Klich prosi się o prokuratora

Z Ignacym Golińskim, pilotem, ekspertem prawa lotniczego, byłym
członkiem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, rozmawia Marcin Austyn.

Po dwóch latach od katastrofy samolotu Tu-154M i zakończeniu badań
przez dwie komisje Edmund Klich, akredytowany przy Międzypaństwowym Komitecie
Lotniczym (MAK), stwierdza, że była tendencja, żeby pokazać winę pilotów, i
uznano, "że piloci i jakieś naciski to będzie najlepsza koncepcja". Tak bada się
katastrofę lotniczą?

– Należy tu podkreślić jedną, ale podstawową sprawę – komisja badająca
katastrofę lotniczą musi działać niezależnie. I nie może być tu mowy o żadnych
naciskach. Skoro Edmund Klich wspomina tu o jakichś panujących "tendencjach", to
można to odczytywać tak, że komisje w swoich wnioskach nie były obiektywne. I o
ile wiem, w komisji Jerzego Millera było takie przekonanie wśród wojskowych jej
członków, by raczej w sposób zgodny podejść do tego, co zdoła ustalić cywilna
część komisji.

Klich próbuje dziś kreować się na obrońcę pilotów. Twierdzi, że działali
tak, jak byli wyszkoleni, a jednak w maju 2010 r. wyraźnie mówił, że winna jest
załoga. Jest tu pewna niekonsekwencja. To tylko próba zareklamowania jego nowej
książki?

– Nie można tego wykluczyć. Jednak postawa Klicha od początku była dość
kontrowersyjna. Nie miał też dobrej opinii wśród członków komisji, bo brakowało
mu podstawowej wiedzy na temat lotnictwa cywilnego. Zresztą – po lekturze jego
poprzedniej książki – odniosłem wrażenie, że jego doktorat opierał się na
badaniu kilku wypadków MiG-ów, czyli samolotów odrzutowych, i kilku śmigłowców
typu SM-1. W związku z tym podczas prac nad tą katastrofą brakowało mu
doświadczenia z badania wypadków samolotów pasażerskich i transportowych.

Premier miał przyznać, że w pierwszych dniach po katastrofie zapomniano
o Smoleńsku, bo zajęto się pogrzebami ofiar katastrofy. Dlatego zabrakło
polskiej grupie pracującej w Rosji odpowiedniego wsparcia.

– To świadczy o ogólnym bałaganie, jaki wówczas panował. Nie wyobrażam sobie,
żeby premier Donald Tusk nie był otoczony sztabem prawników, w tym i tych z
zakresu badania wypadków lotniczych. W późniejszym okresie sięgnięto po prof.
Marka Żylicza, ale było już zbyt późno. Tuż po katastrofie powinien zebrać się
sztab kryzysowy pod przewodnictwem premiera i postawić problem: w jaki sposób
należy podejść do badań okoliczności tej katastrofy.

Pana zdaniem komisja Millera powinna zabrać głos – co sugeruje Klich – i
jednoznacznie wykluczyć tezy o możliwości udziału osób trzecich?

– W mojej ocenie, ta komisja nie powinna się włączać w tę dyskusję, bo na to
jest za późno. To gremium miało na to czas. Wrak jest już zniszczony i komisja
na ten temat nic nie jest w stanie powiedzieć. A niestety wcześniej eksperci
komisji nie prowadzili dogłębnych badań wraku, a wnioski wysnuwali na podstawie
tego, co przekazali im Rosjanie, lub tego, do czego ich dopuszczono. Jeśli wrak
rzeczywiście został umyty, to należy też pamiętać, że stałoby się to dwa lata po
katastrofie, a wcześniej przez dłuższy czas leżał on pod gołym niebem narażony
na działanie różnych czynników atmosferycznych – deszczu, śniegu, mrozu i
słońca, więc nie wiem, czy obecnie jakimkolwiek specjalistom udałoby się znaleźć
na przykład drobiny materiałów wybuchowych. W takich warunkach wiele śladów
mogło ulec zatarciu. Chociaż gdyby Rosjanie byli dżentelmenami, to nie powinni
wraku w ogóle dotykać. Moim zdaniem, Rosjanie popełnili poważny błąd, bo mogli
przekazać badanie wypadku stronie polskiej, zapewniając nam wszelką pomoc przy
badaniu, a wyznaczyć tylko swoich obserwatorów. W taki sposób wszelkie
spekulacje zostałyby ucięte. Wybrano inne rozwiązanie i mam takie wrażenie, że
Rosjanie boją się tego, by nie okazało się, że do katastrofy doszło z ich
przyczyny, bez względu na to, co by to było. A przecież nawet jeśli okazałoby
się, że rozsypał się silnik, to są to przecież kilkudziesięcioletnie samoloty,
wycofywane już z użytku, więc trudno byłoby tu mówić o jakimś wielkim uszczerbku
na rosyjskim honorze.

