O Wałęsie mówili „Ponton”

Andrzej Gwiazda zastanawia się, czy rozmowa dwóch funkcjonariuszy WSI
jest potwierdzeniem wersji, że Lech Wałęsa został w stoczni zainstalowany przez
komunistów.

– Byłam przekonana, że koledzy stoczniowcy mówili o nim tak dlatego, bo jest
niezatapialny. Ale gdy potem ich pytałam, o co chodzi, to twierdzili, że
motorówka robi hałas, dlatego Wałęsa miał z niej podpłynąć pontonem między dwa
stojące obok siebie statki, wejść na jeden z nich po drabince, a potem trapem
zejść na nabrzeże stoczni – wspomina Joanna Duda-Gwiazda. Zdaniem Andrzeja
Gwiazdy, rozmowa dwóch funkcjonariuszy WSI jest "kolejnym potwierdzeniem wersji,
że Wałęsa został w stoczni zainstalowany przez drugą stronę".

– Rozmawiałem ze świadkiem, który był w 1980 roku podoficerem na służbie.
Według niego, 13 sierpnia o 18.00 w porcie wojennym w Gdyni Wałęsa wsiadał do
motorówki dowódcy Marynarki Wojennej i wraz z nim wypłynęli z portu. Widział to
ze swojego stanowiska – relacjonuje Andrzej Gwiazda. W ocenie Antoniego
Macierewicza, wymiana zdań między Aleksandrem L. i Tobiaszem potwierdza panujące
wśród byłych funkcjonariuszy wojskowych służb specjalnych przekonanie, że
poprzez Lecha Wałęsę starano się manipulować strajkiem, a później
"Solidarnością".

– Te opinie powtarzane są od dłuższego czasu – dodaje polityk, zaznaczając,
że co innego próby manipulacji poprzez agentów, a co innego fakt, że
"Solidarność" była wielkim ruchem narodowym, który mimo wszystko wymknął się
spod kontroli władz PRL. – Jestem coraz bardziej przekonany, że "Solidarność" to
był "wypadek przy pracy" – dodaje Andrzej Gwiazda.

Swoją teorię ma na ten temat Grzegorz Braun, dokumentalista, dziennikarz,
autor słynnego filmu "Plusy dodatnie, plusy ujemne oraz "TW Bolek"". – Ten wątek
przewijał się w wielu rozmowach, które odbywałem ze świadkami historii, zarówno
tymi pierwszorzędnymi, jak i trzeciorzędnymi, pracując nad filmem. Przede
wszystkim były to bardzo zdecydowane wypowiedzi Anny Walentynowicz – wspomina
Braun. Przypomina przy tym zeznania majora Janusza Stachowiaka, który został
powołany na świadka w procesie, jaki Wałęsa wytoczył Krzysztofowi Wyszkowskiemu
za nazwanie go "Bolkiem". To jego relacja m.in. skłoniła sąd pierwszej instancji
do oddalenia pozwu Wałęsy. Wyrok zmienił jednak sąd apelacyjny. Były
funkcjonariusz gdańskiej SB – pierwszy i jedyny, jak dotąd, który złamał zmowę
milczenia w tej sprawie, powtórzył przed sądem to, co opowiedział filmowcowi
przed kamerą, że uczestniczył w procesie rejestracji Lecha Wałęsy jako TW
"Bolek".

– Dokonując rutynowych czynności, jakie był zobowiązany przy tym wykonać,
wysłał zapytania dotyczące rozmaitych kandydatów na tajnych współpracowników do
kartoteki centralnej. Uzyskał w ten sposób informacje o dwukrotnej wcześniejszej
rejestracji Lecha Wałęsy jako osobowego źródła informacji. Pierwsza do jakiejś
sprawy kryminalnej na prowincji przez milicję, a druga przez Wojskową Służbę
Wewnętrzną – przypomina Braun. Podkreśla, że Stachowiak był w tym miejscu w swej
relacji bardzo konkretny, ponieważ zapamiętał zielony karton, w którym nadeszła
odpowiedź z centrali. Stachowiak oceniał, że rejestracja w WSW musiała nastąpić
w czasie pełnienia przez Wałęsę zasadniczej służby wojskowej.

Walentynowicz wiedziała, co mówi?

