpliwości. Oczywiście była pula
rzeczy, których właściciela nie dało się określić. Były one prezentowane
rodzinom. Jeśli ktoś rozpoznał je jako rzeczy swojego bliskiego, zgłaszał to.
Jeśli nie było więcej niż jednego roszczenia, to przedmioty te można było
otrzymać.

Kto przysłał monit, że rzeczy będą zwracane rodzinom?
– Żandarmeria Wojskowa. To było zaproszenie imienne. Chciałabym zwrócić uwagę,
że przyjęto tu określoną kolejność, w jakiej zapraszano rodziny.

To znaczy?
– Przyjęto taką formułę, że gdybym po odbiór tych rzeczy nie pojechała,
opóźniłoby to ich zwrócenie innym rodzinom ofiar, które czekały w kolejce.
Chciałam tam pojechać, chciałam znaleźć rzeczy Tomka i je zabrać. Gdybym
wiedziała, że tych rzeczy – to jest zegarka, obrączki czy portfela – nie ma, nie
przeglądałabym tak skrupulatnie tych wszystkich strasznych znalezisk, jak to
robiłam. Od ręki dostałam m.in. dokumenty męża. Skazując mnie na poszukiwanie
rzeczy, o których MSZ wiedziało, że nie można ich znaleźć w Mińsku, narażono
mnie na wielką traumę. Potem okazało się, że zrobiono to tylko po to, by
podtrzymywać kłamstwo, dla jakichś pokrętnych i niewytłumaczalnych dla mnie
powodów.

Kiedy wynikła sprawa "dwóch dowodów" wiceministra Merty, pytała Pani o
tę kwestię MSZ?

– Nie. Sytuacja wyglądała następująco: doskonale wiem, jak wyglądał dowód mego
męża. Kiedy więc w rosyjskich dokumentach odkryłam przedmiot, który wprawdzie
jest podobny do dowodu męża, ale nie identyczny, w dodatku wyglądał na zupełnie
nowy, niezniszczony w czasie katastrofy – byłam tym bardzo zdumiona. Zgłosiłam
to natychmiast panu mecenasowi, który był tym bardzo wzburzony. Nie przyszłoby
mi do głowy, że MSZ może mieć coś wspólnego z rzeczami mojego męża. A to
dlatego, że nie miał nic wspólnego z niczyimi innymi. Rosjanie pakowali rzeczy
po osobach zmarłych tragicznie w katastrofie w obrzydliwe worki, te rzeczy
często były mokre, więc w tych plastikowych workach pleśniały. Potem Żandarmeria
Wojskowa starała się, by te rzeczy ofiar jakoś przygotować do prezentacji
rodzinom. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, że to MSZ przejmuje rzeczy naszych
bliskich. Nie była mi w ogóle znana jakakolwiek ścieżka, która wskazywałaby na
to, że to MSZ "dotyka się" do rzeczy którejkolwiek z ofiar.

Pytanie, dlaczego w ogóle dowód trafił do resortu spraw zagranicznych.
– Jak bumerang wraca tu pytanie, czy taka ścieżka jest normalna, czy są
przepisy, które to regulują. O ile wiem, sytuacja z dowodem mego śp. męża była
jednorazowa i było to działanie nieprawne. Pytanie, dlaczego tak się stało. W
jaki sposób dowód tożsamości męża trafił do polskiej ambasady w Moskwie? Na to
pytanie nie znam odpowiedzi.

Prokuratura przesłuchała już wszystkie osoby, które miały jakikolwiek
kontakt z pocztą dyplomatyczną. W tym dwóch dyrektorów gabinetu ministra spraw
zagranicznych Radosława Sikorskiego: dyrektora generalnego oraz dyrektora
centrum operacyjnego MSZ. Prokuratura nie wyklucza, że konieczne będzie
przesłuchanie także szefa polskiej dyplomacji.

– To będzie decyzja prokuratury. Świadka przesłuchuje się w sytuacji, gdy uznaje
się, że ma coś do powiedzenia w danej sprawie. Nie znam ustaleń prokuratury, nie
wiem, na ile pan minister Sikorski orientował się w całej tej sprawie. Trudno
jednak uwierzyć, by miał on sugerować coś tak pokrętnego.

Ale tu nie chodzi o sugestie. Do zniszczenia dowodu mogło dojść na
terenie resortu, którym Sikorski zarządza.

– Nie jest moim celem prowadzenie żadnej wojny podjazdowej z MSZ. Takie
działania są obce mojej naturze. Sądzę, że jeśli prokurator prowadzący śledztwo
oceni, że takie przesłuchanie wniosłoby coś wartościowego do całej sprawy, to
tak się powinno stać. Być może też sam minister, jeśli uzna, że jego słowa
mogłyby coś wyjaśnić, będzie chciał złożyć zeznania. Mnie zależy na wyjaśnieniu
prawdy, a nie karaniu winnych. Nie sądzę też, by MSZ zamierzało wyciągać
konsekwencje wobec pracowników, którzy złamali prawo. Całkiem możliwe, że wręcz
przeciwne. Jak dotąd każde niegodne postępowanie w sprawie smoleńskiej kończyło
się nagrodami i awansami, a nie wyciąganiem konsekwencji. Chciałabym po prostu
odzyskać rzeczy męża, to jest moim celem. Szczególnie zależy mi na odzyskaniu
obrączki, która ma dla mnie ogromne znaczenie, jest dla mnie relikwią.

Joanna Kluzik-Rostkowska (PO) powiedziała w wywiadzie dla
"Rzeczpospolitej", że przeżywając swój ból, snuje Pani różne hipotezy i
"wyobraża sobie", co mogło się stać wSmoleńsku. "Jest wdową, straciła najbliższą
sobie osobę ito zrozumiałe" – to są jej słowa z tego wywiadu.

– Formułowane przeze mnie opinie nie są snuciem hipotez. Wynikają z analizy
dokumentów, do których w przeciwieństwie do wielu innych osób mam dostęp. I
uważnego obserwowania tego, co dzieje się wokół sprawy smoleńskiej. Wynikają
też, co oczywiste, z głębokiego pragnienia poznania prawdy, której odkrycie dla
poseł Kluzik-Rostkowskiej najpewniej nie ma żadnego znaczenia. W ten sam sposób
można by mówić, że rodziny pomordowanych w Katyniu "snuły hipotezy" co do winy
Rosjan, a w dobrym tonie było przypisywanie tej winy Niemcom. Sytuacja jest
zresztą podobna. Niemiecka odpowiedzialność za Katyń ma tyle samo wspólnego z
prawdą, co rosyjska wizja pijanego generała Andrzeja Błasika, wyrywającego stery
majorowi Arkadiuszowi Protasiukowi. Podtrzymywanie tego haniebnego kłamstwa może
wynikać wyłącznie ze złej woli. Prawdę mówiąc – to, że komentuję wypowiedź pani
Kluzik, wynika wyłącznie z pragnienia zadośćuczynienia prośbie zaprzyjaźnionego
"Naszego Dziennika", ponieważ nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, o co ma
lub nie ma do mnie ona pretensji – może je sobie żywić o co tylko chce i tak
nijak nie wpłynie to na moje myślenie czy postępowanie.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj