Cenzura w kulturze

Z dr Moniką Herrero, dziekanem wydziału dziennikarskiego Uniwersytetu
Nawaryjskiego w Pampelunie, rozmawia Agnieszka Żurek

"Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym" – to zdanie wyrecytuje każdy
licealista. Nie bardzo chyba jednak wiemy, co to właściwie znaczy.

– Dzisiaj możemy otrzymać za darmo informację na każdy temat. Jaką tylko
chcemy. Są to jednak na ogół wiadomości na poziomie bardzo ogólnym. Ludzie,
zwłaszcza młodzi, rzadko kiedy mają zwyczaj ich pogłębiania – tym bardziej jeśli
trzeba za to zapłacić, choćby kupując gazetę. Myślę, że w sposobie pozyskiwania
dostępu do informacji przeszliśmy prawdziwą rewolucję. Stało się to dzięki
internetowi, który zapewnia dostęp do darmowych wiadomości. Powszechny dostęp do
internetu sprawił, że odzwyczailiśmy się od płacenia za informacje.

Stracił na tym prestiż zawodu dziennikarza?

– Zawód dziennikarza jest często niedoceniany, a dziennikarze bywają
oskarżani o całe zło tego świata. Tymczasem wciąż nie brakuje młodych ludzi,
którzy wybierają tę pracę. W Hiszpanii mamy ponad 50 szkół komunikacji
medialnej. Co roku opuszcza je 20000 absolwentów dziennikarstwa, public
relations i reklamy.

Znajdują zatrudnienie w swoim zawodzie?

– Praca dziennikarza nie jest dobrze opłacana, stypendia naukowe nie są
wysokie – wynoszą około 500 euro miesięcznie. Nie jest to kwota, za którą można
normalnie funkcjonować w Hiszpanii. Tak nie powinno być, ale żeby temu zaradzić,
trzeba by było zmienić kulturę odbiorców przyzwyczajonych do tego, że informacje
otrzymują za darmo.

Z jednej strony za darmo, z drugiej informacja bywa traktowana jak
towar. Wiele mediów pozostaje w rękach prywatnych właścicieli, którzy od
zatrudnionych dziennikarzy oczekują prezentowania określonej wizji
rzeczywistości.

– W świecie mediów istnieje coś, co możemy nazwać "identyfikacją z określoną
marką". Jeżeli dziennikarz wybiera pracę w określonym medium, na ogół wie, czego
się spodziewać, jaki system wartości wyznawany jest w danym środowisku. Media
mogą być rozmaite, to normalne – istnieje przecież pluralizm. Tę samą sprawę
można opisywać z różnych punktów widzenia. Ważna jest uczciwość. Istotne jest
także to, żeby identyfikacja z marką była przejrzysta. Dziennikarz powinien mieć
możliwość podjęcia pracy, w której jego przekonania są przynajmniej szanowane.

Dziennikarze bywają ograniczani presją reklamodawców?

– Ta presja może być zarówno negatywna, jak i pozytywna. W Hiszpanii byliśmy
ostatnio świadkami takiej właśnie pozytywnej presji ze strony reklamodawców.
Pewien program rozrywkowy – reality show "La Noria", zaprezentował wywiad z
matką mordercy młodej kobiety, która na wizji broniła swojego syna.
Reklamodawcy, którzy wcześniej wspierali ten program, zdecydowali się wycofać
swój sponsoring. Mimo że był on nadawany w najlepszym czasie antenowym,
reklamodawcy odmówili wspierania go ze względu na prezentowane w nim treści.
Program zniknął na pewien czas z anteny. Wrócił, kiedy jego wydawca przeprosił
publiczność.

Reklamodawcy zareagowali sami z siebie czy pod naciskiem opinii
publicznej?

– Wielką rolę odegrały tu portale społecznościowe, takie jak Twitter i
Facebook.

Można pokusić się o twierdzenie, że ludzie są już zmęczeni przemocą
promowaną w mediach?