Były akredytowany twierdzi, że na bazie posiadanej wiedzy o katastrofie
nie brał pod uwagę wątku zamachowego, ale teraz – kiedy narastają spekulacje na
ten temat – ta wersja powinna być sprawdzona.

– Skoro komisja Millera opublikowała raport końcowy, to niestety oznacza, że to
badanie zostało zakończone. Ruch w tym zakresie może jeszcze należeć do
wojskowej prokuratury. A tego rodzaju wypowiedzi pana Klicha służą tylko jemu
samemu. Prawdę mówiąc, dziwię się, że prokuratura jeszcze się nim nie zajęła, bo
wiemy, że w przeszłości niejednokrotnie mijał się z prawdą, a kolejne jego
wystąpienia medialne tylko to potwierdzają.

Prokuratura wojskowa w ramach realizacji rosyjskiego wniosku o pomoc
prawną wystąpiła do IPN o dane paszportowe, informacje o zatrudnieniu i
wykształceniu członków rodzin pilotów, do dziadków włącznie. Po co Rosjanom te
informacje?

– Tego typu informacje mogą być przydatne do celów propagandowych. Jeśli w
przekazanych informacjach znalazłoby się coś ciekawego, to można by mówić, co to
byli za ludzie, przez kogo szkoleni itd. Piloci byli ludźmi młodymi i zapewne na
niewiele taka wiedza się Rosjanom przyda, ale istnieje szansa, że w życiorysach
poprzednich pokoleń odnajdzie się jakaś skaza. I taka wzmianka może być
wykorzystana propagandowo. Tyle że z punktu widzenia wyjaśniania okoliczności
katastrofy tego typu rewelacje nic nie wnoszą, bo potencjalnych przyczyn
katastrofy można szukać np. w sprawności sprzętu – samolotu, wyposażenia
lotniska – czy też w umiejętnościach lotników, ale nie w historii ich ojców czy
dziadków. Rosjanie słyną z tego rodzaju dziwnych pomysłów, zwłaszcza po tym, jak
zmienił się w Polsce ustrój. Cóż, istnieje tu jakaś zaciekłość z czasów NKWD pod
dowództwem Feliksa Dzierżyńskiego.

Strona polska zbyt bezrefleksyjnie realizuje wnioski rosyjskie?
– Osobiście uznałbym, że tego typu wnioski dotykają bezpośrednio obywateli
polskich, a w naszym kraju istnieje ustawa o ochronie danych osobowych, i
zamknąłbym temat. Co innego, gdy sięgamy np. po sprawy związane z wyszkoleniem
załogi, bo to ma bezpośredni związek z całym badaniem, ale wyciąganie kartotek
osób bliskich jest już tylko grzebaniem w prywatnych sprawach. Z drugiej strony
patrząc, dziwię się, że rodziny tragicznie zmarłych nie wystąpiły z wnioskami do
władz Polski o nieudzielanie stronie rosyjskiej takich danych. Badanie
katastrofy zostało zakończone przez MAK, a kompletu odpowiedzi na kierowane
przez Polskę wnioski o pomoc prawną do Rosji dotąd nie ma.

 

Dziękuję za rozmowę.

drukuj