Wszyscy pamiętają zapewne słynny, powielany na ksero, a także w różnego
rodzaju wydawnictwach tekst ulotki kolportowanej przed wyborami prezydenckimi w
1995 r. przez Annę Walentynowicz. "Dlaczego okłamałeś wszystkich, mówiąc o
przeskoczeniu płotu, podczas gdy na strajk 14.08.1980 r. zostałeś dowieziony
motorówką z Dowództwa Marynarki Wojennej z Gdyni?" – pytała starającego się o
reelekcję prezydenta i historycznego lidera gdańskiego strajku legendarna
suwnicowa w liście otwartym. Walentynowicz miała pełną świadomość pozorowanego
sporu między historycznym przywódcą "Solidarności" a wywodzącym się z PZPR
liderem postkomunistów. Historia ciągle weryfikuje tezy słynnej suwnicowej ze
stoczni im. Lenina. W biografii Walentynowicz napisanej przez Sławomira
Cenckiewicza historyk przypomina, że "Wałęsa poczuł się dotknięty treścią
listu", a sądy po reakcji jego sztabu wyborczego zakazały nawet jego kolportażu.
Były również przypadki konfiskaty wydawnictw zawierających treść ulotki przez
policję. Cenckiewicz przypominał, że jedną z pierwszych osób, które
zakwestionowały słynny "skok przez płot", był Aleksander Kopeć – w okresie
strajków sierpniowych minister przemysłu maszynowego i negocjator rządowy. Już w
1991 roku pisał on, że podczas pobytu w Gdańsku w sierpniu 1980 r. "nieobce były
pogłoski, że [Wałęsa] wpłynął tam kutrem patrolowym marynarki wojennej…" –
czytamy w książce "Anna Solidarność". Ale nie tylko on. Czesław Kiszczak pytany
o wiarygodność plotki na temat rzekomego "dostarczenia w kontenerze" Wałęsy do
stoczni zasłaniał się tajemnicą państwową.

Andrzej Gwiazda, uczestnik słynnego strajku, a potem oponent Wałęsy w
"Solidarności", bezwzględnie zwalczany przez władze PRL i samego Wałęsę,
relacjonuje, że Walentynowicz opierała swoje opinie na rozmowach ze świadkami. –
Rozmawiała z trzema osobami z motorówki, które przywiozły Wałęsę do stoczni. Jej
relacja ostatecznie się nie ukazała, ponieważ świadkowie bali się o tym mówić
pod nazwiskami – zaznacza Gwiazda, który pomagał jej sformułować słynny list
otwarty z 1995 roku. – Ania Walentynowicz w rozmowie również ze mną mówiła, że
informację tę przekazali jej ludzie ze służb wojskowych, ludzie, którzy w tym
uczestniczyli. A to, że tak mówią panowie Aleksander L. i Leszek Tobiasz i po
nazwisku przywołują admirała Wagę, człowieka szkolonego w akademiach sowieckich,
człowieka, który odgrywał tak dwuznaczną rolę po 1989 roku, tylko tę hipotezę
potwierdza – komentuje Antoni Macierewicz, likwidator WSI.

Jednak co innego relacje anonimowych świadków, a co innego twarde dowody. A
tych nie ma. Tak jak nie ma dowodu na to, że Wałęsa skoczył przez stoczniowy
płot. Wiadomo, że na strajk się spóźnił i nie potrafił tego wyjaśnić. W słynnej
publikacji "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" historycy Piotr
Gontarczyk i Sławomir Cenckiewicz dystansowali się od wersji z "motorówką",
tłumacząc jej powielanie istnieniem sprzecznych i nigdy niewyjaśnionych relacji,
jakie na temat dołączenia Wałęsy do strajku pojawiały się od przeszło 30 lat.
Jak podkreślali: "Taka wersja wydarzeń nie znajduje potwierdzenia w dostępnych
źródłach historycznych". Wątpliwości te zasiewał oczywiście sam Wałęsa: "Do dziś
nie wiem, co spowodowało, że spóźniłem się 2 czy 3 godziny" – mówił, a w innym
momencie tłumaczył: "No… dwie godziny się spóźniłem, z jakichś błahych
powodów, dziecko mi się urodziło czy coś takiego (śmiech)". Najsłynniejsze jest
jednak to pochodzące z "Drogi nadziei": "Pamiętam, że wysiadłem na przystanku
pod stocznią, ale nie kierowałem się w stronę bramy, nie miałem przepustki.
(…) Przeszedłem obok szkoły podstawowej, gdzieś na odcinku między dwiema
bramami jest z boku taka mała uliczka, tam zaszedłem i przeskoczyłem przez
płot". Cenckiewicz i Gontarczyk zwracali uwagę na sprzeczności w książce, w
której późniejszy lider strajku raz "nie kierował się w stronę bramy", a w innym
miejscu mówił, że "ruszył w stronę bramy". Oczywiście chodzi o słynną bramę nr
2. Tak czy inaczej zdaniem autorów miejsce wskazane przez Wałęsę to brama nr 1,
której sforsować w pojedynkę nie sposób. Mur na tym odcinku ma wysokość 3,5
metra i nie ma żadnych świadków, którzy mieliby pomagać Wałęsie w słynnym skoku.
No chyba że Wałęsa wszedł do stoczni przez dziurę w płocie w zupełnie innym
miejscu. Na nią wskazywali inni świadkowie. Ale nie on sam.