– Tak. Dzięki portalom społecznościowym odbiorcy mają także więcej możliwości
organizowania się niż kiedyś. Zwiększyła się zatem siła ich oddziaływania.
Portale społecznościowe mogą być także dobrym źródłem pozyskiwania talentów
dziennikarskich. Bywa, że popularni blogerzy stają się z czasem znanymi
dziennikarzami. Zdarza się nawet, że seriale zamieszczane z początku jedynie w
internecie, z czasem trafiły na ekrany telewizyjne. Odbiorcy środków komunikacji
mają większy niż kiedyś wpływ na ich treść i mogą wpływać także na ich jakość.
Kiedyś nie było to możliwe. Można było oczywiście działać w stowarzyszeniach
zrzeszających widzów i w ich imieniu zabierać głos, był on jednak na ogół słabo
słyszalny. Teraz dzięki portalom społecznościowym można szybko zwołać na
przykład bojkot konsumencki, który będzie w stanie "zdjąć program z anteny". To
bardzo dobre zjawisko.

Dziennikarze pracujący w głównych mediach na ogół wiedzą, jaka jest
obowiązująca linia władzy i wyczuwają, o czym można pisać bezpiecznie, a jakiego
tematu lepiej nie dotykać.

– Tak, cenzura wewnętrzna istnieje także w hiszpańskich mediach. Myślę
zresztą, że tak jest w całej Europie. Wynika to zapewne z ogromnej siły, jaką
mają koncerny medialne. Dziennikarstwo nie jest łatwym zawodem. Na blogu
oczywiście możesz napisać, co chcesz, ale tym, na co zwraca uwagę opinia
publiczna, nie jest twój blog, ale to, co napiszą główne gazety. Co ciekawe,
liczba czytelników papierowych wydań gazet się zmniejszyła, ale liczba osób
identyfikujących się z danym tytułem pozostaje taka sama.

Czy rząd hiszpański zapowiada jakieś ograniczenia w dostępie do
informacji w internecie? Nasz premier tego nie wyklucza.

– Czy on jest komunistą?

Mówi, że nie.

– Cenzura internetu istnieje w Chinach. Kiedy odwiedziłam Chiny, byłam tym
przerażona. Mimo że przyjechaliśmy tam jako zagraniczna delegacja i mimo że
mieszkaliśmy w "prozachodnim" hotelu, kiedy chcieliśmy skorzystać z internetu,
nie mogliśmy po prostu włączyć komputera i uruchomić przeglądarki. Korzystaliśmy
z niego pod kontrolą. Możemy wiele mówić na temat ekonomicznego rozwoju Chin, na
temat perspektyw handlu z tym krajem, ale dopóki ceną za to jest wolność, jest
to nie do zaakceptowania. Jestem bardzo zaniepokojona sytuacją w Chinach.
Pamiętam, kiedy po wizycie w tym kraju chcieliśmy wysłać poznanej katoliczce –
kierowcy taksówki z Pekinu – kilka książek z dziedziny duchowości. Wysłaliśmy
e-mail na adres ambasady z pytaniem, czy nie narazimy w ten sposób tej kobiety
na przykrości. Dostaliśmy odpowiedź z innego adresu e-mailowego niż ten, pod
który pisaliśmy. Poproszono nas, żebyśmy na przyszłość nie zadawali tego rodzaju
pytań e-mailem i żebyśmy absolutnie nie wysyłali do Chin lektur na tematy
duchowe, bo ich adresat będzie miał z tego powodu poważne problemy. Żyjemy z XXI
wieku, a wciąż istnieje cenzura i brak wolności wyznania.

Europy też to dotyczy?

