Kłamstwa bolały

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska
mjr. Arkadiusza Protasiuka, rozmawia Marta Ziarnik

Dokładnie dwa tygodnie temu rozmawialiśmy na temat spodziewanych
wyników ekspertyzy IES. Dokument poważnie narusza konstrukcję raportu Jerzego
Millera. Doczekał się Pan jakiejś formy przeprosin od osób, które przesądzały o
tym, jakoby Pana syn uległ naciskom?

– Nie tylko nie doczekaliśmy się przeprosin od tych, którzy forsowali te
kłamstwa, ale nawet żadnego stanowiska w tej sprawie ze strony przełożonych
Syna. Ale mówiąc szczerze, to po tym, czego doświadczyliśmy przez te ostatnie
miesiące, chyba się nawet tego nie spodziewaliśmy. Podczas ostatniej naszej
rozmowy powiedziałem pani, że wszystkie te kłamstwa nie były przypadkowe. Ich
celem było bowiem maskowanie prawdziwych przyczyn katastrofy i chronienie przed
odpowiedzialnością osób, które rzeczywiście ponoszą winę za koszmarną
organizację lotu do Smoleńska. A że przy tym zszargano dobre imię naprawdę
świetnych pilotów i zniesławiono polski mundur – no cóż, przecież ktoś musiał
być kozłem ofiarnym. A wiadomo, że MAK nie od dziś wychodzi z założenia, że
nieżyjący się już nie obronią. Dlatego też chciałbym dołączyć się do
podziękowań, które wczoraj złożyła na łamach "Naszego Dziennika" pani Ewa
Błasik. Także w imieniu własnym chciałbym podziękować "Naszemu Dziennikowi", bo
jako jedno z naprawdę bardzo nielicznych mediów nie uległ histerycznej nagonce
opierającej się jedynie na domysłach, podsycanych przez osoby, które
wielokrotnie skompromitowały się swoimi teoriami. Dziękuję, że oparliście się
tej łatwej ścieżce serwowania toksycznej dawki sensacji bez wcześniejszego
zweryfikowania, co wybrała zdecydowana większość dziennikarzy. I z taką
determinacją staraliście się dotrzeć do faktów i ekspertów, którzy naprawdę
rzetelnie podejmowali się analizy przyczyn tej tragedii, choć kosztowało to na
pewno wiele wysiłku. Co prawda wyniki ekspertyzy krakowskich ekspertów, choć
bardzo dużo wnoszą do sprawy, jeszcze jej nie wyjaśniają i droga ta jest daleka,
ale wierzę, że dzięki pracy uczciwych dziennikarzy i pracy ekspertów, którzy
rzeczywiście chcą dociec prawdy, wreszcie dane będzie nam ją poznać.

Część dziennikarzy zachowuje się, jakby ogarnął ich stan ciężkiej
amnezji. Niewielu chce pamiętać o tekstach, które pisali przecież jeszcze nie
tak dawno…

– Ale to przecież nic nowego. Dziś, jak zauważam, dziennikarze kreują się na
wielkich ekspertów, którym wszystko wolno. Wolno im nie tylko rzucać
niepotwierdzone oskarżenia, ale nawet kreować rzeczywistość na własne potrzeby,
i to bez jakiejkolwiek odpowiedzialności. To jest bardzo niebezpieczne, a
najlepiej świadczy o tym właśnie przykład tragedii smoleńskiej. We wczorajszym
wydaniu "Naszego Dziennika", w komentarzu zatytułowanym "Nikomu nie ufałam",
dopatrzyłem się adekwatnej sytuacji, jakiej sam wraz z żoną doświadczyłem tuż po
katastrofie. Podobnie jak do domu ojca generała Andrzeja Błasika, także do nas
podstępnie wdarło się wielu dziennikarzy, w tym także ze wspomnianego "Super
Expressu", i bez informowania nas robiło zdjęcia, próbowało nas nagrywać. W
następnych dniach, w bodajże dwóch tytułach, pojawiły się później rzekome
wywiady ze mną i moją żoną, których tak naprawdę nigdy nie udzielaliśmy. Dlatego
też, podobnie jak pani Ewa Błasik, mieliśmy ogromne poczucie krzywdy i nie
potrafiliśmy zaufać mediom. Przełomem była dopiero rozmowa z panią z
października 2010 roku.

