Polska na strategicznym rozdrożu

Przez dwie dekady zasadniczym punktem odniesienia naszej polityki
bezpieczeństwa było członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej. Obecnie sytuacja
zmusza nas do bardziej samodzielnego i kreatywnego definiowania celów i
instrumentów w tej sferze. Stawką jest bezpieczeństwo nie tylko naszego kraju,
ale i reszty naszego regionu, oraz przyszłość więzi transatlantyckich.

O zmianie amerykańskiej polityki obronnej pisałem już w artykule "Militarne
strategie Chin i USA" ("Nasz Dziennik", 2 marca br.). Składa się na nią nie
tylko redukcja wydatków, ale i zmiana jej celów. Same cięcia, według obecnych
zamierzeń, obejmujące w ujęciu rocznym 6-7 proc. obecnej wysokości budżetu
Pentagonu, nie uzasadniają wiązanych z nimi zmian strategicznych. Wydatki
obronne (uwzględniając inflację) wciąż będą wyższe niż przed "wojną z terrorem",
a przecież zbiegną się także z redukcją olbrzymich wydatków na misję afgańską.
Pomimo to następuje jednak redukcja "poziomu ambicji" amerykańskiej polityki
obronnej. Dotychczasowy dogmat gotowości wygrania dwóch równoległych dużych
wojen zostaje zastąpiony dążeniem do wygrania jednej dużej wojny wraz z
towarzyszącą jej zdolnością do (jedynie) utrzymania zadań defensywnych w drugim,
równoległym konflikcie. Taka konsekwencja wiąże się najwyraźniej ze wzrostem
potencjału ewentualnych dużych przeciwników. Na potencjalnej liście jest ich
wielu, m.in. Iran czy Rosja, ale głównym z nich staje się Państwo Środka, które
według estymacji "The Economist" w perspektywie dwóch dekad może stać się
liderem światowych wydatków obronnych, a już obecnie jego potęga blokuje swobodę
działania amerykańskiej marynarki w kluczowym rejonie wybrzeża Azji
Południowo-Wschodniej. Wycofanie dwóch brygadowych zespołów bojowych z Europy,
udział "z tylnego siedzenia" w operacji w Libii oraz przecieki dotyczące planów
obrony dla wschodniej flanki NATO wzbudzają uzasadniony niepokój, iż Europa może
stać się tym drugorzędnym, defensywnym kierunkiem strategicznym.

Erozja bezpieczeństwa w Europie

Eksperci zwracają uwagę, że w związku z ważnym przewartościowaniem w
amerykańskiej polityce obronnej musimy znaleźć nowy sposób na naszą wartość w
relacjach z naszym największym sojusznikiem. Profesor Andrew Michta, szef
warszawskiego oddziału German Marshall Fund, podkreśla, że Polska powinna podjąć
aktywną rolę w europejskich i regionalnych wymiarach współpracy obronnej.
Powinna też uczynić swoje siły zbrojne bardziej pożądanym partnerem dla Stanów
Zjednoczonych.
Złożoność niepokojących czynników w naszym otoczeniu bezpieczeństwa utrudnia
jednak znalezienie łatwej recepty na to wyzwanie. Do transatlantyckich aspektów
zmiany naszego otoczenia bezpieczeństwa dochodzą bowiem dwa kolejne niepokojące
sygnały. Pierwszym z nich jest fiasko nadziei na budowę naszej "drugiej polisy
bezpieczeństwa" w ramach europejskiej polityki obronnej. Państwa Unii nie
zgodziły się na konkretyzację w trakcie polskiej prezydencji zawartej w
traktacie lizbońskim dość mgławicowej klauzuli o wzajemnej pomocy. Konsekwencją
tego stanu rzeczy jest także brak zgody wszystkich państw członkowskich Unii dla
budowy niezależnego od NATO zaplecza dowódczego dla jej operacji wojskowych. To,
że Unia nie stanie się dla nas drugą polisą bezpieczeństwa, nie powinno jednak
dziwić, jeśli pamiętamy, że na jej forum dają o sobie znać istotne, nie
mitygowane obecnością "wujka zza oceanu" różnice w postrzeganiu zagrożeń i
interesów. Jaskrawym przykładem może być sytuacja, w której czołowe potęgi Unii
pomagają sąsiedniemu niedemokratycznemu mocarstwu w uzyskaniu zdolności do
szantażu energetycznego innych członków. Jednocześnie sprzedają temu samemu
mocarstwu technologie oraz know-how umożliwiające odrodzenie jego coraz
agresywniejszej potęgi militarnej. Co więcej, upatrywanie użytecznych
sojuszników nawet wśród naszych największych zachodnich sąsiadów ma malejący
sens w związku z postępującą redukcją ich potencjału militarnego. Państwa te
uczyniły swoje budżety obronne opcją pierwszego wyboru wobec konieczności
zaciskania pasa. W efekcie nawet Niemcy dysponują dziś mniejszą liczbą czołgów w
linii niż Polska. Drugi z czynników wiąże się właśnie ze wspomnianym wzrostem
potęgi wschodniego sąsiada. Przejawem powrotu do potęgi Rosji jest nie tylko
rytualne straszenie nas rozmieszczeniem rakiet taktycznych w okolicy
Kaliningradu. W ostatnim czasie w wyniku kontynuowanego wzrostu wydatków i
wysiłku reformatorskiego dochodzi do znacznego wzrost gotowości bojowej
jednostek (zarówno w zakresie wyposażenia technicznego, jak i wyszkolenia), w
tym przede wszystkim w sąsiadującym z nami Zachodnim Okręgu Wojskowym. Ewoluuje
także rosyjska strategia obronna, która całkiem oficjalnie zakłada większą
elastyczność użycia siły militarnej. Ten stan rzeczy jest od dłuższego czasu
nazywany po imieniu nie tylko przez niektórych amerykańskich czy brytyjskich
analityków, ale i przez nasz rodzimy, niewątpliwie profesjonalny Ośrodek Studiów
Wschodnich.

