Bluźnierstwo zwane sztuką
We Włoszech nie słabną dyskusje wokół bluźnierczego spektaklu Romea
Castellucciego "O twarzy. Wizerunek Syna Boga", który został ostatnio wystawiony
w Mediolanie. Reżyser skarży się, że Papież nałożył na niego "chrześcijańską
fatwę", międzynarodowe media nazywają protestujących katolików "antysemitami" i
"fundamentalistami", a sam twórca przedstawienia przyrównuje ich do nazistów.
Nie tylko włoska, francuska, lecz także międzynarodowa prasa rozpisywała się
w ostatnich miesiącach o "katolickich fundamentalistach", "fanatykach",
"faszystach", nawet "antysemitach", którzy pozwolili sobie krytycznie odnieść
się do bluźnierczego przedstawienia Romea Castellucciego. Jesienią ubiegłego
roku spektakl ten był wystawiany w teatrach francuskich, w ubiegłym tygodniu
natomiast na swoich deskach prezentował go mediolański teatr Franco Parenti.
Kościół reaguje
We Francji produkcja Castellucciego wywołała ogromną burzę. Arcybiskup Paryża
ks. kard. André Vingt-Trois zorganizował czuwanie ekspiacyjne za grzechy
bluźnierstwa. Wielu Francuzów w ramach pokojowego protestu wyszło na ulice.
Interweniowała jednak policja, a media okrzyknęły protestujących "fanatykami" i
"faszystami". Niektórzy zostali postawieni przed sądem za "zamach na wolność
sztuki".
Sam reżyser wbrew oczywistym faktom naiwnie przekonuje, że jego produkcja
absolutnie nie ma na celu obrazy uczuć religijnych. Nieco inaczej tę sprawę
ośmielił się ocenić metropolita archidiecezji mediolańskiej, na której terenie
przewidziano wystawienie spektaklu, a kilka dni później także Stolica
Apostolska. W komunikacie ks. kard. Angelo Scola, arcybiskup Mediolanu, zwrócił
uwagę, że planując repertuar, dyrekcja teatru powinna była zwrócić uwagę na
społeczny wymiar wolności wypowiedzi. Zaapelował do dyrektor teatru Andrée Ruth
Shammah o poszanowanie "wrażliwości tych mieszkańców Mediolanu, którzy w
wizerunku Chrystusa widzą Wcielenie Boga, pełnię człowieczeństwa i przyczynę
własnego istnienia". Podkreślił też, że modlitwie, która powinna stać się
wyrazem niezgody na bluźnierstwo, nie może towarzyszyć żaden rodzaj agresji,
nawet tej werbalnej. Pięć dni później ks. prałat Peter Brian Wells, asesor do
spraw ogólnych w Sekretariacie Stanu Kurii Rzymskiej, wydał oświadczenie
potwierdzające, że przedstawienie ma charakter obrazoburczy wobec Jezusa
Chrystusa. Zauważył, że odpowiedź wspólnoty chrześcijan na tego typu
reprezentacje powinna być zdecydowana, odpowiednio dostosowana i jednocześnie
kierowana przez pasterzy.
Katolików można obrażać
Odpowiedź ta wzburzyła reżysera, który w wywiadzie udzielonym dziennikowi "La
Stampa" stwierdził, że Watykan rzucił na niego rodzaj "chrześcijańskiej fatwy".
Wyraził zaniepokojenie sytuacją, w której kultura zmierza do "powrotu do
inkwizycji i cenzurowania sztuki". Stwierdził, że atmosfera panująca wokół jego
produkcji "przyczynia się do śmierci sztuki", i potępił głos Watykanu i władz
kościelnych, który rzekomo "stanowi zagrożenie dla wolności myślenia". Na
pytanie o przyczyny, dla których ludzie protestują, Castellucci odpowiedział, że
"protestujący zostali zmanipulowani przez jakiegoś bardzo cwanego polityka". –
Bardzo przytłaczający jest fakt, że to są świetnie ubrani osiemnastolatkowie.
Przypomina to nazistowską młodzież… – skomentował.
Andrée Ruth Shammah, dyrektor włoskiego teatru, również zaatakowała Kościół.
– Myślałam, że tradycja katolicka jest bardziej tolerancyjna – oświadczyła.
Ponieważ dotarły do niej liczne głosy protestu, powołując się na swoje żydowskie
pochodzenie, stwierdziła, że sprzeciwiający się wystawieniu spektaklu są…
antysemitami.
Takimi też epitetami obrzuciła katolików broniących swoich przekonań
religijnych międzynarodowa prasa. Co ciekawe, niemal w tym samym czasie w
Barcelonie grupa blisko 200 zwolenników aborcji zaatakowała pokojowo
manifestujących katolików, którzy każdego 25. dnia miesiąca zbierają się w
pobliżu szpitala, gdzie przeprowadzane są aborcje, i z modlitwą na ustach
przechodzą pod bazylikę Świętej Rodziny. Tym razem, jak podał portal Life Site,
zostali oni obrzuceni kamieniami i różnego rodzaju odpadkami. Niestety, żadne z
owych znaczących mediów, które piętnowały "nietolerancyjnych katolików" we
Włoszech i Francji, nie zauważyło w tym dość częstym skądinąd wydarzeniu
niczego, co należałoby potępić i o czym przynajmniej należałoby wspomnieć.
Anna Bałaban