Gdyby miał Pan dzisiaj możliwość zadania konkretnych pytań
dziennikarzom kreującym fałszywy przekaz po 10 kwietnia 2010 roku, o co by Pan
zapytał?

– Mówiąc szczerze, to nie wiem, czy podobna konfrontacja miałaby sens. Bo
skoro osoby te nie potrafią przyznać się do swoich – nazwijmy to delikatnie –
błędów, to nawet gdybym zapytał o coś konkretnego, nie sądzę, żebym usłyszał
szczerą odpowiedź. A kolejne kłamstwa nie są mi do niczego potrzebne. Ale
faktycznie czuję duży niesmak, kiedy widzę, jak dziennikarz, który do tej pory
idealnie wpisywał się w dezinformujący i zniesławiający przekaz, dziś,
rozmawiając z rodzinami ofiar, gra rolę współczującego i rozumiejącego ból
swojego rozmówcy słuchacza. Jedno, co mnie zastanawia, to to, czy taka osoba,
patrząc w lustro, dobrze się ze sobą czuje, czy nie jest jej wstyd.

Które, nazwijmy to, informacje o załodze sprawiły Panu największą
przykrość?

– Takich kłamstw było tak dużo, że nie sposób ich tutaj wymienić. Niemniej
jednak do dziś pamiętam nagłówki gazet, w których jacyś anonimowi "eksperci"
ujawniali sensacyjne frazy wypowiadane przez załogę, które – jak potwierdził to
krakowski instytut – nie tylko nie miały miejsca, ale nawet nie pasowały w żaden
sposób do kontekstu prowadzonych przez załogę rozmów. Przykładem była wrzutka,
jakoby Arkadiusz miał powiedzieć: "Tak lądują debeściaki", co miało
korespondować z rosyjską teorią o brawurze pilotów. Kiedy ta konstrukcja została
podkopana, w mediach jakiś kolejny anonimowy "ekspert" zaczął forsować tezę, że
dowódca lotu dopuścił się wielu błędów, które ostatecznie doprowadziły do
katastrofy, a działał pod wpływem presji dowódcy Sił Powietrznych. Na
potwierdzenie tej tezy włożono w usta mojego Syna tekst: "Jak nie wyląduję, to
mnie zabije". Bolały także powielane kłamstwa o nieznajomości języków, podczas
gdy Arkadiusz – co potwierdzają także jego nauczyciele – był bardzo sumienny w
nauce i opanował język angielski i rosyjski na bardzo dobrym poziomie. Poważne
zaś braki w tej materii wykazali kontrolerzy z Siewiernego.

Biegli pracują nad ekspertyzą stanu psychoemocjonalnego załogi. Nie
obawia się Pan, że cechy osobowe Pana syna będą dowolnie interpretowane przez
dziennikarzy?

– Czekam na tę ekspertyzę. Obawiam się tylko, że w sytuacji, gdy coraz więcej
dowodów podważa dotychczasowe teorie serwowane nie tylko przez MAK, ale i przez
polską komisję Jerzego Millera, jej członkowie i osoby, które ją powołały, mogą
starać się tak mieszać, by uniknąć odpowiedzialności za matactwa i
niedopełnienie obowiązków.

Jak ocenia Pan zachowanie samego Jerzego Millera, który pomógł
"Gazecie Wyborczej" wsadzić do kokpitu drugiego generała – Tadeusza Buka?

– Oceniam to jako kolejną, niesłychanie ordynarną wrzutkę medialną, która ma
na celu odwrócenie uwagi od istoty rzeczy i zastąpienie jej kolejnymi
kłamstwami. Nie zdziwię się, jeśli niedługo ze wspomnianej przez panią gazety,
która wiedzie prym w rozgłaszaniu nieprawdziwych informacji, dowiemy się, że do
kokpitu wszedł któryś z posłów i wymusił na pilotach oddanie sterów.