Szklanka jest (przynajmniej na razie) do połowy pełna

Mamy więc symptomy kryzysu naszych niektórych relacji sojuszniczych, którym –
co gorsza – towarzyszy wzrost potencjalnego zagrożenia. Oczywiście, gwoli
obiektywizmu, nie można, przynajmniej na razie, postrzegać sytuacji w całkowicie
czarnych barwach, szczególnie w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych. W efekcie
cięć, o ile nie zajdzie konieczność ich dalszego zwiększenia, spadnie oczywiście
wielkość zakupów nowoczesnego sprzętu, ale zastąpią je wydatki na inne
zaawansowane technologie umożliwiające lotnictwu i marynarce USA zdalne
uderzenie na przeciwnika. Ułatwią one pokonanie dużego, klasycznego przeciwnika,
co będzie także korzystne z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski. Ten trend
oznacza także zakończenie trwającej od 11 września 2001 roku "mody´´ na
zdolności przeciwpartyzanckie i okupacyjne. Efektem powinien być większy
wachlarz amerykańskich opcji militarnych w razie kryzysowej sytuacji na
wschodniej flance Sojuszu. Nawet jeśli zabrakłoby amerykańskich oddziałów na
lądzie, potężna zdolność do zdalnego rażenia przeciwnika z morza i powietrza,
wsparcie wywiadowcze, rozpoznawcze i logistyczne może być bardzo skutecznym "enabling
factor" (czynnikiem umożliwiającym) obrony Europy.

Inny korzystny aspekt naszych relacji transatlantyckich to ciągła użyteczność
NATO. Jest to wciąż najpoważniejszy element naszego systemu bezpieczeństwa.
Oprócz niedoskonałych, ale już dość konkretnych zobowiązań w planach obrony
terytoriów państw członkowskich posiada zaplecze dowódcze, sprawdzone procedury
i szereg własnych wyspecjalizowanych służb. Fakt, że w listopadzie 2010 r. w
Lizbonie zdecydowano się m.in. odświeżyć zadania obrony terytorium państw
członkowskich i rozszerzono katalog zadań Sojuszu, pokazuje, że utrzymanie
spójności i wiarygodności NATO powinno być dla nas bardzo istotne. Tym niemniej
w najbliższym czasie mogą zajść procesy, które zniweczą i te pozytywy. Testem na
wiarygodność naszego transatlantyckiego sojuszu będzie zarówno decyzja odnośnie
do taktycznej broni nuklearnej w Europie, jak zakres i charakter ćwiczeń NATO o
kryptonimie "Steadfest Jazz", które mają się odbyć na jesieni 2013 r. w Polsce i
w państwach nadbałtyckich. Ich celem będzie przećwiczenie scenariusza
sojuszniczej pomocy na wschodniej flance (co może być rozumiane jako swoista
odpowiedź na tegoroczną edycję białorusko-rosyjskich ćwiczeń "Zapad"). W świetle
ostatnich zaskakujących przejawów dobrej chemii pomiędzy administracją Obamy i
Putina należy też z uwagą śledzić losy polskiej części projektu tarczy
rakietowej oraz konsekwencje wynikające z amerykańsko-rosyjskiego porozumienia
energetycznego. Dotychczasowe napięcia związane z konkurencją wokół złóż
arktycznych korzystnie wpływały choćby na zakulisowe amerykańskie wsparcie dla
rozwijającej się współpracy obronnej państw nordyckich, bałtyckich i Wielkiej
Brytanii (w której wielu chciało także widzieć Polskę).

