Ewangelia

Jan Chrzciciel tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem
godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was
wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. W owym czasie przyszedł Jezus z
Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził
z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na
siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam
upodobanie.

Mk 1,6b-11

 

***

Jego słuchajcie

Jan Chrzciciel tak głosił: "Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja
nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja
chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym". W owym czasie
przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W
chwili, gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę
zstępującego na Niego. A z nieba odezwał się głos: "Tyś jest mój Syn umiłowany,
w Tobie mam upodobanie". (Mk 1, 6b-11)

Kto miał przywilej pielgrzymowania do Ziemi Świętej, z pewnością pamięta, że
droga z Jerozolimy w kierunku Morza Czerwonego cały czas biegnie w dół. W
którymś momencie mija się punkt widokowy, gdzie oznaczono poziom morza, i dalej
zjeżdża się 400 m poniżej niego w największą depresję świata. Jak podaje
tradycja, to właśnie tam, w Betanii Zajordańskiej, w miejscu, gdzie dziś
rozciąga się Chirbet el Medesz, nad potokiem wpływającym do Jordanu, w którym
jest woda nawet w upalne lato, Jan udzielał chrztu. Tu według tradycji biblijnej
miał się niegdyś ukrywać prorok Eliasz. Ponieważ w pobliżu Jordan jest dość
płytki, tutaj właśnie przeprawiały się brodem karawany kupców i wędrowców
udających się ze wschodu na zachód. Przechodziło tędy wielu ludzi rożnych
profesji i stanów, przybywali także mieszkańcy Jerozolimy.
Dlaczego właśnie tu, a nie do żyznej, zielonej Galilei? Dlaczego chrzest Janowy
musiało poprzedzić doświadczenie pustyni, schodzenie, zmęczenie i wysysający
resztki sił żar lejący się z nieba? Bibliści podkreślają, że nie była to
lokalizacja przypadkowa. Aby dokonało się nawrócenie, musiało je poprzedzić
uniżenie, zejście do nizin własnej marności i niewystarczalności. Konieczne było
uświadomienie sobie, jak mały jest człowiek stający wobec potęgi przemijania,
własnych planów, próbujący budować świat bez Boga. Nie była to – jak byśmy dziś
powiedzieli – socjotechnika. Raczej symbol, sposób ukazania prawdy tak, aby
można jej było dotknąć, poczuć ciężar. Przez analogię: to dlatego też brama do
Bazyliki Narodzenia w Betlejem została wiele wieków temu zamurowana. Dziś
wejście jest tak małe i niskie, że każdy musi się w nich głęboko pochylić. Nie
da się bowiem odkryć w nowo narodzonym Dziecięciu Syna Bożego, jeśli zabraknie
pokory…
Od początku teologia widziała w chrzcie Chrystusa zapowiedź chrztu
chrześcijańskiego. To także "prapremiera" dobrowolnego uniżenia się Jezusa. W
taką rzeczywistość właśnie wprowadza nas chrzest. Nie jest to tradycja, mało
zrozumiały zwyczaj, ale inicjacja nowego sposobu istnienia, które będzie
umieraniem dla siebie, własnego egoizmu i życiem dla innych.
Chrześcijaństwo, które lęka się nizin, chce nadążać za światem w jego pragnieniu
panowania, dominacji, które staje się ślizganiem po powierzchni, jest fałszywym
tropem. Prowadzi donikąd. Warto sobie to dziś przypomnieć. Patrząc na Chrystusa
dobrowolnie poddającego się uniżeniu, warto zapytać siebie o własną tożsamość,
gotowość do podjęcia prawdy o swoim życiu, a w konsekwencji do nawrócenia i
wewnętrznej odnowy.

 

ks. Paweł Siedlanowski

 

drukuj