Pytanie: W jaki sposób Wałęsa dostał się na strajk? – od lat zadają sobie
jego uczestnicy.

Ojciec mafii paliwowej

Kim jest wskazany przez Aleksandra L. człowiek, który miał dowieźć wojskowym
kutrem do Stoczni Gdańskiej Lecha Wałęsę? W 1980 r. Romuald Andrzej Waga był
dowódcą 8. Flotylli Obrony Wybrzeża w Świnoujściu. Zmarł w 2008 roku. W 1983
roku awansował na stopień kontradmirała. Jesienią 1989 roku, gdy premierem był
już Tadeusz Mazowiecki, został mianowany dowódcą Marynarki Wojennej, zastępując
na tym miejscu Piotra Kołodziejczyka. Romuald jest bratem Jana Wagi, byłego
szefa Rady Nadzorczej PKN Orlen, a także byłego prezesa Kulczyk Holding,
uważanego za jednego z głównych współpracowników Jana Kulczyka. Na przełomie lat
70. i 80. Jan Waga był kierownikiem wydziału w KW PZPR w Katowicach,
wiceprzewodniczącym Centralnego Związku Spółdzielni "Samopomoc Chłopska".

Romuald Andrzej Waga to pierwsza osoba, którą raport z działalności WSI
wymienia w kontekście powstania wojskowej mafii paliwowej w latach 1990-1991. Do
bazy Marynarki Wojennej w Helu podpływały wielkie tankowce, z których przy
pomocy Wojsk Ochrony Pogranicza przepompowywano ropę naftową do cystern; później
jechały mierzeją helską do gdyńskiego portu wojennego, skąd transportowano je do
rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach. To właśnie ówczesny dowódca Marynarki
Wojennej zwrócił się do gen. Floriana Siwickiego o zgodę na przeładunek paliwa w
portach Marynarki w Helu, Gdyni i Gdańsku. Odprawy celne paliw nie odbywały się
w instytucjach cywilnych, ale w portach wojennych.

Oddajmy głos samemu raportowi: "WSI miały zatem pełną świadomość uczestnictwa
oficerów WP w tym procederze i wykorzystywania doń infrastruktury wojska.
Trudno, żeby było inaczej, skoro jedną z głównych postaci był w tych działaniach
m.in. admirał Romuald Waga". Waga był również członkiem rady nadzorczej spółki
Megagaz oraz biura podróży First Class, które było jej udziałowcem. Wojciech
Sumliński opisywał kulisy działania spółki pełnej emerytowanych wojskowych i
polityków (informatorem był Aleksander L.). Megagaz budował tzw. trzecią nitkę
rurociągu "Przyjaźń" od granicy z Białorusią do Płocka. A First Class wygrała
swego czasu przetarg na obsługę krajowych i zagranicznych wyjazdów służbowych
PGNiG. W latach 90. admirał Waga miał dobre kontakty z kancelarią Wałęsy. Znał
się dobrze z Mieczysławem Wachowskim. Był uczestnikiem słynnych imienin u Lecha
Wałęsy.

Związki z Rosjanami

Ale w trakcie rozmowy w listopadzie 2007 r. Aleksander L. i Leszek Tobiasz
poruszają jeszcze jeden wątek.

Leszek Tobiasz: No tak. Słuchaj, a ty wiesz co? To chyba w jednym, w jednym
elemencie to Maciara [Antoni Macierewicz – przyp. red.] ma rację. Bo Maciara
mówił coś tam, kiedyś się wypowiedział, czy w jakichś kwitach pisał, że jeden z
ministrów obrony, i on tu sugerował tego z marynarki, jak on się nazywał, co był
ministrem obrony?

Aleksander L.: Kołodziejczyka [admirał Piotr Kołodziejczyk].

Leszek Tobiasz: Tak, że był agentem ruskim. Coś takiego Macierewicz
sugerował.

Aleksander L.: Proszę pana, to nie tak. Agentem ruskim to jest…

Leszek Tobiasz: Któryś z ministrów powiedział Macierewicz, jakoś tak…

Aleksander L.: …nie tak, nie tak, nie tak. (…) Macierewicz sugerował o
Kołodziejczyku na zasadzie bardzo dobrych kontaktów [Piotra] Kołodziejczyka i
[Romualda] Wagi z ruskimi admirałami (…) Kołodziejczyk nie podpisywał im
żadnego zobowiązania. Ja jestem pewien.

Leszek Tobiasz: Ruskim?

Aleksander L.: Tak.

Leszek Tobiasz: Ale mógł robić na ich rzecz?

Aleksander L.: Nie.

Leszek Tobiasz: Nie?

Aleksander L.: Mógł rozmawiać z nimi.

Leszek Tobiasz: Mógł. Tak. No to o kim mówił Macierewicz w takim razie, o
którym ministrze?

Aleksander L.: O nim. Tylko że Maciara wszystkich, którzy byli w Rosji…

Leszek Tobiasz: …aha, no być może on na takiej zasadzie. Bo gdzieś taki
element…

Dlaczego oficerowie mówią o związkach Kołodziejczyka i Wagi z Rosjanami?
Romuald Waga to absolwent Kaspijskiej Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej ZSRS w
Baku (1961-1962) i Akademii Marynarki Wojennej ZSRS w Leningradzie (1967-1970).
Mniej więcej w tym samym czasie kończył je również były "cywilny" szef MON
admirał Piotr Kołodziejczyk. Jak wskazuje w "Długim ramieniu Moskwy" Sławomir
Cenckiewicz, w latach 80. Wojciech Jaruzelski czterokrotnie awansował
Kołodziejczyka, wynosząc go do stopnia wiceadmirała i dowódcy Marynarki
Wojennej. Ta natomiast – jak pisze – będąc częścią Zjednoczonych Sił Zbrojnych,
odgrywała w doktrynie wojennej Sowietów szczególną rolę. Głównie ze względu na
broń rakietową. "Stąd też kadra oficerska marynarki wojennej miała w PRL opinię
szczególnie lojalnej wobec Sowietów. Ze względu na dostęp do nowoczesnej i
strategicznej broni gros oficerów Marynarki Wojennej PRL, a później RP ukończyło
kursy, studia i szkoły w ZSRS" – podkreśla historyk. To rozkazem Kołodziejczyka
22 sierpnia 1991 roku tworzono Wojskowe Służby Informacyjne. Ich kariery
wojskowe sprzęgnięte były ze sobą od wielu lat. Gdy Kołodziejczyk obejmował
dowództwo Marynarki, Waga obejmował funkcje szefa Sztabu Głównego MW. Gdy
Kołodziejczyk został szefem Głównego Zarządu Wychowawczego (wcześniej Głównego
Zarządu Polityczno-Wychowawczego), Waga obejmował po nim dowództwo Marynarki,
które pełnił do przejścia na emeryturę w 1996 roku. Wcześniej był dowódcą
okrętów rakietowych, w tym uzbrojonego w kierowane pociski P-15 niszczyciela OPR
"Gdynia".

Jak można oceniać wiarygodność Aleksandra L.? Z jednej strony, faszerował
dziennikarzy informacjami sprawdzonymi i wiarygodnymi. Miał w tym swój cel. Z
drugiej, pomawiał współpracowników Antoniego Macierewicza o rzeczy, których nie
zrobili. Znający go wiele lat Wojciech Sumliński w swojej książce "Z mocy
bezprawia" nie ma jednak wątpliwości, że tym, co utorowało mu drogę do kariery z
leśnego garnizonu do wojskowych służb specjalnych, był "analityczny umysł, zmysł
obserwacji i doskonała pamięć". Jeśli więc prokuratura dała wiarę jego relacjom
na temat rzekomej przestępczej działalności członków komisji weryfikacyjnej WSI,
to może warto, by Instytut Pamięci Narodowej zainteresował się rewelacjami
oficera.

Maciej Walaszczyk

drukuj