Cytostatyki w Prokuraturze
Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła postępowanie w sprawie
skandalu z brakiem leków cytostatycznych stosowanych w chemioterapii.
Prokuratorzy zbadają, kto odpowiada za dramat chorych na raka i czy w związku z
tym doszło do niedopełnienia obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy
publicznych.
Dariusz Ślepokura, rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej, podkreśla, że
postępowanie zostało wszczęte z urzędu. W ramach postępowania sprawdzającego
śledczy chcą zbadać, jak wyglądają procedury związane z zakupem, i ustalić, kto
jest odpowiedzialny za ograniczenia chorych w dostępie do niezbędnych leków.
Chcą również zbadać, czy osoby odpowiedzialne za dostawy lekarstw do hurtowni, a
także za ich dystrybucję do szpitali nie zaniedbały swoich obowiązków.
Prokuraturę, która ma 30 dni na ustalenie, kto złamał prawo, interesuje też,
gdzie mogło dojść do nieprawidłowości. Efektem może być postawienie zarzutów i
wszczęcie śledztwa. Zawiniło Ministerstwo Zdrowia, NFZ czy może szpitale? – ta
kwestia pozostaje otwarta. Przedmiotem badania śledczych będzie także to, czy na
wypadek braku leków cytostatycznych istniał plan B, o którym dzisiaj mówią
urzędnicy resortu zdrowia, czy też został on wymyślony na potrzeby propagandowe
już w sytuacji, kiedy leków zabrakło.
Wczoraj prokuratorzy badali procedury dotyczące sprowadzania leków,
zabezpieczyli też dokumenty. Przez ostatnie dni tylko nieliczne szpitale miały
zapas cytostatyków, a to ostatecznie wiązało się z ograniczeniem leczenia wielu
chorych na raka. Pacjenci, którzy zgłaszali się na chemioterapię, byli odsyłani
z kwitkiem. Dla wielu zaprzestanie terapii może oznaczać śmierć.
Bo Austriacy zawiedli
Ministerstwo Zdrowia informowało, że braki związane są z problemami
austriackiej firmy – jednego z ważniejszych producentów leków w onkologii. W
specjalnym oświadczeniu firma poinformowała, że to zamieszanie spowodował
istotny wzrost globalnego popytu na leki onkologiczne, a także ograniczenia
produkcyjne. Choć o kłopotach producenta resort zdrowia wiedział od października
2011 r., to – jak pokazuje życie – nie zrobił nic, by zabezpieczyć niezbędną
ilość medykamentów. Teraz doszło do tego, że do Polski leki trzeba było
sprowadzać w ramach importu docelowego, który nie dość, że jest wielokrotnie
droższy niż kupowanie leków w ramach przetargu, to dodatkowo wiąże się z
oczekiwaniem, a na to chorzy nie mają czasu.
Zdezorientowane szpitale nie są wcale pewne, czy NFZ, który zwraca pieniądze
jedynie za lek zakontraktowany, pokryje koszty w ramach importu docelowego.
Tymczasem zrozpaczeni chorzy, którym państwo nie zagwarantowało leczenia,
czekają i zgłaszają się ze skargami m.in. do Rzecznika Praw Pacjenta na brak
leków w szpitalach. Stąd informacje trafiają do Ministerstwa Zdrowia. Zgłoszenia
dotyczyły m.in. Warszawy, Gdańska, Rzeszowa oraz Dąbrowy Górniczej,
Bielska-Białej, Szczecina, Lublina i Wrocławia. Na przykład w Rzeszowie nie
można było rozpocząć leczenia, bo zabrakło cytostatyków stosowanych m.in. w
leczeniu raka piersi, raka płuc czy chłoniaka. Sprawa dotyczyła około 50
pacjentów. Co więcej, brak podstawowych leków onkologicznych jest nagminny,
dlatego nie można ich było pożyczać w innych ośrodkach. Alarmująca sytuacja jest
w całej Polsce, a tylko nieliczne placówki mają jeszcze leki. Tymczasem liczy
się każdy dzień, bo cytostatyki mają to do siebie, że leczenie nie może być
przerywane. Natomiast wszelkie zaburzenia cyklu obniżają skuteczność terapii.
Jak to możliwe, że w Polsce, kiedy pacjent zostaje prawidłowo zdiagnozowany,
kiedy wiadomo, jak go leczyć – okazuje się, że nie ma czym go leczyć, a każdy
kolejny dzień zwłoki to igranie ze śmiercią. Wczoraj resort zdrowia
poinformował, że do hurtowni w Polsce trafił z Austrii pierwszy transport
brakujących środków. Powinny one wystarczyć na miesiąc. Pytanie tylko, co dalej.
Mariusz Kamieniecki