Nie dziwi Pana, że żaden z członków komisji nie chce się też przyznać
do zidentyfikowania głosu gen. Błasika?

– A czego się pani spodziewała? Skoro to kłamstwo zostało podważone, to na
pewno szybko nie znajdzie się chętny, który weźmie je na siebie. W ten sposób
przecież całkowicie się skompromituje. A podejrzewam, że mogło być i tak, że
żaden z nich wcale głosu dowódcy Sił Powietrznych nie zidentyfikował, ale
dostali taki prikaz, żeby gdzieś go wpleść, żeby pasowało do z góry przyjętej
teorii.

Po blamażu z rozpoznawaniem głosów w kokpicie nie obawia się Pan, że
komisarze Millera mogli równie "pieczołowicie" potraktować pozostałe badania?

– Od samego początku mówiłem, że ani raport MAK, ani komisji Millera, nie są
dla mnie żadnym rzetelnym źródłem informacji na temat przyczyn katastrofy. Nie
obawiam się, ja wiem, że całe to badanie było prowadzone w podobny sposób.
Dlatego wielokrotnie już podkreślałem – podobnie jak zdecydowana większość
rodzin ofiar – że konieczna jest międzynarodowa komisja do zbadania sprawy
katastrofy pod Smoleńskiem. Inaczej nie poznamy prawdy.

Czego jako ojciec dowódcy lotu do Smoleńska oczekuje Pan teraz od
państwa polskiego?

– Oczekuję, że pokażemy światu, iż jesteśmy europejskim, cywilizowanym
krajem, w pełni demokratycznym i przedstawiciele państwa polskiego pociągną do
odpowiedzialności wszystkie osoby, które w badaniu katastrofy pod Smoleńskim
dopuściły się jawnego pogwałcenia przepisów prawa.

Po dwóch latach nad wrakiem samolotu na Siewiernym stanęła wreszcie
wiata, która ma chronić go przed wpływem niekorzystnych warunków
atmosferycznych. Nie zastanawia Pana, dlaczego właśnie teraz sfinalizowano to, o
co strona polska apelowała przez tyle miesięcy?

– Może Rosjan zmusiła do tego kroku właśnie ekspertyza krakowskiego instytutu.

To znaczy?

– Jego wyniki podważają przecież dotychczasowe informacje zawarte w raporcie
MAK i komisji Jerzego Millera, a tym samym budzą wzmożone zainteresowanie
ekspertów, w tym także zagranicznych. W mijającym tygodniu odbyła się przecież w
Sejmie telekonferencja z udziałem prof. Wiesława Biniendy i prof. Kazimierza
Nowaczyka z USA, podczas której przedstawili naukowe dowody podważające
dotychczasowe ustalenia. Może więc osłonięcie wraku ma teraz na celu odwrócenie
uwagi od tej sprawy i stworzenie pozorów, że dowód jest pieczołowicie
zabezpieczony?

Nie obawia się Pan, że Rosjanie nigdy nie zwrócą nam szczątków wraku?

– To jest bardzo prawdopodobne. Wrak, choć już mocno – bo celowo –
zniszczony, w dalszym ciągu stanowi przecież ważny dowód w śledztwie. Zwłaszcza
że podczas wspomnianej już konferencji w Sejmie eksperci i naukowcy podkreślali,
iż oględziny skrzydła mogłyby im pomóc wyjaśnić wreszcie z całą pewnością, że
twierdzenia MAK, jakoby uderzenie w brzozę ostatecznie przesądziło o
katastrofie, są nieprawdziwe. Teraz zamknięcie wraku w osłoniętej konstrukcji
sprawi, że nie będzie już możliwości robienia zdjęć z ukrycia, które mogłyby dać
ekspertom namiastkę takich oględzin, których od Rosji nie możemy się doprosić.
Pamiętamy też, że to właśnie dzięki zdjęciom i filmom kręconym nieoficjalnie
udowodniono, iż Rosjanie celowo niszczyli wrak i stanowią one obecnie ważny
dowód w sprawie. Dlatego zrozumiałe jest, że stronie rosyjskiej szalenie zależy
na tym, by Polska tego wraku nigdy nie odzyskała.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj