Mój Syn miał na imię Arkadiusz

Jak Pan odebrał doniesienia "Rzeczpospolitej", która od soboty
faszeruje opinię publiczną informacjami o lustracji pilotów, w tym Pana Syna?

– Zaskoczyły mnie bardzo i zdenerwowały te rewelacje, bo z prokuratury nie
docierały do nas wcześniej żadne informacje w tej materii. Mówiąc wprost,
doniesienia "Rzeczpospolitej" odczytuję jako kolejną z całej serii prób znęcania
się nad nami – pogrążonymi w dramatycznym bólu bliskimi ofiar. Zastanawiam się,
kiedy to się wreszcie skończy. Gdzie – zdaniem mediów – jest ta granica zwykłej
ludzkiej przyzwoitości? I jak daleko dziennikarze są gotowi jeszcze się posunąć
w wyścigu o news? Jakim prawem media wdzierają się w nasze życie rodzinne, w
najbardziej dla nas intymne sprawy, tylko po to, żeby wzbudzić sensację na
portalach? To jest skandal, żeby nie powiedzieć – chamstwo. Zastanawiam się,
gdzie podziała się kultura ludzi ze świata mediów. Patrząc już nawet nie tyle na
kwestie katastrofy smoleńskiej i tego, co media wokół niej wytworzyły, ale także
na inne tematy, którymi jesteśmy faszerowani, z wielkim zażenowaniem muszę
zauważyć, że pewni dziennikarze z niebywałą natarczywością starają się
rozmiłować nas w taplaniu się w najgorszym szambie i patologii.

Najpierw był wielki szum o lustracji, wręcz tajnych służbach, potem
okazało się, że chodziło o akta paszportowe.

– Rzeczywiście, tak twierdzi rzecznik naczelnego prokuratora wojskowego. Choć
co do tego muszę przyznać, że nie jestem wcale taki pewny. Bo jak pokazuje
doświadczenie, po Rosjanach i rządzie Donalda Tuska wszystkiego można się
spodziewać. Ale wracając do pani pytania, jeśli jednak pan redaktor Gmyz z
"Rzeczpospolitej" chce się zagłębiać w drzewa genealogiczne załogi i pasażerów
tragicznego lotu z 10 kwietnia 2010 roku, to proponuję, aby najpierw zaczął od
swojej rodziny. Ciekaw jestem, jak na takie działanie zareagowaliby jego bliscy
i czy nie poczuliby się tym dotknięci. Bo tu przecież nie chodzi o ukrywanie
jakichkolwiek faktów, tylko o niezrozumiałe grzebanie się w rodzinnych
koligacjach i publiczne eksponowanie prywatnych spraw, które nic do rozwikłania
tajemnicy katastrofy smoleńskiej nie wnoszą. Dlaczego pan Gmyz jako doświadczony
dziennikarz ze – zdawałoby się – sporą wiedzą nie weźmie się za drążenie
rzeczywiście istotnych kwestii, które naprawdę wymagają zainteresowania ze
strony mediów, gdyż w przeciwnym razie zostaną przez Rosjan i ludzi pana
premiera całkowicie zatuszowane.

Po lustracyjnym dementi prokuratury wczoraj ten sam autor próbował
się ratować wrzuceniem informacji – naturalnie nieoficjalnej – że w archiwum IPN
odkryto, jakoby "jeden z pilotów miał w rodzinie milicjanta".

– Ale pani redaktor, co to ma wspólnego z katastrofą smoleńską? Naprawdę tego
nie rozumiem. Nawet jeśli w rodzinie pilota był jakiś milicjant, to przecież
jeszcze nie oznacza, że załoga chciała zabić prezydenta RP i delegację rządową.
Przecież to absurd. To, co robi ta gazeta, świadczyć może jedynie o tym, że jest
w stanie posunąć się nawet do zrobienia czarnego PR pilotom tylko po to, żeby
dowieść swojej pseudolustracyjnej tezy. W ten sposób wyrządza się niewyobrażalną
krzywdę nie tylko zmarłym, ale i nam, rodzinom. Jest przecież coś takiego jak
etyka dziennikarska, prawda? Czy dziennikarz "Rzeczpospolitej" o niej nie
słyszał? Przecież nawet jeśli posiada jakąś wiedzę na temat rodzin, to –
chociażby ze względu na delikatny charakter tej materii – nie powinien nią
epatować opinii publicznej, gdyż dla śledztwa to i tak nie ma żadnego znaczenia.
Najbardziej boję się, że pewnego dnia obudzę się i po włączeniu telewizora
zostanę zbombardowany np. szczegółowym opisem charakteru obrażeń ciała mojego
Syna, które może jeszcze będą komentować, w swój wszystkim znany sposób, poseł
Niesiołowski bądź Palikot, kreowani przez media na specjalistów z każdej
dziedziny. Czy to naprawdę tak trudno jest wczuć się w sytuację rodzin? Czy tak
ciężko jest tym ludziom wyobrazić sobie, jak bardzo bolesne są dla nas tego typu
doniesienia komentowane publicznie?

A do czego, Pana zdaniem, mogły być potrzebne Rosjanom informacje z
akt paszportowych? Jakie mają przełożenie na tworzenie profilu psychologicznego
załogi?

– Moim zdaniem, żadne. Podejrzewam, że było to kolejne zagranie taktyczne
Rosjan, próba odwrócenia uwagi chociażby od wątku wymytego dokładnie z wszelkich
pozostałych śladów wraku Tu-154M. Może też Rosjanie sądzili, że jeśli zaczną
grzebać w naszych życiorysach, to my, rodziny, wystraszone ewentualnymi
niechlubnymi faktami z przeszłości, przestaniemy wreszcie drążyć temat
wyjaśniania katastrofy. Jak już mówiłem, po Rosjanach naprawdę wszystkiego można
się spodziewać.

Podając informacje o rzekomej lustracji, redaktor pomylił imię Pana
Syna, dwukrotnie nazywając go Dariuszem, co potem zresztą powtarzały za nim inne
media, jak np. Polsat.

– No właśnie, wstyd. Pan redaktor lansuje się na takiego specjalistę, znawcę
tematu smoleńskiego, a nawet nie zna imion pilotów? To zastanawiające. Przecież
ich imiona i nazwiska od dwóch lat są w ciągłym obiegu, ciągle przywoływane.
Trudno mi uwierzyć, że było to zwykłe niedopatrzenie. Ale to niestety nie jedyne
konfabulacje i bzdury, jakie mogliśmy wyczytać w "Rzeczpospolitej" – dobrze
pamiętam niechlubny cykl panów Reszki i Majewskiego, po którym do dzisiaj czuję
niesmak.

Dziękuję za rozmowę.

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem mjr. pil. Arkadiusza
Protasiuka, dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawiała Marta Ziarnik

drukuj