Marsz w ważnej sprawie
W piękną, pogodną sobotę, 21 kwietnia 2012 roku, spotkały się na placu
Trzech Krzyży dziesiątki tysięcy Polaków z Warszawy, jej okolic i z całej
Polski. Wszyscy z zamiarem przekazania Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji,
ale przecież nie tylko jej, ważnego komunikatu: uważamy decyzję o nieprzyznaniu
Telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie za polityczny akt dyskryminacji
tej części Polaków, którzy chcą i mają prawo do telewizji o jednoznacznie
katolickim obliczu. Oficjalne uzasadnienie tej decyzji, w świetle posiadanych
informacji, uważamy za całkowicie niewiarygodne.
Ten komunikat miał charakter obywatelski, ale przecież także polityczny, bo
czymże innym jest protest obywateli przeciwko decyzji ważnej instytucji
powoływanej przez polityków rządzącej partii. Co więcej, protestowano przeciwko
decyzji, od której zależy to, kto będzie, a kto nie będzie powszechnie i
bezpłatnie dostępny w mediach elektronicznych po przejściu z techniki analogowej
na cyfrową. Decyzja KRRiT pozbawiła Telewizję Trwam i jej dziennikarzy oraz
komentatorów możliwości równoprawnej z innymi obecności w przestrzeni
komunikacji społecznej. A mówimy o Telewizji otwarcie i jednoznacznie
katolickiej, nadającej programy misyjne i ewangelizacyjne, której publicystyka i
programy informacyjne odbiegają nieco treścią od przekazu pozostałych telewizji,
zarówno "naszej, publicznej", jak i wszystkich komercyjnych. Innymi słowy,
dziesiątki tysięcy obywateli spotkało się w Warszawie z dwu powodów: po
pierwsze, dlatego że katolicy okazali się grupą dyskryminowaną i traktowaną
nierównoprawnie z innymi, a po drugie, dlatego że ograniczono tą decyzją
obecność na multipleksie cyfrowym Telewizji, która ocenia rządzącą koalicję
wedle wartości i zasad, a nie wedle tego, co ona sama o swoich sukcesach mówi.
O prawa katolików
Sobotnie spotkanie i marsz pod kancelarię premiera i Belweder miały charakter
religijny, obywatelski i polityczny zarazem. I to nie dlatego, że Jarosław
Kaczyński wygłosił przemówienie, a Zbigniew Ziobro na nie odpowiedział. Tak to
bowiem jest w dzisiejszym demokratycznym świecie, że jeśli obywatele mają powody
do niezadowolenia z pracy rządu i instytucji powoływanych przez polityków
rządzącej koalicji, to kierują swoje oczekiwania do opozycji parlamentarnej,
licząc, że pomoże im ona załatwić ich problemy na poziomie politycznych
negocjacji. Dodajmy, że w normalnych demokracjach możliwości opozycji
parlamentarnej są dość poważne i nie zdarza się, by traktowano posłów tejże
opozycji jak stado komarów, które trzeba przepędzać, tępić i odganiać słowem
oraz czynem.
Dlatego partie polityczne, które chcą skutecznie reprezentować
niezadowolonych wyborców, muszą słuchać ich głosu, rozważać ich postulaty i
przyjmować je jako własne, by przynajmniej próbować skłonić rządzących do ich
rozważenia. Dlatego muszą posiadać polityczną zdolność wywierania wpływu na
rządzących. Jak ją zyskać? W tej sprawie Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro
różnili się 21 kwietnia dość zasadniczo, ale doświadczenie wielu Polaków,
począwszy od 1991 roku, pokazuje, że więcej racji miewał zwykle ten, kto mówił o
silnej opozycji prawicowej, niż ten, kto nawoływał do prawicowego pluralizmu.
Ale niezależnie od tych szczegółów marsz dziesiątek tysięcy obywateli walczących
o prawa katolików (dodam, że rzecz dzieje się w Europie, w Polsce i w Warszawie,
a nie w Tunezji, Egipcie czy Arabii Saudyjskiej) zaczął się Mszą Świętą,
odprawioną w skupieniu i bez pośpiechu, w trakcie której ks. bp Antoni Dydycz
wygłosił homilię, jakiej polscy katolicy dawno nie słyszeli: "Warto, by słowa…
"Nie bójcie się" przyswoili sobie wszyscy dziennikarze. Oby nie lekceważyli ich
ci, którzy mają władzę. A my modlimy się o to, by Telewizja Trwam (…) znalazła
się na multipleksie. Tym samym intencjom poświęcimy braterską manifestację. A
jest nas wielu… W katolickiej terminologii prawda czuje się jak u siebie w
domu. Niestety, nie da się tego powiedzieć o większości mediów w Polsce. (…)
To jest wyraz dojrzałości tych wszystkich, którzy wychodzą na ulice, którzy
piszą protesty, którzy dają świadectwo zrozumienia roli współczesnych środków
komunikacji społecznej. Nie można pozwolić, by kształtowały wyłącznie postawy
egoistyczne, konsumpcyjne, hedonistyczne, czyli w rzeczy samej – aspołeczne.
(…) Polska czeka na odrodzenie".
Obywatelski protest
Po zakończeniu Mszy Świętej odczytano zdecydowane stanowisko Rady Stałej
Konferencji Episkopatu Polski, wspierającej starania Telewizji Trwam o miejsce
na multipleksie. Ze specjalnym przesłaniem do uczestników marszu zwrócił się
przebywający w Chicago o. dr Tadeusz Rydzyk. A potem dziesiątki tysięcy ludzi
ruszyło w stronę Belwederu, śpiewając i modląc się, spokojnie, godnie, bez
obraźliwych okrzyków i agresywnych żądań. Byli wszyscy – młodzi i mniej młodzi,
ubrani bardziej moherowo lub bardziej sportowo, tradycyjnie i awangardowo.
Pogodni, ale zdecydowani obywatele domagali się swoich praw. Nie tylko dla
siebie, dla katolików. Bowiem ograniczenie udziału w debacie publicznej
obywatelom, którzy głoszą poglądy niekoniecznie zgodne z poglądami większości
mediów czy z poglądami zwolenników rządzącej partii, ale które całkowicie
mieszczą się w zestawie wartości zapisanych w Konstytucji RP, oznacza
ograniczanie praw wszystkich obywateli. Stronnicza debata, jednostronne
dyskusje, milczenie niedopuszczanych do głosu w publicznych mediach szkodzi
wszystkim. Bo uboga, jałowa i mało twórcza jest dyskusja, w której wszyscy mówią
dokładnie to samo i wyłącznie po linii zwycięskiej partii.
Ten problem nie może pozostać nierozwiązany. Przewodniczący KRRiT Jan Dworak
nie może wciąż tak samo, z miną pełną protekcjonalnej wyższości kiwać głową nad
"nierozumną argumentacją nierozumnych ludzi", którzy ośmielają się mówić, że
decyzja Rady podjęta została z pozamerytorycznych powodów i niezgodnie z
merytorycznymi, identycznymi dla wszystkich kryteriami. Ten marsz nie może trwać
wiecznie, ale też nie może zakończyć się bez rezultatu. Wiem, że rządzącym
trudno uwierzyć, iż powinni liczyć się z opiniami swoich obywateli.
Dotychczasowe doświadczenia nauczyły ich, że mogą wszystko i mimo to nie tracą
władzy. Więc może przypomnę jeszcze raz, że to wszystko nie dzieje się ani w
Tunezji, ani w Arabii Saudyjskiej, ale w Polsce, w której plany usuwania krzyża
z przestrzeni publicznej odrzuca większość, bo 57 proc., a w 2012 roku – 58
proc. badanych Polaków (CBOS), uznając, że polskie społeczeństwo ma prawo do
obecności krzyża w miejscach publicznych. Także większość (58 proc.) uważała w
styczniu 2012 roku, że Dziesięcioro Przykazań powinno stanowić nie tylko
podstawę moralności ludzkiej, ale i obowiązującego prawa. Wciąż większość (66
proc. w 2011 i 72 proc. w 2012 roku) zalicza siebie do ludzi, którzy kierują się
w życiu wskazaniami Jana Pawła II, a dla ponad 90 proc. Papież Polak jest wciąż
ważnym autorytetem moralnym. Wiem, że liczne sondaże, nerwowo przeglądane przez
"postępowych" socjologów, dostarczają im ostatnio symptomów niewielkiego spadku
praktyk religijnych (5 proc.). Jednak co niedzielę uczestniczy we Mszach
Świętych prawie połowa (47 proc.) Polaków, a 46 proc. deklaruje "wiarę zgodnie
ze wskazówkami Kościoła". Dla jednych to za mało, dla innych za dużo. Moim
zdaniem, wystarczająco, by w kraju, w którym 85 proc. badanych przez CBOS
Polaków deklaruje, że "jest osobą wierzącą", a dalsze 9 proc. – że jest "osobą
głęboko wierzącą", katolicka Telewizja miała prawo do miejsca na multipleksie
cyfrowym. Bez konieczności dalszego maszerowania ulicami polskich miast tysięcy
zdeterminowanych obywateli.
Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska
socjolog
