Rodzinne muzykowanie
Gdzie słyszysz śpiew, tam idź, tam dobre serca mają. Źli ludzie, uwierz
mi, ci nigdy nie śpiewają – mawiał Johann Wolfgang von Goethe. W Polsce jest
wiele rodzin, dla których wspólne muzykowanie to codzienność. Być może ktoś ma
szczęście do takiej rodziny należeć. Żeby coś wspólnie zagrać i zaśpiewać,
trzeba się spotkać, wyłączyć telewizor lub komputer. Muzyka jednoczy, wzmacnia
więzi. Otwiera na innych. Jej tworzenie wymaga wielkiej wrażliwości i wzajemnego
zrozumienia. Trzeba odnaleźć swoje miejsce w rodzinnym zespole, uzgodnić
repertuar. Przede wszystkim jednak, aby się zgrać, trzeba się wzajemnie słuchać.
Wtedy wszystko funkcjonuje jak w dobrej orkiestrze.
Muzyka uwrażliwia
O rodzinie Bożeny i Pawła Mikulskich z Sulejówka można było usłyszeć przy
okazji Festiwalu Kolęd i Pastorałek "Kolędowe Serce Mazowsza", w którym w
kategorii "Rodziny i Dorośli" zajęła w tym roku drugie miejsce. Był to jeden z
największych sukcesów rodzinnego zespołu. Aby przygotować się do tego festiwalu,
na potrzeby prób zaadaptowali garaż. – Potrzebowaliśmy dużo miejsca, aby móc
rozstawić cały sprzęt – opowiada pani Bożena.
Muzyka towarzyszy im od zawsze. Pani Bożena, która na co dzień zajmuje się
domem, posiada wykształcenie muzyczne. Jej mąż Paweł, z zawodu lekarz pediatra,
a z zamiłowania gitarzysta, udziela się przy parafialnej scholi "Nutki Jezusa",
która swoim śpiewem ubogaca Msze Święte dla dzieci. Z jego inicjatywy
organizowane są w parafii koncerty z udziałem scholi przy akompaniamencie
rodzinnego zespołu. – Myślę, że dziś muzyka może być również doskonałym
narzędziem ewangelizacji – stwierdza pan Paweł.
Państwo Mikulscy mają pięcioro dzieci, każde z nich śpiewa lub gra na jakimś
instrumencie. Starsze udzielają się w miejscowej orkiestrze dętej, a także z
tatą śpiewają w chórze parafialnym. Najstarszy syn Adam to
multiinstrumentalista: gra na skrzypcach, fortepianie, puzonie oraz gitarze
basowej. Jest teraz w klasie maturalnej muzycznej szkoły średniej. Sam już
komponuje. – Jest ważnym filarem naszego rodzinnego zespołu – to on aranżuje od
strony muzycznej nasze utwory – podkreśla pani Bożena. Kolejny syn –
siedemnastoletni Jacek gra na perkusji, a piętnastoletnia córka Asia na flecie i
fortepianie. Najmłodsze latorośle: pięcioletnia Zosia i czteroletni Marek
uwielbiają śpiewać. – A ja staram się to wszystko pozbierać i skoordynować –
mówi pani Bożena o rodzinnym zespole.
Państwo Mikulscy talent swoich dzieci postrzegają jako dar Boży, a zarazem
wielkie wyzwanie. – Czujemy się zobowiązani pielęgnować te zdolności. Tym
bardziej że nasze dzieciaki odnajdują w muzyce frajdę i realizują się dzięki
temu – wyjaśniają. Nie chcą zamykać się w czterech ścianach, więc jeśli jest
taka możliwość, starają się swoją muzyką ubogacić różne uroczystości lub wziąć
udział w jakimś festiwalu. – Czasami przy ładnej pogodzie wynosimy sprzęt do
ogródka i urządzamy plenerowy koncert dla znajomych i sąsiadów. Każdy może wtedy
zaśpiewać razem z nami – dodaje pan Paweł.
Muzyka to ważny czynnik spajający rodzinę. Oprócz wspólnych występów Mikulscy
uwielbiają razem chodzić na koncerty innych zespołów. – Dzięki temu, że sami
muzykujemy, potrafimy docenić występy innych – mówią.
Na czas podróży samochodem zawsze zabierają ze sobą płyty. – Jest wtedy
bardzo wesoło, szczególnie gdy wszyscy razem śpiewamy – przyznaje pani Bożena.
Czasem w domu ktoś coś zanuci, wtedy szybko przyłączają się inni. Z wieloma
piosenkami wiążą się piękne wspomnienia. I od słów: "A pamiętacie, jak…?",
zaczynają się niekończące się rozmowy.
Niesamowity klimat mają również wielkie spotkania rodzinne – np. przy okazji
świąt Bożego Narodzenia. – Spotykamy się wówczas u brata ciotecznego mojego
męża, który ma duży dom. Każdy gra, na czym umie, i rozpoczyna się wielkie,
kilkugodzinne kolędowanie. Śpiewają wtedy trzy pokolenia: dziadkowie, rodzice i
dzieci, łącznie blisko 30 osób – opowiadają. Także urodziny lub imieniny kogoś z
rodziny nie mogą się obejść bez gromkiego "Sto lat!" śpiewanego na kilka głosów.
W sierpniu starsze dzieci razem z tatą pielgrzymowały pieszo z Warszawy do
Częstochowy. Podczas pielgrzymki, w grupie kanonickiej, udzielały się muzycznie
– śpiewając Godzinki, Różaniec, Koronkę do Bożego Miłosierdzia i najróżniejsze
piosenki religijne. Wszystko przy akompaniamencie gitary i czasem skrzypiec. Już
teraz myślą o kolejnej pielgrzymce i przygotowują nowy repertuar.
Państwo Mikulscy wymieniają wiele korzyści wychowawczych płynących z
muzycznych zainteresowań swoich dzieci. – Ktoś, kto ma pasję muzyczną, posiada
inną, głębszą wrażliwość. Wydaje się nam, że widać to po naszych dzieciach.
Inaczej odbierają świat – nie ciągnie ich do płytkich, przyziemnych spraw i nie
siedzą godzinami przed telewizorem lub komputerem – wyjaśniają. Są dumni z
talentów swoich pociech i ich wytrwałości: – Nie zniechęcają się łatwo. Po
prostu wiedzą, że aby dobrze na czymś grać i coś osiągnąć, muszą na to ciężko
pracować. A co najistotniejsze, odnajdują w tym radość życia – podkreślają
rodzice.
Dziedziczna miłość do muzyki
Rodzinę Stanisławczyków z Tuchowa znają chyba wszyscy mieszkańcy tego
niewielkiego miasteczka w województwie małopolskim. Pani Ewa, osoba o złotym
sercu, jest cenioną dentystką, a pan Grzegorz wyśmienitym prawnikiem,
społecznikiem i redaktorem naczelnym lokalnej gazety "Tuchowskie Wieści". Muzyka
to nieodłączny element życia całej rodziny. Kto znalazł się na fotelu
dentystycznym w gabinecie przy ulicy Zielonej, mógł się przekonać, że pani Ewa
nawet podczas pracy nuci. Uwagę przykuwa wiszące na ścianie oprawione w ramkę
zdjęcie, na którym każde z dzieci trzyma jakiś instrument. I choć zdjęcie
zostało zrobione kilkanaście lat temu, dzieci dorosły i pojawiły się wnuki, to
rodzinne zamiłowanie do wspólnego muzykowania pozostało, a muzyczne zdolności
przekazywane są kolejnemu pokoleniu.
– Muzyka wnosi w życie naszej rodziny spokój i harmonię. To sfera, w której
wszyscy doskonale się rozumiemy – twierdzą zgodnie państwo Stanisławczykowie.
Muzykę kochali również ich rodzice. To po swojej mamie pani Ewa odziedziczyła
piękny głos, a pan Grzegorz po swoim tacie umiejętność gry na harmonii zwanej
potocznie "guzikówką". Ich córka Alicja z muzyką związała swoje życie zawodowe.
Ukończyła Akademię Muzyczną w Krakowie. Gra na flecie oraz śpiewa zawodowo. Dziś
można ją usłyszeć w Chórze Polskiego Radia. Występuje również w jednym z
krakowskich zespołów bluesowych. Pozostała trójka pomimo wykonywania zawodów
niezwiązanych z muzyką również pielęgnuje muzyczne zamiłowania: córka Małgorzata
gra na fortepianie, Piotr na akordeonie, a Andrzej, brat bliźniak Alicji – na
gitarze i pianinie. I już widać, że dużą muzykalność przejawiają także wnuki.
Nauka gry na instrumentach wymaga wielu wyrzeczeń i dużej samodyscypliny, aby
móc pogodzić lekcje w normalnej szkole z zajęciami w szkole muzycznej i wieloma
godzinami żmudnych ćwiczeń. Pani Ewa wspomina, że bardzo często zanosiła swoim
dzieciom na stację kolejową obiad, ponieważ prosto z liceum jechały pociągiem na
zajęcia do szkoły muzycznej w Tarnowie. – Wiązało się to ze sporym wysiłkiem,
ale nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że warto, ponieważ widzieliśmy, że nauka gry
sprawia im wiele radości i satysfakcji – opowiada.
W tym roku trzydziestopięciolecie swojej działalności będzie obchodził zespół
"Pokolenia", który Stanisławczykowie tworzą wraz z kilkoma innymi rodzinami.
Nazwa zespołu mówi sama za siebie – występują w nim rodzice i dzieci, dziadkowie
i wnuki. W repertuarze mają pieśni religijne, patriotyczne oraz piosenki
biesiadne. Oprócz tego w czasie różnych uroczystości, w tym również
liturgicznych, można usłyszeć rodzinne trio – panią Ewę z dwojgiem swoich dzieci
– Alicją i Andrzejem. Niedawno w teatrze w Tarnowie miał miejsce niezwykły
koncert. Charytatywnie na rzecz budującego się hospicjum zagrali i zaśpiewali w
nim pracownicy służby zdrowia. Wystąpiła również pani Ewa z synem Andrzejem,
który jest z zawodu rehabilitantem. Zaprezentowali pieśni bałkańskie.
Rozśpiewany dom państwa Stanisławczyków jest otwarty dla drugiego człowieka,
a rodzina cieszy się z dużego grona przyjaciół, których pozyskuje także dzięki
swojej pasji muzycznej. – Nasz talent traktujemy jako wielki dar Boży. Skoro go
otrzymaliśmy, to widocznie Bóg chce, abyśmy naszą grą i śpiewem przysparzali
radości innym – podsumowuje pani Ewa.
Muzyka to spotkanie
-Muzyka jest kolejnym językiem wyrażania siebie – mówi prof. Urszula Dudziak,
psycholog z Instytutu Nauk o Rodzinie KUL, której dzieci dorastały, ucząc się
gry na gitarze. – Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy młodzi ludzie
poświęcają czas na rozwijanie swoich zainteresowań muzycznych, to wszelkie zło
po prostu nie ma gdzie się wcisnąć. Czas poświęcony dobru owocuje, a takie
dzieci mogą być i są powodem do dumy dla swoich rodziców – podkreśla. Rodzicom,
którzy niepokoją się, do jakich grup rówieśniczych trafią ich pociechy, poleca
wszelkiego rodzaju koła i szkoły muzyczne, oczywiście pod warunkiem, że dzieci
same tego chcą i przejawiają zdolności w tym kierunku. Profesor Dudziak wymienia
jeszcze jeden niezwykle istotny aspekt całego zagadnienia. – Muzyka to także
okazja do spotkania się w kręgu rodzinnym i wspólnego śpiewania. Są to
niezapomniane i ubogacające momenty, które bardzo wzmacniają więzy rodzinne. –
Na naszych rodzinnych spotkaniach zawsze się śpiewa – przyznaje prof. Dudziak.
Bogusław Rąpała
