Kto dopisał generała

Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego
samodzielnie "uzupełniła" stenogramy Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego
Policji, uznaniowo przyporządkowując niektóre wypowiedzi gen. Andrzejowi
Błasikowi.

Nie tylko z tego powodu członkowie tzw. komisji Millera nie mają już
wątpliwości, że po powołaniu nowej komisji będą musieli tłumaczyć się z tego, w
jaki sposób procedowali sprawę katastrofy Tu-154M.
Komisja Jerzego Millera pracowała w Warszawie w dwóch pomieszczeniach. Jedno z
nich było pomieszczeniem z ograniczonym dostępem. Ten podział miał wymiar
głębszy niż tylko przestrzenny. Ci specjaliści, którzy pracowali w lokalu o
ograniczonej dostępności, kwestionowali ustalenia raportu i postulowali
przedłużenie dochodzenia komisji, żeby należycie wyjaśnić wszelkie wątpliwości –
dowiedział się "Nasz Dziennik". Raport jednak został przyjęty bez wykonania
kompletu koniecznych ekspertyz ze względu na presję polityczną, żeby przed
wyborami zakończyć badanie katastrofy.
– Komisja Millera procedowała w sposób bezwzględnie niepoprawny metodologicznie.
Jeśli się nie ma wraku, nie przeprowadza się szeregu dowodów, a stawia się tezy
– to później te tezy bardzo łatwo się sypią. Teraz ten raport jest
bezwartościowy, choć w niektórych punktach przez przypadek może oddawać stan
faktyczny. Na pewno w niczym nie pomoże prokuraturze – ocenia mec. Piotr
Pszczółkowski, pełnomocnik prawny Jarosława Kaczyńskiego.
Miałkości ustaleń komisji nie dało się już dłużej ukrywać po tym, jak Instytut
Ekspertyz Sądowych stwierdził jednoznacznie, że żaden z głosów zarejestrowanych
przez czarne skrzynki Tu-154M nie należał do gen. Andrzeja Błasika. Mimo to
niektórzy członkowie komisji uparcie trwają przy swoich wcześniejszych tezach. –
Według stanu wiedzy na dzień dzisiejszy nic nie podważyło naszych ustaleń.
Prokurator Szeląg przekazał jedynie, że biegłym nie udało się przypisać żadnej
wypowiedzi, która pada w kokpicie, dowódcy Sił Powietrznych – tak wyniki prac
krakowskich biegłych dotyczących katastrofy Tu-154 skomentował w telewizyjnym
wywiadzie dr inż. Maciej Lasek, członek komisji Jerzego Millera. Jego zdaniem,
gen. Błasik był w kokpicie, ale nie wywierał presji na załogę, był jedynie
biernym obserwatorem. Co więcej, Lasek ujawnił, że komisja samodzielnie
przypisała dowódcy Sił Powietrznych trzy frazy: "250 metrów", "100 metrów" i
"Nic nie widać?". W ekspertyzie Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego
Policji, realizowanej na potrzeby dochodzenia dotyczącego przyczyn i przebiegu
katastrofy smoleńskiej, słowa te nie zostały przyporządkowane żadnej osobie.
Członkowie komisji mają jednak głowy nie od parady. Jak relacjonował Lasek,
wypowiedzi te sami przypisali gen. Błasikowi – "na podstawie kontekstu
sytuacyjnego". – Laboratorium policji stwierdziło, że nie jest to głos nikogo z
załogi – przyznał Lasek.
Jaki był "kontekst sytuacyjny" samowolnego przypisania przez komisję
niezidentyfikowanych wypowiedzi akurat dowódcy Sił Powietrznych? W TVN24 tak to
przedstawił Maciej Lasek: "Dowódca samolotu podejmuje decyzję o przerwaniu
podejścia do lądowania dopiero po informacji od nawigatora, który podawał
wysokość radiową. Czyli to była dla niego informacja wiążąca. W związku z czym
przyjęliśmy, że osoba, która stała w kokpicie, z tyłu… ten głos został zebrany
przez jeden z trzech mikrofonów, wpisany w tło, ale nie był słyszany dla
pozostałych członków załogi".
Jak relacjonował dalej, komisja uwzględniła wyniki badań przeprowadzonych na
miejscu wypadku przez prokuratorów rosyjskich. – Są materiały świadczące o tym,
że dowódca do końca był w kokpicie – przekonywał członek komisji Millera, choć
podczas konferencji prokuratorów hipoteza ta praktycznie upadła.
Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji w kwestii nagrań w ogóle nie
rozmawia z dziennikarzami. – Nie zabieramy głosu w tej sprawie. Nasza opinia
jest własnością komisji smoleńskiej i prokuratury. To jest sprawa polityczna, a
my jesteśmy instytucją apolityczną – skwitował insp. Mariusz Sokołowski,
rzecznik Komendy Głównej Policji.
– Dziwię się, że CLKP na ten temat się nie wypowiada. To [wypowiedź M. Laska –
red.] podważyło przecież wiarygodność CLKP, dlatego w obronie własnego interesu
powinno powiedzieć o tym, co zrobiło. Powinno bronić dobrego imienia swojej
instytucji i prawidłowości szeregu postępowań karnych, które dziś są prowadzone
w oparciu o ich opinie – mówi mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik prawny Ewy
Błasik, żony dowódcy Sił Powietrznych, który zginął na Siewiernym.
Prawnik podkreśla, że uzupełnianie opinii fonoskopijnej jest niedopuszczalne. –
To jest szokujące. Świadczy o tym, że coś sfabrykowano. Nikt przecież nie mówił,
że uzupełnia się opinię fonoskopijną. Komisja badająca wypadki lotnicze ma się
opierać na nagraniach. Nie jest natomiast uprawniona do tego, by budować jakieś
hipotezy tylko po to, by odpowiadały jakiejś sytuacji. Ma fakty interpretować, a
nie sama je tworzyć – bo rozumiem, że do tego się sprowadza uzupełnienie opinii
o głos gen. Błasika. Komisja mówi tymczasem, że to wynika z kontekstu
sytuacyjnego – to niebywałe. Przyznali się do tego dopiero po tym, jak
prokuratura upubliczniła najnowsze stenogramy, które podważają tezy raportu
Millera – ocenia mec. Kownacki. I dodaje, że w tej sytuacji musi rozważyć
podjęcie kroków prawnych. – Nie jestem w stanie pociągnąć tych ludzi do
odpowiedzialności zawodowej. Być może trzeba jednak rozważyć odpowiedzialność
karną tych osób, które dopuściły się nieprawidłowości zarówno w sprawach MAK,
jak również w sprawach komisji Millera – deklaruje Kownacki. Nie udało się nam
wczoraj skontaktować z członkami komisji. Maciej Lasek, mimo że wcześniej
zapewniał, iż jest gotów na rozmowę, w umówionym czasie nie odbierał telefonu.

– Ekspertyzy ABW i Centralnego Laboratorium Policji też się różnią. To jest
normalne – w ten sposób Jerzy Miller, który stał na czele polskiej cywilnej
komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, skomentował różnice pomiędzy
stenogramami rozmów w kokpicie, na których pracowała jego komisja, a tymi
ujawnionymi w poniedziałek przez prokuraturę wojskową, autorstwa krakowskiego
IES. Miller był wyraźnie sfrustrowany. Powiedział jedynie – inaczej niż to
przedstawiał Maciej Lasek – że głos gen. Błasika zidentyfikował zespół
Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji.

Sąd nad Klichem
Jest tajemnicą poliszynela, że w Państwowej Komisji Badania Wypadków
Lotniczych, której pracami kieruje Edmund Klich, dzieje się źle. Wczoraj do
komisji wpłynął nawet wniosek jednego z jej członków o odwołanie
przewodniczącego. Według informacji "Naszego Dziennika", złożył go Tomasz
Makowski. Ten jednak nie chce tego w żaden sposób komentować. – To nasza
wewnętrzna sprawa – ucina krótko.
Ostateczna decyzja o dymisji Klicha należy do ministra transportu Sławomira
Nowaka, gdyż PKBWL usytuowana jest w strukturach tego resortu. PKBWL będzie
głosować nad wnioskiem jeszcze w tym miesiącu.
Przypomnijmy, że Edmund Klich jako pierwszy podniósł kwestię domniemanej
obecności gen. Błasika w kokpicie Tu-154. Polski akredytowany przy
Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym – na to stanowisko rekomendował go Aleksiej
Morozow, wiceszef MAK – niemal od początku lansował wersję katastrofy
zadziwiająco zgodną z tezami forsowanymi przez Rosjan. Były naciski na załogę,
zarzuty pod adresem pilotów o brak wyszkolenia itp.
Po publikacji najnowszych stenogramów z czarnych skrzynek Klich za wszelkie
zaniedbania na terenie Federacji Rosyjskiej chce obarczyć winą płk. Mirosława
Grochowskiego. Przekonuje w mediach, że na miejscu katastrofy byli wojskowi płk.
Grochowskiego, mogli więc prosić akredytowanego np. o pomoc w organizacji
dostępu do wraku. A tego nie zrobili. – Ale to Klich wyjechał ze Smoleńska w
momencie, kiedy Polacy mieli zbadać wrak samolotu. Skarżył się wtedy przed
Tuskiem, że Parulski wchodzi mu w drogę – komentuje Ignacy Goliński, były
członek PKBWL. – Nie dziwię się, że wpłynął wniosek o odwołanie Klicha. Z tego,
co wiem, współpraca szefa z członkami komisji się nie układa. A poza tym ma on
dość niskie kompetencje, dlatego popełniał wiele błędów przy badaniu wypadków
lotniczych – dodaje Goliński.
To zresztą nie pierwszy wniosek o odwołanie Edmunda Klicha. W roku ubiegłym
wniosek taki trafił na biurko ówczesnego ministra Cezarego Grabarczyka, ale ten
nie zdecydował się go uwzględnić. Jak podawały wówczas media, 13 z 15 członków
komisji zarzucało Klichowi m.in., że jego "bierna postawa" we współpracy z
Międzypaństwowym Komitetem Lotniczym spowodowała, iż w ostatecznym raporcie MAK
na temat katastrofy smoleńskiej nie uwzględniono wielu wniosków strony polskiej.

Anna Ambroziak

drukuj