– Tak, ale moim zdaniem nie tyle w sferze informacji, ile w sferze rozrywki i
kultury. W Hiszpanii istnieje wiele tytułów gazet i mimo że te reprezentujące
światopogląd katolicki – takie jak "ABC" czy "El Razon" – nie są może tymi
najlepiej się sprzedającymi, to jednak można tu mówić o pluralizmie. Inaczej
jest natomiast w rozrywce. Tutaj obowiązuje monopol światopoglądu rodem z
amerykańskich seriali, takich jak "Przyjaciele". Wczoraj byłam w Wyższej Szkole
Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, spotkałam się z młodymi ludźmi i
zapytałam ich, ilu z nich oglądało bądź ogląda ten serial. Zdecydowana większość
odpowiedziała twierdząco. Większość młodych chciałaby wręcz żyć tak, jak
bohaterowie tego serialu. To jest prawdziwy problem. Można sobie nie zdawać z
tego sprawy, ale to, co oglądamy, ma na nas ogromny wpływ. Czasami naśladujemy
pewne modele na poziomie podświadomym. Kultura, w jakiej żyjemy, wywiera wpływ
na nasze wybory, na kształtowanie się naszego systemu wartości, na nasz styl
życia. Przekaz audiowizualny ma wielką siłę. Nie stoję na stanowisku, że kultura
popularna ma prezentować wyłącznie żywoty świętych, ale uważam, że powinna dobro
pokazywać jako dobro, a zło jako zło. Jest to wielkim zadaniem dla scenarzystów
i reżyserów. Na moim uniwersytecie w Nawarze mamy studia magisterskie w
dziedzinie pisania scenariuszy. Stanowi to pewną odpowiedź na potrzeby naszych
czasów.

Uważa Pani zatem, że większym problemem niż brak dostępu do
informacji jest określony profil współczesnej kultury, pod wpływem którego
informacje tracą na wartości?

– Tak. Dostęp do informacji mamy właściwie nieograniczony, ale filtrujemy je
– nawet podświadomie – przez klisze, które wdrukowała nam popkultura. Podam
przykład: w chwili przegłosowania w Hiszpanii prawa do zawierania układów
homoseksualnych na wzór małżeństw w serialach "rodzinnych" geje i lesbijki
pojawili się jako pozytywni bohaterowie. Oczywiście, homoseksualiści są dziećmi
Bożymi i należy im się szacunek, ale nie oznacza to, że należy ich pokazywać w
serialach dla młodzieży jako modele godne naśladowania, jako ludzi lepiej niż
inni ukształtowanych i pełniej przeżywających swoją egzystencję.

W kulturze nie istnieje zatem pluralizm medialny?

– Nie, w godzinach najwyższej oglądalności w telewizji zupełnie nie ma
pluralizmu kulturowego. Nie jest to tylko wina promowania określonego
światopoglądu, ale także tego, że media katolickie zaniedbują często ofertę
rozrywkową, przez co nie stanowią konkurencji dla mediów laickich. Oferta
rozrywkowa jest w katolickich mediach często pomijana bądź prezentowana na dość
niskim poziomie. Z tego powodu nie przyciąga widzów. To samo dotyczy internetu.
Strony katolickie często kładąc nacisk na zawartość merytoryczną, uważają, że
ona sama się obroni i że niepotrzebna jest jej atrakcyjna oprawa graficzna.
Media katolickie bywają niedoceniane, miewają niską oglądalność, ponieważ bywają
po prostu nieatrakcyjne. Trzeba dbać zarówno o zawartość merytoryczną, jak i o
wysoki poziom jej prezentacji.

Może Pani podać jakiś pozytywny przykład w tej dziedzinie?

– Opiszę to na przykładzie naszej uczelni. Uniwersytet w Nawarze należy do
Opus Dei, jest prywatną uczelnią katolicką. Studiują tutaj jednak nie tylko
katolicy, ale także wielu niewierzących. Wybierają naukę właśnie w tym miejscu
ze względu na wysoki poziom kształcenia i dobrą reputację, jaką cieszy się
uniwersytet. Moi studenci pracują w różnych miejscach. Nie chodzi o to, żeby
stworzyć wąską grupę katolików przebywających razem. Dużo bardziej katolickie
jest szukanie kontaktu z innymi ludźmi.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj