Z funduszu rentowego wyparowały miliardy

Z dr. Cezarym Mechem, ekonomistą, wiceministrem finansów w rządzie
PiS, rozmawia Małgorzata Goss

Podniesienie wieku emerytalnego to kolejny etap reformowania emerytur
uzasadniany złą kondycją finansów państwa. Od czego się zaczęło?

– Rozpoczęto od przerzucenia składki z OFE do ZUS pod hasłem, że oszczędzanie w
OFE jest nieefektywne. Drugi krok to podniesienie składki rentowej pod
pretekstem deficytu w funduszu rentowym. Trzeci to propozycja waloryzacji
kwotowej świadczeń, a więc zerwanie z zasadą, że emerytura posiada gwarancje
zachowania wartości. Wreszcie krok czwarty to planowane podniesienie wieku
emerytalnego. Wszystko to odbywa się pod hasłem zmniejszania deficytu finansów
publicznych. Te działania trzeba postrzegać także w szerszej perspektywie. W
Polsce odciążyliśmy państwowy system emerytalny przez kapitalizację przyszłych
świadczeń w OFE, co pozwalało podtrzymać system emerytalny bez drastycznego
podwyższania podatków. Tymczasem Unia Europejska storpedowała nasze wysiłki,
odmawiając uznania OFE za element finansów publicznych. Jednocześnie widzimy,
jak ta sama Unia godzi się, aby w Grecji – w celu naprawy finansów publicznych –
emerytury powyżej określonego poziomu podlegały redukcji. To jasny sygnał: można
zmniejszać świadczenia, nawet jeśli ktoś na nie uczciwie zapracował.

Co łączy te działania?
– Jeśli zestawić fakty, wspólnym mianownikiem jest dążenie do obniżenia
świadczeń emerytalnych. Najpierw tych najwyższych, a z czasem wszystkich.
Ostatnim krokiem będzie to, co proponuje dziś opozycja, czyli tzw. system
kanadyjski – świadczenie obywatelskie równe dla wszystkich.

W systemie kanadyjskim nie ma gwarancji wysokości świadczenia, nie
zależy ono ani od poziomu oszczędności, ani od liczby przepracowanych lat. Życie
emerytów znajdzie się w rękach ekipy, która akurat jest przy władzy?

– Będzie gwarancja wypłaty świadczeń bez gwarancji ich wysokości. Państwo da nam
tyle, na ile będzie je stać. W praktyce emerytury zejdą do poziomu świadczenia
minimalnego i nasili się tendencja do przesuwania wypłaty na coraz później. Będą
to świadczenia głodowe, poniżej minimum egzystencji, przy czym politycy będą nam
stale tłumaczyć, że musimy zbilansować dochody z wydatkami w ramach kolejnych
pakietów fiskalnych. Powiedzmy otwarcie: mamy do czynienia z wywłaszczaniem
obywateli z praw do świadczeń emerytalnych.

Może to tylko chwilowe oszczędności? Skąd tak surowa ocena?
– Ponieważ działania określane jako "naprawcze" nie podejmują głównego problemu,
jakim jest od dwudziestu lat brak zastępowalności pokoleń. Brakuje nam już 3,5
mln dzieci do prostej zastępowalności pokoleń, nie mamy osób młodych, które będą
pracować na świadczenia rodziców i dziadków. Tego problemu kolejne rządy w ogóle
nie podejmowały, a obecnie podchodzą do systemu emerytalnego z punktu widzenia
syndyka masy upadłościowej. Po prostu rozdają to, co zostało. Gdyby wspierano
rodziny i prowadzono politykę pronatalną, można by tę "firmę" naprawić, woli się
jednak dzielić masę upadłościową. A jak wiadomo, z bankruta niewiele można
wycisnąć. Bardzo niepokojące, że te cztery propozycje są ze sobą skoordynowane i
wszystkie idą w tym samym kierunku.

Rząd realizuje cel polityczny, a naprawa finansów publicznych to tylko
pretekst?

– Ten kierunek jest spójny i co najgorsze, nie słychać głosów sprzeciwu. Godząc
się na taką politykę, godzimy się w istocie na to, że kraj nie będzie się
rozwijać, a my będziemy emigrować i nie będziemy mieć dzieci. Wiadomo, że wzrost
gospodarczy i innowacyjność generują 20- i 30-latkowie. 40- i 50-latkowie mogą
najwyżej zachować aktywność gospodarczą. A pozostali? 60-latkowie i starsi nie
będą generować wzrostu, tego możemy być pewni. Zmuszając przedsiębiorców, żeby
zatrudniali 60-latków, a nawet 67-latków, zmuszamy ich tym samym do ponoszenia
ogromnych nakładów na stanowiska pracy, których utrzymywanie się nie opłaca. Nie
łudźmy się. Globalizacja ma to do siebie, że jeśli przedsiębiorcy będą mieli do
wyboru: zatrudniać starszych ludzi w Europie czy młodych w innych częściach
świata, to wybiorą tę drugą opcję i przeniosą działalność np. do Indii. Żadne
akcje na rzecz "niedyskryminowania starszych pracowników" nic tu nie pomogą. Te
procesy są znane, a jednak rząd nie wyciąga z nich żadnych wniosków. Zadajmy
sobie pytanie – dlaczego? Nie widać też spójności w działaniach rządu. Z jednej
strony proponuje podniesienie wieku emerytalnego, z drugiej – nawet nie wspomina
o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, aby 60-latkowie rzeczywiście mogli
pracować. Unia za to wymaga uelastycznienia rynku pracy, aby przedsiębiorstwa
były bardziej konkurencyjne, ale w praktyce pracownicy łatwiej zwalniani.
Wyobraźmy sobie tę armię starych, chorych ludzi, bezrobotnych i bez świadczeń
emerytalnych. W praktyce znajdą się na utrzymaniu swoich rodzin. Jeśli zaś uda
się im przejść na rentę, będą dostawać zaledwie część świadczenia.

Z jakich środków są wypłacane renty? Czy tylko z bieżących składek na
fundusz rentowy, jak twierdzi rząd?

– Zgodnie z logiką reformy, każdy będzie pobierał świadczenie w wysokości
zgromadzonych składek, a renta jest dodatkowym ubezpieczeniem przysługującym
tym, którzy utracą zdolność do wykonywanie pracy. Ze względu na fakt
wcześniejszego jej pobierania, zanim zgromadzi się wystarczające środki na
koncie, występuje dodatkowa składka rentowa. Jeśli pracownik przechodzi na
rentę, to jego własne środki na koncie emerytalnym czekają na wypłatę emerytury.
Jeżeli moment przejścia na emeryturę zostanie przesunięty w czasie, to rencista
może umrzeć, nie dożywając do emerytury. Będzie cały czas pobierał rentę, a jego
środki emerytalne będą czekały z przeznaczeniem na jego świadczenie emerytalne,
ewentualnie rentę dla kogoś z jego rodziny. Otóż takich odłożonych i
niewykorzystywanych środków emerytalnych osób, które nabyły prawa do renty w
roku 2010, było w ZUS aż 9,3 mld złotych. Ponadto było też 8,4 mld zł środków,
które już nie czekały na wypłatę emerytury, ponieważ uprawnieni umarli, nie
doczekawszy świadczenia. Podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej nie
zaliczono tych środków do funduszu rentowego, w ogóle o nich nie wspomniano. I
nagle się okazało, że o tych wielomiliardowych kwotach wszyscy zapomnieli.
Dyskutowano jedynie o 17-miliardowym deficycie funduszu rentowego jako różnicy
między wysokością wydatków na renty a przychodów ze składki, bez uwzględnienia
zgromadzonych środków na rachunkach. Tymczasem ta znikająca kwota, łącznie 17,7
mld zł, jest i tak zaniżona z uwagi na to, że część osób posiada rachunki
prowadzone tylko od początku reformy emerytalnej, ponieważ nie dopełniła
formalności związanych z wyliczeniem kapitału początkowego albo nie była jeszcze
objęta tym obowiązkiem. O ile nieuwzględnienie środków rencistów może mieć pewne
uzasadnienie, o tyle "zapomnienie" o kwocie 8,4 mld osób nieżyjących ma daleko
idące konsekwencje finansowe. Dlaczego? Gdyż ów trick finansowy pomógł rządowi w
przeforsowaniu podwyżki składki rentowej i przejęciu środków emerytalnych, a z
drugiej strony – spowodował wyższe opodatkowanie pracy. To tak, jakby zależało
nam na tym, żeby praca stała się dobrem rzadkim i żeby jej dla naszych dzieci
nie było.

Kiedy koalicja PO – PSL podnosiła składkę rentową, uzasadniano to
deficytem w funduszu rentowym. Czyżby po części specjalnie ten deficyt
wykreowano?

– Zastosowano wybieg polegający na tym, że fundusze, które powinny być
przeznaczone na renty, znikły na kontach. Inteligentnie przedstawiono, że
deficyt funduszu rentowego wynika z różnicy między kwotą składek a tym, co jest
wypłacane w formie rent. To zaś, co było na kontach – nagle znikło. Wymyślono
mechanizm wygaszania środków odłożonych w ZUS. Gdyby teoretycznie przesunąć wiek
emerytalny do 100 lat, to nikt nie dożyje emerytury, a wtedy ponad 2 bln zł
długów emerytalnych ZUS zwyczajnie wyparuje. Jeśli jednocześnie w funduszu
rentowym będzie wykazywane tylko to, co pochodzi ze składek, to pieniędzy będzie
stale za mało i trzeba będzie coraz bardziej podnosić składki rentowe, coraz
bardziej podwyższać koszty pracy. W ten sposób rząd dostaje do rąk nowy podatek
i zarazem możliwość umarzania zobowiązań emerytalnych. I na tym polega to
perpetuum mobile.

Podniesienie wieku emerytalnego będzie wypychać ludzi na renty?
– Oczywiście, i to jest kolejny problem. Jeśli będzie wzrastała liczba
rencistów, to będą podnoszone składki, wzrosną koszty pracy, liczba miejsc pracy
będzie malała. Pojawią się zatem naciski na ograniczenie wypłaty rent. Może
dojść do tego, że przy przyznawaniu renty trzeba będzie przynieść zaświadczenie
od lekarza, że się umrze najdalej w ciągu pół roku. A jeśli, nie daj Boże, ktoś
będzie żył dłużej, to renta nie będzie mu przysługiwała, bo będzie rentą
okresową. Taki mechanizm oznacza w praktyce, że będziemy odkładać środki w ZUS
bez możliwości skorzystania z nich, a na koniec będą one przejmowane przez
państwo. To dlatego istnieje presja na likwidację OFE i przeniesienie
wszystkiego do ZUS. W OFE operacja przejęcia naszych środków nie byłaby możliwa,
ponieważ stanowią nasz majątek i są dziedziczone. Majątek to inaczej odłożone
oszczędności. Ma tę zaletę, że korzystanie z niego nie obciąża kosztów pracy.

OFE też przejadają nasz majątek i tracą miliardy na rynkach.
– Jeśli jakieś instytucje działają źle, to rząd ma obowiązek to poprawić, a nie
zaraz je likwidować, zwłaszcza gdy ostrzeżenia i propozycje reform są
bezskutecznie zgłaszane od 11 lat. Nikt normalny nie ucina sobie ręki, gdy go
boli, tylko idzie do lekarza.
Spójrzmy, co dzieje się dalej. Wkrótce po podniesieniu składki rentowej
proponowana jest waloryzacja kwotowa. Co było dotychczas immanentną cechą
emerytur? To, że emerytury utrzymują swoją wartość, a kwotowe dodatki mogły
tylko je podwyższać. Tymczasem waloryzacja kwotowa emerytur to zerwanie z
zasadą, że świadczenia mają co najmniej zachować swoją wartość. Przy braku
waloryzacji inflacyjnej nasze oszczędności i emerytury mogą automatycznie
podlegać redukcji. Niektórym osobom o niskich świadczeniach wydaje się to
obecnie atrakcyjne, ale do czasu. Przyjdą następne kryzysy finansowe czy kryzys
finansów publicznych związany ze starzeniem się społeczeństwa i wtedy okaże się,
że waloryzacja kwotowa odbywa się na poziomie minimalnym. Jeśli na to nałożymy
redukcję wyższych świadczeń w ramach pakietów "pomocowych" dla krajów
dotkniętych kryzysem finansów publicznych (a my będziemy takim krajem z powodu
starzenia się społeczeństwa), to widzimy, że nasze świadczenia mogą okazać się
znacznie niższe od oczekiwanych. Początkowo osoby o niższych świadczeniach będą
zadowolone, bo to nie im będą obcinać emerytury w ramach cięć oszczędnościowych.
Ale jeśli można obciąć wyższe emerytury, to można i niższe, to tylko kwestia
czasu. Na koniec padnie hasło: dajmy wszystkim po równo. Tylko co to spowoduje?
W miarę jak będzie przybywać emerytów, a dzieci nadal nie będą się rodzić, to
świadczenie będzie z roku na rok coraz mniejsze i w końcu przekształci się w
zapomogę, a nawet połowę zapomogi. Zrównanie świadczeń spowoduje też, że nikomu
nie będzie się opłacało wnosić wysokich składek na ZUS. Dochody będą ukrywane,
poszerzy się szara strefa, co będzie jeszcze bardziej pogłębiać kryzys finansów
publicznych i zmniejszać nasze świadczenia. Dlatego wszystkie dotychczasowe
działania wydają się spójne i zmierzają w jednym kierunku. Ponadto ci sami
decydenci, którzy wczoraj proponowali przekazanie składek z OFE do ZUS, dziś
mówią, że nie mają zaufania do ZUS… Jak to – wtedy mieli, teraz nie? To kiedy
mówili prawdę?

Dlaczego kolejne rządy pchają nas w tym kierunku, skoro jest alternatywa
w postaci polityki prorodzinnej, która ochroniłaby nasze świadczenia?

– Kiedy 30 lat temu wprowadzano w Polsce stan wojenny, rosyjski opozycjonista
Władimir Bukowski nazwał to "samookupacją" i podkreślił: "Wyrządziła ona Polsce
wielką szkodę ekonomiczną i demograficzną. Przecież w jej następstwie olbrzymia
liczba Polaków opuściła swój kraj na zawsze". To jest odpowiedź. Prowadzimy
samookupację, osłabiamy się. Własną polityką spowodowaliśmy, że w ostatnim
czasie 2 miliony Polaków wyemigrowało, 3,5 miliona dzieci nie urodziło się, a na
koniec podpisaliśmy traktat lizboński, który uzależnia siłę głosu danego kraju w
Unii od liczby ludności. To proces samolikwidacji.
Jeśli w ciągu najbliższych trzech lat nie podejmiemy działań na rzecz
zwiększenia dzietności rodzin, to obecny miniwyż solidarnościowy zestarzeje się
i z przyczyn biologicznych dzieci już mieć nie będzie. W Polsce mamy obecnie
nieco ponad jedno dziecko w rodzinie. Następne pokolenie, o połowę mniej liczne,
musiałoby mieć po czwórce dzieci, aby to nadrobić. To nierealne. Proces
europeizacji zagłuszył w nas instynkt narodowy. Protestujemy przeciwko
przedłużaniu wieku emerytalnego, co i tak nic nie da, bo arytmetyka procesów
demograficznych jest nieubłagana, a jednocześnie godzimy się na antyrodzinną,
antyurodzeniową i proemigracyjną politykę. W efekcie coraz liczniejsze starsze
pokolenie z głodowymi świadczeniami będzie przejadać środki młodych rodzin na
utrzymanie dzieci. To starsze pokolenie, o którym mowa, to właśnie my,
pokolenie, które dziś decyduje w Polsce i które zadłuża się za granicą, żyje na
kredyt, oszczędza na posiadaniu dzieci i kradnie pieniądze na renty i emerytury
młodych. A potem poprosi, żeby je utrzymywać. Tylko kogo?

Dziękuję za rozmowę.

drukuj