Szukając sojuszników w sąsiedztwie

Jakie są więc wnioski z zaistniałej sytuacji dla polskiej polityki
bezpieczeństwa? Biorąc pod uwagę wymienione eksperckie sugestie, zgadzam się, iż
Polska powinna być aktywna w wielu konstelacjach współpracy obronnej. Jest to
ważne dla zwiększenia naszej atrakcyjności jako państwa, które jest w stanie
wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo sąsiedztwa i być liderem dla innych.
Nie widzę jednak istotnej, oprócz wizerunkowej, wartości mającej wyniknąć dla
naszego twardego bezpieczeństwa z aktywizmu w sferze europejskiej polityki
obronnej. Ten aspekt polityki Unii chyba już na zawsze pozostanie obszarem
bardziej dyskusji niż akcji, i to raczej dotyczących dalekich od klasycznej
wojny operacji reagowania kryzysowego.

Perspektywiczną opcją jest za to aktywny udział w regionalnych projektach
współpracy obronnej. Te "wyspy kooperacji" są potencjalnie bardziej spójne niż
formalne sojusze, gdyż łączy je podobieństwo kultury strategicznej i interesów.
Ich narodziny wynikają w pewnym stopniu z symptomów słabości NATOczy Wspólnej
Polityki Bezpieczeństwa i Obrony UE. Regionalne inicjatywy kooperacji nie muszą
jednak oznaczać erozji tych organizacji, ale wręcz przeciwnie – mogą im pomagać
wypełniać pewne zadania. Pozytywnym przejawem takiego podejścia jest powrót
Polski do idei współpracy obronnej w ramach Czwórki Wyszehradzkiej. Polska
występuje w niej jako lider grupy państw, która zaczyna nie tylko artykułować
swoje wspólne interesy na forum NATO, ale i myśli o budowaniu wspólnych
zdolności obronnych. "V4" ma też istotną wartość jako potencjalny zaczyn
szerszej współpracy na osi północ – południe. Niestety, nie ma wciąż istotnych
sygnałów świadczących o większym zainteresowaniu Polski współpracą z państwami
nordyckimi. Nasze interesy bezpieczeństwa są dość zbieżne z północnymi
sąsiadami, a zdolności obronne tej grupy państw znacznie poważniejsze niż
naszych partnerów z południa.

Nie jesteśmy skazani na słabość

Najważniejszym pytaniem jest jednak, jak zaistniała zmiana kontekstu
geopolitycznego powinna wpłynąć na kształt naszych sił zbrojnych.

Przede wszystkim powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, co widzą zagraniczni
obserwatorzy, tj. że jest nas stać na dość silne wojsko. Z uwagi na wielkość
kraju i rosnące PKB siła militarna Polski jest niebagatelnym czynnikiem dla
bezpieczeństwa naszego regionu. Już obecnie wydajemy na obronność o połowę
więcej niż świetnie przygotowana do swej obrony Finlandia, i tylko o jedną
trzecią mniej niż taka potęga jak Izrael. Będąca pozytywnym wyjątkiem w Europie
ustawowo ustalona relacja wydatków obronnych wobec PKB nie zdążyła jednak
jeszcze przynieść bardzo wymiernych owoców. Większość z tego wzrostu zostało
"zjedzone" przez misje zagraniczne, garb wydatków socjalnych, a także zmarnowane
przez niesprawność resortu obrony narodowej. MON musi się wciąż uczyć budowania
racjonalnej długoterminowej polityki zbrojeniowej, a rząd łączenia interesów
militarnych z gospodarczymi.

Ważne są jednak priorytety tych wydatków. Wypada zgodzić się ze wspomnianą
sugestią profesora Michty, aby odbudowując swoje zdolności obronne, Polska nie
zaniedbała zdolności do bycia wartościowym sojusznikiem USA. Inaczej jednak
rozłożyłbym akcenty. Amerykański politolog stawia Polsce za wzór Zjednoczone
Królestwo. Strategia Wielkiej Brytanii od czasu kryzysu sueskiego w 1956 r.
zakłada utrzymanie pozycji międzynarodowej poprzez wpływanie swą zdolnością
współdziałania militarnego na politykę Stanów Zjednoczonych. W utrzymaniu tej
zdolności współdziałania, oprócz czynników kulturowych, Brytyjczykom pomaga
jednak fakt, iż ich naturalną strategią jest rola zdolnej do dalekich działań
potęgi morskiej. Większość krajów potrzebuje trochę innych zdolności do
klasycznej obrony terytorium niż do dalekich misji – w rodzaju afgańskiej.
Wielka Brytania nie potrzebuje się tym martwić, gdyż jest wyspą, a przede
wszystkim dlatego, iż ma własny nuklearny potencjał odstraszający. Polska musi
więc przyjąć trochę inną strategię niż Wielka Brytania, zwracając większą uwagę
na lądowy charakter potencjalnego zagrożenia. Odbudowa naszego potencjału do
obrony kraju nie musi jednak oznaczać zmniejszenia naszej przydatności jako
sojusznika. Wojsko, które będzie w stanie obronić nasze terytorium, będzie mogło
także skuteczniej przyjść z pomocą innym sąsiadującym z nami członkom NATO, jak
choćby państwom bałtyckim. Z punktu widzenia Amerykanów powinno to oznaczać
zdjęcie z głowy części "problemu". Oczywiście wpływu na decyzje Amerykanów nie
uzyska się bez zdolności współdziałania w szerokim zakresie zadań bojowych.
Skupianie się wyłącznie na "własnym podwórku" bądź też całkowita specjalizacja
na tych, którzy bronią lądowej granicy NATO, i na tych, którzy działają poza
jego obszarem, nie wpływałoby pozytywnie także na spoistość Sojuszu. Roztropność
nakazuje jednak, aby myśląc o naszych siłach możliwych do użycia poza obszarem
traktatowym Paktu, brać pod uwagę ich użyteczność do scenariusza samodzielnej
obrony. Nie musi to być sprzeczne z bardziej uniwersalną nauką, którą warto
przejąć od Brytyjczyków. Ich doświadczenia wskazują, że chcąc mieć wpływ na
rozwiązania polityczne operacji międzynarodowej, powinniśmy być zdolni do
wzięcia udziału w jej najbardziej bojowej fazie, a nie tylko w będących ich
następstwem działaniach stabilizacyjnych. Sprecyzowanie, jaki dokładnie powinien
być "mix" naszych zdolności obronnych, wykracza oczywiście poza ramy tego
artykułu. Te kwestie powinny być jednak tematem poważnej politycznej,
eksperckiej i publicystycznej dyskusji. Takie podejście nie jest motywowane
fanaberią oderwaną od "realnych" problemów dnia codziennego, ale stawką
utrzymania warunków do swobodnego osiągania aspiracji nie tylko naszego Narodu,
ale i całego sąsiadującego regionu.

Tomasz Szatkowski


Autor jest prawnikiem i absolwentem Wydziału Studiów Wojennych King´s College
London. Pracował na stanowiskach kierowniczych m.in. w KPRM, Bumarze sp. z o.o.
oraz TVP S.A. Ekspert ds. polityki obronnej w Centrum Analiz Fundacji
Republikańskiej oraz w Instytucie Kościuszki.

***

Militarne strategie Chin i USA


Nasz Dziennik, 2012-03-02

Ogłoszony w zeszłym tygodniu projekt budżetu obronnego USA na rok 2013
jest pierwszym namacalnym wyrazem strategicznej reorientacji, jaka dokonuje
się w amerykańskiej polityce obronnej. Jej symbolicznym punktem zwrotnym
były nowe strategiczne wytyczne obrony narodowej opublikowane na początku
bieżącego roku. Wynikająca z nich reorientacja w kierunku Dalekiego Wschodu
odbiła się szerokim echem na świecie. W Polsce skupiono się na decyzji
dotykającej nas najbardziej bezpośrednio, czyli na wycofaniu dwóch
brygadowych zespołów bojowych z kontynentu. Warto przyjrzeć się jednak
kontekstowi strategicznemu tego zagadnienia i jego implikacjom dla polskiej
polityki obronnej.

Można wymienić dwa zasadnicze czynniki, które
wpływają na zaistniały stan rzeczy. Pierwszym z nich jest wzrost potęgi
militarnej Chin, a drugim wynikająca z kryzysu finansowego konieczność
ograniczenia amerykańskich wydatków obronnych (sytuacja krótkiej kołdry). W
ciągu zeszłej dekady wydatki obronne Państwa Środka wzrosły w przybliżeniu
trzykrotnie. Jest to nie więcej niż jedna czwarta wydatków amerykańskich
(licząc wg parytetu siły nabywczej). Chińskie wydatki mają jednak duży
potencjał dalszego wzrostu, co wynika zarówno z ich wciąż niedużej relacji
do PKB, jak i z ogólnego stanu finansów państwa.

Walka o wpływy

Ze zbrojeniami chińskimi wiąże się jednak dodatkowy problem, który
wyraził zwięźle dowódca sił morskich na Pacyfiku adm. Robert Willard.
Elementy chińskiej militarnej modernizacji wydają się zaprojektowane tak,
aby pozbawić Amerykanów swobody działania w rejonie sąsiadującym z Chinami.
Kluczem do amerykańskiej hegemonii w takich rejonach jak Pacyfik jest
pojęcie projekcji siły z morza na ląd. Ma temu służyć operujące z
lotniskowców lotnictwo czy odpalane z krążowników pociski samosterujące. W
drugiej kolejności, w razie konieczności bezpośredniego osiągnięcia celów na
lądzie, może nastąpić użycie bazującego na okrętach amfibijnych korpusu
piechoty morskiej. Warunkiem powodzenia tej strategii jest jednak
zapewnienie odpowiedniej obrony powietrznej i przeciwpodwodnej platformom
projekcji siły, czyli przede wszystkim lotniskowcom oraz okrętom amfibijnym,
a także ich łańcuchowi zaopatrzenia. W ostatnich latach w Pentagonie
utrwaliła się świadomość, że przez dekadę wojny przeciwpartyzanckiej w Iraku
i Afganistanie zaniedbano zdolności do przeciwdziałania wysiłkom
potencjalnego przeciwnika mającym na celu neutralizację amerykańskiej siły.
W tym samym czasie Chińczycy, chcąc zapewnić sobie swobodę oddziaływania
militarnego na swe bezpośrednie sąsiedztwo, rozwijali środki niwelujące
kluczowe elementy amerykańskiej potęgi. Chińscy stratedzy wiedzą, że
geografia, z uwagi na bliskość ich własnych kontynentalnych baz do obszaru
potencjalnego konfliktu, pozwala im na niwelowanie amerykańskiej przewagi w
sposób "asymetryczny". Państwo Środka, zgodnie ze swą dalekowschodnią
filozofią, nie zamierza się bowiem mierzyć z Amerykanami na ich warunkach.
Mimo że dla mediów sensacją stał się pierwszy rejs pierwszego "prawdziwego"
lotniskowca, źródła chińskiej potęgi leżą w mniej spektakularnych
instrumentach. Chiny chcą mieć np. zdolność do oślepienia ewentualnego
przeciwnika, stosując relatywnie tanie, ale efektywne technologie wojny
cybernetycznej oraz zwalczania satelitarnych systemów rozpoznania i
naprowadzania celów. Jednocześnie, aby uniemożliwić platformom projekcji
siły bezpieczne operowanie w odległości umożliwiającej atak na Chiny,
opracowano i zakupiono bardzo dużo samonaprowadzających pocisków rakietowych
dalekiego zasięgu. Podejście na bliższą odległość amerykańskim wielkim
okrętom ma uniemożliwić także rozwijana flota myśliwskich okrętów
podwodnych. Do tego obrazu należy dodać technologie rakietowe i torpedowe
rozwijane także przez Iran oraz możliwość rozpowszechnienia u innych,
nieprzychylnych wobec Amerykanów graczy w regionie. Pierwszy, zawoalowany
przejaw rosnącej świadomości realnego stanu rzeczy ukazał się w czteroletnim
przeglądzie obronnym w 2010 roku. Jednak najwięcej rozgłosu zdobyła analiza
chińskich zdolności militarnych dokonana przez kilku czołowych i
prominentnych amerykańskich analityków obronnych z niezależnego Centrum Ocen
Strategicznych i Budżetowych (Center for Strategic and Budgetary Assessment
– CSBA). Ten niezależny think tank mógł w odróżnieniu od czynników
oficjalnych nakreślić bez ogródek obraz sytuacji, a także nazwać po imieniu
potencjalnego przeciwnika. Najbardziej alarmującą konstatacją CSBA jest
ocena, że już dzisiaj stan chińskich zdolności militarnych nakazuje uznać
Tajwan i Koreę Południową za stracone pozycje z punktu widzenia obrony
amerykańskiej strefy wpływów w regionie. Los Japonii i jej utrzymanie po
stronie USA będzie zależało od stopnia amerykańskiej determinacji. W celu
odzyskania możliwości panowania nad Pacyfikiem rekomenduje się wdrożenie
zupełnie nowej doktryny bitwy powietrzno-morskiej i dogłębną modernizację
odpowiednich zdolności. Stratedzy z CSBA zalecają zarówno przedsięwzięcia
mające na celu obniżenie wrażliwości na ewentualny chiński atak poprzez
rozproszenie istniejących baz na Pacyfiku, a także uodpornienie na
zakłócanie i zniszczenie satelitarnych systemów rozpoznania, łączności i
naprowadzania celów. Aby chronić flotę, proponują dalszy rozwój morskich
elementów obrony przeciwrakietowej i umiejętności zwalczania wrogich okrętów
podwodnych. Sugerują także konieczność rozwoju środków umożliwiających
skuteczne rażenie chińskiej infrastruktury militarnej z bezpiecznej
odległości, takich jak zdolności cybernetyczne, projekt nowego bombowca
dalekiego zasięgu czy zwiększenie zdolności do ataku celów na lądzie przez
duże okręty nawodne i podwodne. Pożądaną perspektywiczną zdolnością będzie
synergiczne współdziałanie pomiędzy Siłami Powietrznymi, Marynarką i jej
morsko-lądowym ramieniem – Korpusem Piechoty Morskiej. Jej celem będzie nie
tylko odparcie ataku, ale także jednoczesne przełamanie obrony morskiej i
powietrznej ewentualnego przeciwnika.

Trendy w amerykańskiej armii

Elementy wspomnianej koncepcji były już od kilku lat dyskutowane w
kręgach dowództwa Marynarki. Dlatego nie było zaskoczeniem, że zarysowana
wyżej ocena strategiczna, jak i proponowane recepty znalazły
odzwierciedlenie w Strategicznych Wytycznych, jak i ostatnio przyjętym
projekcie budżetu. Jednym z głównych trendów przyświecających tym dokumentom
jest zwiększenie gotowości do reakcji za cenę zmniejszenia rozrosłych
ostatnio formacji lądowych. W ostatnich latach puchnięcie amerykańskich sił
zbrojnych wymuszone było wymogami kampanii przeciwpartyzanckiej w Iraku i
Afganistanie. Podczas tego typu zadań konieczna jest fizyczna obecność
wojska, której nie zastąpią nawet najbardziej zaawansowane środki
techniczne. Obydwa wydane oficjalnie dokumenty mówią wprost, że nie
przewiduje się jednak w najbliższej przyszłości utrzymania zdolności do
długotrwałej okupacji i działań przeciwpartyzanckich. Innym niezwykle ważnym
wnioskiem wynikającym z tych dokumentów jest odstąpienie od długotrwałego
dogmatu w amerykańskiej polityce obronnej nakazującego utrzymanie gotowości
do prowadzenia i zwyciężenia dwóch dużych wojen jednocześnie. W zamian
zaplanowano utrzymanie zdolności do pokonania jednego dużego przeciwnika i
jednoczesnego (jedynie) zatrzymania agresji innego przeciwnika. Realna
wielkość sił nie spadnie poniżej poziomu z 2001 r., jednak zwiększenie
zagrożenia w rejonie Pacyfiku spowodowało konieczność ich redukcji w
Europie. Receptą na to, oprócz wspomnianej wcześniej zwiększonej gotowości
pozostałych jednostek, ma być pozostawienie szkieletowych kadr na wypadek
powrotu do zwiększonej liczby żołnierzy. Warto też dodać, że amerykańscy
stratedzy, jak widać, wierzą w możliwość całkowicie konwencjonalnej wojny
pomiędzy dwoma nuklearnymi mocarstwami. Zakładają, że racjonalny przeciwnik
nie ucieknie się do tej śmiercionośnej broni, o ile nie zostanie postawiony
pod ścianą, tj. o ile nie będzie zagrożona jego fizyczna egzystencja.

Zwrot w amerykańskiej polityce obronnej zasługuje na pogłębioną analizę.
Była ona przedmiotem bardzo interesującego opracowania Jacka Bartosiaka z
Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej. O aspektach politycznych i
regionalnych chińskich zbrojeń dużo z kolei pisali prof. Marek J.
Chodakiewicz, Radosław Pyffel i Paweł Behrendt. W tym miejscu chciałbym
poczynić kilka oderwanych od specyfiki regionalnej uwag ogólnych, jak i
refleksję o możliwych dla Polski implikacjach. Amerykańska kultura
strategiczna ulega czasami zupełnie skrajnym następującym po sobie trendom.
Amerykanie musieli na swoich błędach uczyć się niełatwej
przeciwpartyzanckiej doktryny w Wietnamie, po czym szybko zapomnieli o
doświadczeniach z lat osiemdziesiątych. Lekcje z przeszłości, w tym
zwłaszcza holistycznego podejścia do okupacji musieli sobie przypominać w
trudnych warunkach Iraku i Afganistanu. W tym samym czasie jednak, gdy
zapanowała moda na COIN (Counterinsurgency – działania przeciwpartyzanckie),
zaniedbano rozwój klasycznych zdolności militarnych. Ostatni trend
przypomina przełom lat 70. i 80. Wówczas po okresie wojny wietnamskiej
Amerykanie i ich sojusznicy zdali sobie sprawę, że nie będą w stanie
powstrzymać hord sowieckich armii pancernych. Aby temu zaradzić, wprowadzono
nowe uzbrojenie oparte na zdobyczach rewolucji informatycznej. Wprowadzono
także nową manewrową doktrynę bitwy powietrzno-lądowej, do której
niewątpliwie nazwą i duchem nawiązuje nowa koncepcja zmierzenia się z
Chinami. Oprócz miłośników prozy Toma Clancy´ego i jego naśladowców ten
zwrot na pewno ucieszy większość kadry amerykańskich sił zbrojnych.
Amerykanie mają bowiem słabość do czynnika technicznego w strategii. Dlatego
też wielu decydentów, jak i oficerów oraz żołnierzy nie czuło się komfortowo
wobec zniuansowanych kulturowo wymogów wojny przeciwpartyzanckiej.

Rodzi się jednak pytanie, czy Amerykanie znów nie zapomną lekcji z Iraku
i Afganistanu, podobnie jak stało się po Wietnamie. Wielu komentatorów
twierdzi również, że zapowiedziana na 2014 r. redukcja sił okupacyjnych i
wycofanie z Afganistanu będą przedwczesne i zniweczą okupione krwią
osiągnięcia. Takie oceny były już wcześniej formułowane wobec wycofania się
z targanego konfliktami religijnymi Iraku. Uzasadniona wydaje się także
wątpliwość, czy nowy trend nie jest w dużym stopniu wynikiem ambicjonalnej
wojny wewnątrz amerykańskiego lobby obronnego. Głównym autorem koncepcji
bitwy powietrzno-morskiej CSBA jest jego dyrektor Andrew Krepinevich. Ten
analityk obronny zasłynął w latach dziewięćdziesiątych ukuciem bardzo
"technologicznej" koncepcji rewolucji w sprawach militarnych. Ta propozycja
doktryny, rozwijana później przez Donalda Rumsfelda jako koncepcja
"transformacji", była podczas minionej dekady krytykowana i odrzucona jako
nieprzystająca do wyzwań wojny z terroryzmem.

Konsekwencje dla Polski

Obserwowany trend w amerykańskiej polityce obronnej niesie ze sobą szereg
różnego rodzaju konsekwencji dla Europy i Polski. Po pierwsze, przeniesienie
ciężaru stacjonowania wojsk w stronę Azji Wschodniej i Pacyfiku oznacza
oczywiście zmniejszenie permanentnej obecności amerykańskiej w Europie.
Stwierdzenie, że Amerykanie odwracają się całkowicie od naszego kontynentu,
byłoby jednak przedwczesne i przesadne. Wycofaniu części jednostek
towarzyszą gesty mające zapewnić, w szczególności państwa wschodniej flanki
NATO, o trwałości sojuszniczych gwarancji. Takim gestem jest np. decyzja o
przedłużeniu na stałe misji ochrony przestrzeni powietrznej państw
bałtyckich. Jesienią tego roku w Poznaniu ma wylądować także pierwsza
rotacja zespołu amerykańskich F-16. Zostanie również ustanowiona na stałe
jej obsługa techniczna. Pozytywnym znakiem jest też podtrzymanie planów
rozmieszczenia w 2018 r. stałych elementów fazy adaptacyjnej tarczy
antyrakietowej w Polsce. Wydaje się jednak, że Pentagon zmienia charakter
swego zaangażowania. Odejście od dogmatu "dwóch wojen" i wycofanie dwóch
brygad niesie ze sobą podważenie realności dotychczasowego amerykańskiego
wkładu w plany obrony terytoriów państw członkowskich NATO. Nawet jeśli
Amerykanie nie zamierzają całkowicie opuścić swoich sojuszników w przypadku
wrogiej agresji, nie będą w stanie wziąć na siebie głównego ciężaru takiej
operacji, zwłaszcza na lądzie. Wydaje się, że pewnym wzorcem podziału
współpracy może być tu operacja w Libii. Stany Zjednoczone konsekwentne
przyjęły jedynie rolę wspierającą, oczekując, że główny ciężar obalenia
reżimu Kaddafiego przyjmą państwa europejskie. Kampania w Libii nie byłaby
jednak możliwa bez amerykańskiego wsparcia rozpoznawczego czy logistycznego.
Dla Polski jest to jeszcze jeden sygnał, aby ciężar modernizacji Sił
Zbrojnych zamiast na rozwoju sił ekspedycyjnych oprzeć na odtworzeniu
własnych zdolności do obrony terytorium kraju. Taka decyzja powinna być
uszanowana przez innych członków NATO, zwłaszcza przez Stany Zjednoczone,
jako budująca bezpieczeństwo jego wschodniej flanki w obliczu absencji
części amerykańskich jednostek. W tym kontekście konieczna jest zwłaszcza
rewizja pospiesznej i nieprzygotowanej profesjonalizacji Sił Zbrojnych. Na
ministrze obrony narodowej Tomaszu Siemoniaku ciąży odpowiedzialność
odtworzenia systemu uzupełniania rezerw osobowych, uszczuplonych pochopnymi
decyzjami jego poprzednika.

Są jednak i pozytywne strony nowej amerykańskiej strategii. Przede
wszystkim zwiększy ona nadwerężone przez dekadę działań przeciwpartyzanckich
i parapolicyjnych konwencjonalne możliwości pokonania dużego, zaawansowanego
technologicznie przeciwnika. To z kolei, w przypadku agresji na Polskę ze
wschodu, zwiększy wachlarz opcji amerykańskiej pomocy i zmniejszy ryzyko
wojny nuklearnej. Jest to poza tym także memento dla polskich decydentów, że
wojsko należy przygotowywać przede wszystkim do "dużej" wojny, a dopiero w
drugiej kolejności do "małych" ekspedycyjnych "wojenek". Pozytywnym znakiem
jest też zwiększenie gotowości do szybkiej reakcji pozostałych amerykańskich
oddziałów, a zwłaszcza uwolnienie od działań okupacyjnych wybitnie
ofensywnej formacji, jaką jest Korpus Piechoty Morskiej. Kolejna lekcja dla
polskich decydentów płynie jednak od strategów z Chin. Okazuje się, że mając
nawet kilkakrotnie mniejszy budżet, można skutecznie zagrozić silniejszemu
przeciwnikowi. Nie należy jednak mierzyć się z nim na jego warunkach, lecz
skoncentrować się na wykorzystaniu własnych atutów – choćby wynikających z
oparcia swojej obrony o własne terytorium. Przykładem może być wybór
kierunku rozwoju Marynarki Wojennej. Jeśli uznamy, że jej priorytetowym
zadaniem powinna być ochrona naszego Wybrzeża i tras przybrzeżnych, okaże
się, że poza okrętami podwodnymi duże wielozadaniowe okręty mogą być nam
niepotrzebne. To zadanie efektywniej mogą wykonać znacznie przydatniejsze,
wielozadaniowe lotnictwo i tańsze nadbrzeżne wyrzutnie rakietowe.

Obrona naszego kraju jest przede wszystkim naszym obowiązkiem. Jeśli
będziemy o tym pamiętać, nie powinniśmy popadać w panikę w związku z
wycofaniem części amerykańskich wojsk z Europy. Istnieje ryzyko, że ciągłe
poleganie na obcej pomocy skończy się kiedyś tragicznie. Ta pomoc może się
wciąż zjawić w ograniczonym wymiarze, nawet w przypadku przyjęcia obecnego
projektu budżetu. Jeżeli nie uzyska on, jako element całości planowanych
przez Baracka Obamę wydatków państwa, poparcia większości w Kongresie,
oznaczać to jednak będzie nierealność nawet i takiego wsparcia. Konsekwencją
będzie konieczność zaplanowania znacznie dalej idących oszczędności, które
dopiero spowodują realną nieobecność Stanów Zjednoczonych w wielu punktach
globalnej areny, w tym w Europie.

 

Autor jest doradcą ds. bezpieczeństwa i obronności Grupy Politycznej EKR
w Parlamencie Europejskim. W latach 2005-2006 był doradcą ministra
koordynatora ds. Służb Specjalnych Zbigniewa Wassermanna oraz członkiem
Komisji Weryfikacyjnej WSI. W latach 2006-2007 pełnił funkcję dyrektora
Sekretariatu Wiceprezesa Rady Ministrów Przemysława Gosiewskiego.

Tomasz Szatkowski

drukuj