Konserwatysta z szajbą

Donald Tusk, nominując Jarosława Gowina na ministra sprawiedliwości,
powiedział, że ma on "pozytywną szajbę, jeśli chodzi o deregulację". Jednak ta
przysłowiowa "szajba" przekłada się na inne sfery jego aktywności – ocenę
działalności Kościoła katolickiego i Radia Maryja, lustrację, eutanazję,
procedurę in vitro, a ostatnio także badanie katastrofy smoleńskiej.

W minionych tygodniach media przedstawiały go jako obrońcę tradycyjnej
rodziny, moralności, wartości. Faktem jest, że min. Gowin sprzeciwiał się
ratyfikacji Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania tzw. przemocy wobec
kobiet. Jednak w przeszłości w kluczowych głosowaniach unikał zajęcia
jednoznacznej postawy. W czerwcu 2011 r. podczas głosowania nad poprawką do
ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, która uniemożliwiała
homoseksualistom prowadzenie rodzinnych domów dziecka i rodzin zastępczych,
poseł Gowin wstrzymał się od głosu.

Umizgi do "Wyborczej"
 

owin ukończył Uniwersytet Jagielloński. W latach 80. był stypendystą
Cambridge, tam poznał prof. Zbigniewa Pełczyńskiego: "Ten wybitny profesor,
autor wielu książek, znalazł czas na to, aby sprawdzić, jak mi się mieszka, co
czytam, porozmawiać o Polsce". W 1988 r. prof. Pełczyński zakładał w Polsce
Fundację im. Stefana Batorego, wszedł w skład jej rady.

Po studiach Gowin był m.in. redaktorem naczelnym miesięcznika "Znak", blisko
współpracował z ks. prof. Józefem Tischnerem. Zajmował się sytuacją Kościoła
katolickiego w Polsce, ale nie unikał także afiliacji partyjnych. W 1990 r.,
podczas pierwszych wyborów prezydenckich, został członkiem komitetu wyborczego
Tadeusza Mazowieckiego. Przez kilka lat był zdeklarowanym zwolennikiem Unii
Demokratycznej, potem Unii Wolności, ze swoimi poglądami sytuował się na prawym
skrzydle tych formacji. Stanowił ich zaplecze intelektualne, aktywnie
uczestniczył w publicznych dyskusjach na temat kształtu partii. Publikował w
"Gazecie Wyborczej" artykuły, także polemiczne z jej linią. Niewiele osób z
prawicy miało taką możliwość. W polemice z Adamem Michnikiem zatytułowanej
"Gazeta a Kościół" nie szczędził pochwał. Twierdził, że jej zasługą jest
poświęcanie sprawom Kościoła dużej uwagi, czego dowodem była publikacja
"najważniejszych analiz problemów powstających na styku państwa i Kościoła".

Na koniec wyraził dość ciekawy pogląd: "Doceniam jej zasługi dla poszerzania
wolności słowa i pluralizmu. Jestem przekonany, że bez pisma kierowanego przez
Adama Michnika byłoby mi jeszcze trudniej oddychać atmosferą dzisiejszej Polski.
Nie znaczy to jednak, że mam zamykać oczy na negatywne strony oddziaływania
"Gazety" na sprawy polskie. Nie mam też zamiaru ukrywać zasadniczego sporu
ideowego dzielącego mnie od Adama Michnika – znacznie bardziej zresztą w
sprawach politycznych niż kościelnych" ("GW", 17.07.1996 r.).

To ostatnie zdanie jest szczególnie interesujące. Co to znaczy, że bardziej
różni ich polityka niż Kościół? Wynika z tego bowiem, że zasadniczą linią sporu
jest polityka, a nie tzw. sprawy kościelne. Jest to opinia o tyle zaskakująca,
że Gowin podkreślał swoją odrębność ideową, zwłaszcza w tych sprawach, od "GW".
Podkreślanie przez Gowina "zasług" "szacunku", pozytywnych cech "GW" i liderów
lewicy laickiej bardzo mocno kontrastuje z jego krytyczną oceną przedstawicieli
tzw. katolicyzmu ludowego. Pomimo różnic z grupą Michnika próbował znaleźć to,
co ich łączy, poszukiwał wspólnego mianownika do zawarcia porozumienia.
Natomiast w przypadku tradycyjnych katolików wskazywał głównie błędy i
zagrożenia wynikające z ich działalności.

Wybiórcza lustracja

Przez szereg lat Gowinowi nie przeszkadzała lustracyjna fobia Unii Wolności.
Sam zresztą przekonywał w czerwcu 1992 r. w "Tygodniku Powszechnym", że upadek
rządu Jana Olszewskiego wynikał ze spraw fundamentalnych: "Przyszli historycy
idei politycznych będą wdzięczni min. Macierewiczowi, że w nieomal
laboratoryjnie czystej postaci zademonstrował, do czego prowadzi absolutyzm
moralny w polityce – nawet jeśli patronują mu wartości chrześcijańskie".

Gowin w latach 90., w okresie największej kampanii oszczerstw, krytyki,
ataków na zwolenników lustracji i dekomunizacji, unikał poruszania tych tematów.
Publikował na łamach "GW" dywagacje na temat zagrożenia demokracji ze strony
tzw. Kościoła zamkniętego. Popierał partie blokujące przeprowadzenie lustracji.
Nie stanął również w obronie polityków, dziennikarzy, osób domagających się
przeprowadzenia lustracji, a sekowanych na łamach gazety Michnika – trudno
wskazać takie wystąpienie. Co więcej, zwolenników przeprowadzenia lustracji i
dekomunizacji sabotował pod pretekstem konieczności odnowienia katolicyzmu.

Biadolenie nad Kościołem

Dla Gowina głównym problemem był rzekomy kryzys w Kościele. Reprezentował
typowy dla tego środowiska pogląd, twierdząc, że jest kryzys w katolicyzmie,
spowodowany np. nadmierną obecnością Kościoła w życiu publicznym, zaangażowaniem
w politykę, odrodzeniem ruchów integrystycznych, powrotem ideologii
katolicko-narodowej i zamykaniem się w wymiarze etnicznym.

Gowin przestrzegał przed aktywnym zaangażowaniem się Kościoła w politykę.
Postulat wycofania Kościoła z tej sfery życia był jedną z jego głównych tez. W
styczniu 1995 r. pisał w "TP": "W gruncie rzeczy chodzi o rozgraniczenie dwóch
sfer: życia publicznego i życia państwowego". Przeciwstawił "ludzi Kościoła"
"ludziom demokracji", a jednocześnie bagatelizował postulaty katolickie i
zrównywał je z doraźnymi hasłami środowisk lewackich. Taką wymowę ma książka
"Kościół po komunizmie" z 1995 r., w której ludzi Kościoła oskarżył o "brak
zrozumienia, czym jest demokracja, jakie są granice państwa" (s. 42). W innym
miejscu pisał: "Moja ocena dotychczasowej działalności i roli Kościoła w
postkomunistycznej Polsce pozostaje krytyczna. (…) otwarta krytyka Kościoła
jest rzeczą potrzebną" (s. 13). Jednak Gowin dokonał tej krytyki z pozycji nawet
nie tzw. katolika posoborowego, lecz wierzącego liberała. W tym celu uciekł się
do zabiegu pozycjonowania opisywanych środowisk, zróżnicował mianowicie Kościół,
zgodnie z teorią propagowaną m.in. przez Karla Poppera, na tzw. Kościół otwarty
i zamknięty. Wyróżnił w nim kilka nurtów, m.in. tradycjonalistyczny,
integrystyczny, nowoczesny, soborowy. Nie krył sympatii do dwu ostatnich
środowisk. Reprezentantem "Kościoła otwartego" był np. "Tygodnik Powszechny" i
ks. Józef Tischner. Gowin powtarzał za nim, że słabości Kościoła ujawniły się w
konfrontacji z wolnością. Według tej koncepcji, Kościół miał bać się wolności i
zwierać szeregi do ciągłej walki.

Oskarżenia o sekciarstwo i schizmę

Jednocześnie Gowin atakował Radio Maryja, przypisując rozgłośni nieprawdziwe
poglądy, tendencje rozłamowe, wydumane zamiary: "Strategię wyodrębnienia
niewielkiej grupy "czystych" katolików i oddzielenia ich od masy "potępionych"
najbardziej konsekwentnie reprezentuje Radio Maryja. Podkreślmy raz jeszcze, że
zwycięstwo tej tendencji osłabiłoby siłę ewangelicznego promieniowania Kościoła,
upodobniając go do sekty" (s. 289).

Swoje opinie jeszcze bardziej zradykalizował w kolejnej książce "Kościół w
czasach wolności 1989-1999", imputując tzw. katolikom zamkniętym zerwanie z
nauką Kościoła. Również wobec Radia Maryja zastosował zabieg pozycjonowania,
korzystnego do polemiki, nieprawdziwie sytuując rozgłośnię na biegunie
ekstremizmu: "Rozgłośnia reklamująca się jako "katolicki głos w polskim domu"
jest rzecznikiem skrajnych poglądów i postaw politycznych, wyrażanych często w
formie nie dającej się pogodzić z duchem chrześcijaństwa" (s. 375). Gowina
niepokoił również fakt, że Radio Maryja bardziej "wyraża tradycyjny katolicyzm
ludowy, niż go formuje", czego przejawem miał być rzekomy syndrom tzw. oblężonej
twierdzy. Powtarzał za krytykami rozgłośni, że "przedsoborowy charakter z silnym
upolitycznieniem upodobnia linię programową środowisk skupionych wokół rozgłośni
do schizmatyckiego ruchu arcybiskupa Lefebre´a" (s. 384). Co więcej, Gowin
sugerował, a był to rok 1999, że po śmierci Jana Pawła II może dojść na tym tle
do rozłamu w Kościele, spowodowanego przez "część słuchaczy oraz niektórych
kaznodziejów" (s. 385-389). Upływ czasu na tyle zweryfikował zasadność tych
opinii, że nie trzeba wykazywać ich absurdalności. Warto jedynie pamiętać te
owoce intelektualnych rozmyślań obecnego ministra sprawiedliwości, zwłaszcza że
i w kolejnych latach bardzo negatywnie oceniał Radio Maryja.

"Słowa szkalujące" w stylu Niesiołowskiego

W czasie urzędowania premiera Kazimierza Marcinkiewicza zaapelował, aby
Kościół zakończył "sprawę Radia Maryja właśnie teraz, gdy ma ono największe
poparcie w rządzie". Twierdził, że działalność Radia jest sprzeczna "z
nauczaniem społecznym Kościoła. Myślę, że to ostentacyjne upolitycznienie
wizerunku Kościoła na skutek jawnego popierania przez Radio Maryja jednej partii
wyczerpało cierpliwość Watykanu i biskupów. Nowy papież jest zdecydowany
przeciąć tę sprawę".

Natomiast rok temu po wypowiedzi ojca Tadeusza Rydzyka w Brukseli Gowin
grzmiał: "Po Watykanie oczekuję uruchomienia niejawnych procedur w sprawie
wypowiedzi o. Tadeusza Rydzyka. Ale nie spodziewam się, żeby przyniosły efekt
wyciszenia się Radia Maryja". Poparł bezprecedensową interwencję Radosława
Sikorskiego w Watykanie. Twierdził, że to, co powiedział o. Rydzyk, to "słowa
szkalujące Polskę". W innym wywiadzie uznał wypowiedź twórcy Radia "za szkodliwe
brednie, a sam ksiądz Rydzyk jest dla mnie uosobieniem tej postawy, której w
Kościele nie akceptuję". Wzorem poprzednich lat próbował różnicować Kościół:
"Trzeba oddzielać poszczególnych księży od całej wspólnoty. Ojca Rydzyka i Radio
Maryja oceniam bardzo krytycznie, natomiast Kościół darzę szacunkiem i uważam,
że jego rola w polskim życiu publicznym jest bardzo pozytywna".

Wsparcie od Palikota

W latach 90. Gowin zaangażował się w stworzenie Wyższej Szkoły Europejskiej
im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. Przez wiele lat sprawował funkcję rektora.
Jednym ze strategicznym partnerów uczelni jest niemiecka Fundacja Adenauera.
Fundacja Adenauera i WSE im. ks. Tischnera organizowały również Akademię Służby
Publicznej. Akademia gościła m.in. ministra Jerzego Millera, ministra kultury
Bogdana Zdrojewskiego, założycielkę Polskiej Akcji Humanitarnej Janinę Ochojską
oraz europosła PO Jana Olbrychta.
Szkoła Gowina realizowała również konferencję "Przyszłość Europejskiego
Bezpieczeństwa Energetycznego". Wsparły ją finansowo Ministerstwo Gospodarki,
PKN Orlen oraz Fundacja Adenauera. W radzie mecenasów szkoły obecnego ministra
sprawiedliwości zasiadali m.in. przedstawiciel fundacji J&S Pro Bono Poloniae
(koncernu energetycznego J&S) oraz Janusz Palikot, wtedy biznesmen, a potem
"konserwatywny" polityk PO.

In vitro? Przeciw, a nawet za

Jarosław Gowin do polityki wszedł po "aferze Rywina", w 2005 r. został
senatorem z listy PO. Przedstawiał się jako sympatyk wartości konserwatywnych. W
wyborach w 2007 r. uzyskał mandat posła, wiosną 2008 r. został przewodniczącym
rządowej Rady ds. Bioetyki. Początkowo poseł Gowin zapowiadał, że Rada nie
będzie pracowała nad projektem ustawy o zapłodnieniu pozaustrojowym in vitro.
Priorytetem miało być przygotowanie do ratyfikacji przez Polskę międzynarodowej
konwencji bioetycznej.

Najpierw twierdził również, że metoda in vitro powinna być dostępna tylko dla
małżeństw, jednak wkrótce oświadczył: "Z moralnego punktu widzenia nie widzę
problemu, żeby do in vitro miały dostęp wszystkie pary". Po kilku miesiącach
poinformował także, że wkrótce będą gotowe regulacje prawne niezbędne do
ratyfikowania tej konwencji, ale także projekt ustawy o zapłodnieniu in vitro.
Zespół Gowina nie podjął nawet próby całkowitej delegalizacji sztucznego
zapłodnienia, do czego zobowiązani są politycy deklarujący swój katolicyzm. W
tym samym czasie biskupi podczas obrad 346. Zebrania Plenarnego Episkopatu
potwierdzili, że nauczanie Kościoła w tym względzie się nie zmieniło.
Przypomnieli, że zapłodnienie in vitro jako metoda godząca w godność człowieka
jest niedopuszczalne z punktu widzenia prawa naturalnego. Przewodniczący Zespołu
Episkopatu ds. Bioetyki ks. abp Henryk Hoser stwierdził nawet, że schizofrenią
"jest postawa osoby, która uważa siebie za katolika, a jednocześnie popiera
działania godzące w życie i godność człowieka". W czasie prac rządowej Rady ds.
Bioetyki watykańska Kongregacja Nauki Wiary wydała instrukcję "Dignitas personae",
która sprzeciwia się i potępia in vitro. Jednak Gowin skomentował instrukcję
dość osobliwie: "To pałka, którą środowiska Radia Maryja będą mnie bić po
głowie". Pomimo jasnych wskazań Kościoła poseł Gowin kontynuował prace nad
ustawą. Pod tym względem charakterystyczna była jego wypowiedź podczas debaty
"Bioetyka – kluczowy problem XXI stulecia?": "Nie obchodzi mnie, czy ustawa
dotycząca in vitro jest zgodna z nauczaniem Kościoła. Chcę uratować jak
najwięcej istnień ludzkich, z tego będę rozliczany. (…) Ustawa ta nie powinna
wyrastać z nauczania Kościoła". Ze stanowiskiem posła Gowina polemizował prof.
Bogdan Chazan, który stwierdził, że "ustawa ta zakłada w sposób naiwny, że
nastąpi jakiś ład moralny". Poseł Gowin nie poparł również obywatelskiego
projektu nowelizacji kodeksu karnego zakładającego całkowity zakaz procedury
zapłodnienia in vitro, wstrzymał się od głosu. Również podczas innych głosowań
zajmował stanowisko, które musi rozczarowywać środowiska prawicowe,
konserwatywne, katolickie.

Poseł Gowin był inicjatorem jeszcze jednego kontrowersyjnego projektu –
"testamentu życia", który w istocie był otwarciem furtki do legalizacji
eutanazji.

"Sądów ruina to wina Gowina"

W PO przez lata był "wolnym strzelcem", swoją partyjną pozycję budował
powoli. W czasie tzw. prawyborów prezydenckich opowiedział się za Radosławem
Sikorskim.
Po wyborach w 2011 r. został ministrem sprawiedliwości. Premier Tusk,
przedstawiając jego osobę, stwierdził, że Gowin ma "gigantyczny zapał": "Taką
determinację, pozytywną szajbę, jeśli chodzi o deregulację". Determinację
ujawnił także w planach likwidacji sądów. Ujawnienie tego projektu wywołało falę
protestów pracowników sądowych, samorządowców, członków Stowarzyszenia Sędziów
Polskich "Iustitia", a także działaczy PSL. Pod resort sprawiedliwości zawitali
protestujący z transparentami: "Sądów ruina to wina Gowina".

Po Smoleńsku "wojna domowa"

Również postępowanie Jarosława Gowina w sprawie katastrofy w Smoleńsku było
ściśle skorelowane z linią propagandową PO – sprowadzanie do absurdu ocen o złym
przygotowaniu wizyty, oskarżanie osób domagających się wyjaśnienia katastrofy o
awanturnictwo, zepchnięcie problemu uczczenia ofiar do sfery prywatnej itd.

Kiedy Jarosław Kaczyński we wrześniu 2010 r. skrytykował rząd Tuska za
organizację wizyty, Gowin oświadczył w TVN: "Słowa Jarosława Kaczyńskiego
otwierają zimną wojnę domową. To psucie demokracji i jakości życia publicznego".
Słowa o wojnie domowej były wytrychem Gowina na kłopotliwe pytania o serwilizm
rządu PO wobec Rosji i o odpowiedzialność za katastrofę. W 2011 r. odrzucał
pomysł budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego. Gowin zdystansował się również od słów
sekretarza Episkopatu ks. abp. Józefa Michalika, który w tygodniku "Uważam Rze"
powiedział: "Nie doszłoby pewnie do tej tragedii, gdyby nie ta wielka
konkurencja polityczna wcześniej". Komentując ten wywiad, Gowin mówił: "Nie
rozumiem tych słów. (…) Myślę, że ksiądz arcybiskup chce zwrócić nam wszystkim
uwagę na to, żeby w sprawach podstawowych z punktu widzenia racji stanu, z
punktu widzenia interesu państwa, starać się zachowywać jedność. Ale takie
wezwania w kontekście tego, co dzieje się wokół katastrofy smoleńskiej, w
kontekście tej całej, ogromnej akcji politycznej ze strony PiS, takie wezwania
łatwo mogą być odebrane jako zajęcie stanowiska po jednej ze stron sporu".
Szkoda, że poseł Gowin tak jednoznacznie nie oceniał organizacji wizyty śp.
prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu.

A "państwo zdało egzamin"…

Równie bulwersujące są słowa, które wypowiedział już jako minister
sprawiedliwości po publikacji stenogramów wykluczających obecność śp. generała
Andrzeja Błasika w kokpicie tupolewa. Ograniczył się do stwierdzenia: "Wydaje mi
się, że polskie państwo zdaje egzamin w tej sprawie".
Charakterystyczne jest, że sprawując od listopada 2011 r. urząd ministra
sprawiedliwości, nie zwrócił się do Rosji o zwrot wraku tupolewa i innych
dowodów. Tymczasem jako szef resortu sprawiedliwości odpowiada za zakres
działania tego działu administracji rządu. Minister Gowin ograniczał się do
deklaracji, ocen, komentarzy. Mimo to minister sprawiedliwości do tej pory nie
podjął w tej sprawie merytorycznych inicjatyw.

Piotr Bączek publicysta


Autor był członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb
Informacyjnych. Do grudnia 2007 r. pełnił funkcję szefa Zarządu Studiów i Analiz
Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Po objęciu urzędu prezydenta RP przez Bronisława
Komorowskiego usunięty z Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

drukuj