Ewangelia

V niedziela zwykła

Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i
Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej.
On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, tak iż gorączka ją opuściła.
A ona im usługiwała. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do
Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi.
Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił,
lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem,
gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam
się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli,
powiedzieli Mu: Wszyscy Cię szukają. Lecz On rzekł do nich: Pójdźmy gdzie
indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to
wyszedłem. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając
złe duchy.

Mk 1,29-39

 

***

Pozwól się uratować

"Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!" – pisze św. Paweł.
Wykrzyknik, który kończy wyznanie, jest nie tylko znakiem samoświadomości
apostoła, odpowiedzialności za zlecone zadanie. On ma moc obowiązującą dla
każdego z nas. Tym większą, że kontekst, w jakim żyjemy, promuje obojętność i
cedowanie trudnych zadań na jakichś bliżej nieokreślonych "ich". Tak zwany
przeciętny chrześcijanin zagadnięty o to, jak wypełnia swoje zadania
apostolskie, zwykle tłumaczy się, że nie ma wystarczającej wiedzy, brakuje mu
odwagi, aby (np. we wrogim chrześcijaństwu środowisku) podejmować określone
tematy, że jest osamotniony ze swoimi opiniami itp. Ewangelię ma głosić ksiądz,
osoby wyposażone w odpowiednie charyzmaty, mające do tego urzędową misję
Kościoła. Takie ograniczenie jest błędne. Ma swoje poparcie w lansowanej uparcie
od lat tezie, że "wiara jest sprawą prywatną", zaś pomiędzy tym, co "boskie" i
"cesarskie", znajduje się nieprzekraczalna przepaść.

Prawda jest taka, że każdy ochrzczony jest zobowiązany do bycia
apostołem, każdy na swój sposób ma świadczyć o miłości Boga. Święty Paweł w
dalszej części czytanego dziś listu precyzuje, na czym ma polegać owa misja.
"Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla
wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych" (por. 1 Kor 9, 16nn).
Apostolstwo ma potencjał zaczynu, który – choć na początku jest go tylko
odrobina – wchodzi w reakcję i generuje nową jakość. Chrześcijaństwo w swojej
istocie jest zejściem do ludzkich nizin, obwieszczeniem radosnej nowiny
cierpiącym braciom i siostrom, że jest Ktoś, kto może ich uratować: Jezus
Chrystus, Pan i Zbawiciel. Aby tak się stało, najpierw samemu trzeba się poczuć
"uratowanym" – doświadczyć tego stanu, przeżyć go na nowo. Nie ma sensu
apostolstwo, które jest przemawianiem z piedestału kogoś, kto jest "lepszy",
"wie lepiej" – a co gorsza, ma w pogardzie "maluczkich". Traci rację bytu
zawieszone w próżni moralizowanie, w którym nie ma odwołania do owego
doświadczenia. Nie będzie wiarygodne dla świata chrześcijaństwo, które straci
świadomość, że tylko nieustanne trwanie w nawróceniu może mu zapewnić wewnętrzną
siłę.

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj