Paczka od rolnika
Wystarczy kliknąć w odpowiednie miejsce na stronie internetowej i
niczym w baśni braci Grimm stoliczek nieomal sam nakrywa się świeżymi i zdrowymi
produktami. Jan Czaja, rolnik i informatyk z Rzuchowej w powiecie tarnowskim,
opracował system dystrybucji ekologicznej żywności pochodzącej z małych
małopolskich gospodarstw rodzinnych do odbiorców w miastach z pominięciem
pośredników. Na pomyśle zyskują rolnicy i konsumenci, ale żeby nie było zbyt
pięknie, postawione na głowie polskie prawodawstwo znacznie ogranicza możliwości
rozwojowe ekologicznego rolnictwa.
www.odrolnika.pl
Znalezienie strony internetowej rolników spod Tarnowa nie sprawia najmniejszej
trudności. Jest ciekawa graficznie i – co ważniejsze – działa bez zarzutu. Można
się tu zapoznać z ideą całego przedsięwzięcia, zasadami zakupów żywności
ekologicznej bez pośredników, poznać sylwetki i numery telefonów rolników
oferujących swoje produkty, wreszcie zamówić je. Gdy zakup będzie większy, towar
zostanie dostarczony do domu. Przy mniejszych lub specyficznych zamówieniach
przewidziano możliwość odebrania w wyznaczonych punktach lub inne rozwiązania,
np. osobisty odbiór na wsi. System działa już w Tarnowie, Katowicach i Krakowie,
a niebawem ma dotrzeć do Warszawy. Wykorzystuje przewidziane w polskim
ustawodawstwie prawo rolników do handlowania nieprzetworzoną żywnością
wyprodukowaną w swoich gospodarstwach bez konieczności rejestrowania
działalności gospodarczej.
– Bezpośrednia sprzedaż polega na tym, że konsument Jan Nowak kupuje u rolnika
Jana Kowalskiego i nie ma między nimi pośrednika, czyli kogoś, kto występuje na
naszym rynku w wielu odmianach i sprawia, że konsument finalny kupuje w
Warszawie ziemniaki ekologiczne po 8 zł za kg, a rolnik, który je wytworzył,
dostaje – powiedzmy – niecałą złotówkę – tłumaczy Jan Czaja, który prowadzi
ponad 20-hektarowe ekologiczne gospodarstwo specjalizujące się głównie w hodowli
zachowawczej krów rodzimej rasy czerwonej. – Nam chodzi o to, żeby tak
wypośrodkować tę cenę, by w efekcie konsument za te same uprawiane ekologicznie
lub tradycyjnie ziemniaki zapłacił – powiedzmy – 3 zł i kwota ta trafiała w
całości do rolnika, dzięki czemu jego produkcja stanie się opłacalna –
podsumowuje.
W ramach trwającego od półtora roku programu "Paczka od rolnika" żywność od ok.
20 rolników powędrowała już na stoły blisko 500 konsumentów. Zadowolenia z
takiej formy aprowizacji swojego domu nie kryje pani Bernadetta Lipka z Krakowa,
zaopatrująca się u rolników spod Tarnowa od półtora roku. Jak twierdzi, skłoniła
ją do tego głównie zła jakość żywności oferowanej w sklepach.
– Wszystko jest tam pięknie opakowane, ale nie zawiera tego, co powinno, czyli
ser nie jest serem, śmietana – śmietaną i tak można by wyliczać – wskazuje.
Pani Bernadetta przyznaje, że jej zaufanie do "paczki od rolnika" nie było
bezkrytyczne.
– Mogę powiedzieć, że sprawdziłam ich dogłębnie, bywałam tam bardzo często,
można powiedzieć, że patrzyłam im na ręce i nic nie wzbudziło moich podejrzeń.
Zresztą gdyby było inaczej, nasza współpraca nie trwałaby tyle czasu i nie
zaraziłabym tą ideą swoich znajomych – zaznacza.
Ideałem postulowanym przez twórców "Paczki od rolnika" byłoby stworzenie
stowarzyszeń konsumentów i producentów żyjących w swoistej symbiozie. Taki
częściowo uregulowany związek pozwalałby planować uprawy przy uwzględnieniu
potrzeb konkretnych klientów, a także gwarantować obu stronom pewien poziom
stabilizacji.
Organizatorzy programu liczą na rozprzestrzenienie się ich pomysłu, który nie
jest do końca oryginalny, gdyż podobny funkcjonuje np. w Austrii, w innych
regionach Polski, zwłaszcza tam, gdzie dominują niewielkie gospodarstwa
rodzinne. Zapotrzebowanie na zdrową polską żywność w kraju i za granicą jest
bowiem ogromne. Przekonali się o tym w lutym br. uczestnicy norymberskich targów
zdrowej żywności BioFach.
– Było duże zainteresowanie jabłkami z sadów tradycyjnych, które miałyby trafiać
do przetwórni na rynek niemiecki, pytano o zboża ekologiczne do młynów
niemieckich, Emiraty Arabskie były skłonne zamówić co tydzień transport ok. 0,5
tony żywności – owoców, warzyw, kurczaków ekologicznych – przewożonych do nich
liniami LOT jako cargo do Dubaju – wylicza Jan Czaja. Potencjalne kontrakty
testowo – bo rolnicy na razie nie są w stanie wyprodukować takich ilości
żywności – opiewały na sumę ok. 60 mln złotych.
Skarby zakopane w starych sadach
O wartości jabłek ze swojego starego sadu przekonała się w tym roku pani Barbara
Zych z Zakliczyna, jedna z założycielek programu "Paczka od rolnika", od 20 lat
gospodarująca z mężem na ponad 5-hektarowym gospodarstwie.
– Zawsze było u nas dużo zwierząt, konie, krowy, świnie. To wszystko z powodu
nieopłacalności zostało już zlikwidowane. Ostatnią krowę sprzedaliśmy 2 lata
temu, a pole zaczęliśmy ugorować – wspomina. – Ale dzięki "paczce" w tym roku
coś się ruszyło. Posadziliśmy większą ilość ziemniaków, warzyw, malin. Zaczynamy
jak gdyby gospodarzyć od nowa, już pod zapotrzebowanie konkretnych odbiorców –
dodaje.
Jednak w jej przypadku rozwój rolnictwa ekologicznego napotyka na zasadnicze
bariery. Pani Zych na własnym przykładzie widzi, że jeden rolnik nie jest w
stanie sam wyplewić działki warzywnej większej niż 10 arów. A nająć dziś na wsi
kogoś do plewienia to utopia. Tymczasem z 10 arów nawet przy obecnych cenach za
ekologiczne ziemiopłody nie da się wyżyć. I jeszcze w naturalnym rolnictwie nie
można skoncentrować się na jednej uprawie, lecz trzymać wszystkiego po trochu na
wypadek nieurodzaju.
– W tym roku 3 razy siałam pietruszkę i nie urosła – wyznaje pani Zych. – Takich
ekologicznych jarzyn trzeba by uprawiać co najmniej pół hektara, żeby zarobek
wystarczył na życie przez rok.
Ale pani Basia ma przydomowy ogródek ziołowy. Rosną w nim m.in. trzy rodzaje
bazylii, w tym czerwona i cynamonowa, cztery odmiany mięty, jedna doskonała jako
przyprawa do sera, inna jako lekarstwo, inna jeszcze świetna jako dodatek do
konfitur jabłkowych. Pielęgnowane przez lata hobby dzięki "Paczce od rolnika"
zaczyna przynosić dochody. Nagle okazało się też, że prawdziwym skarbem stał się
stary sad, który w ramach likwidacji gospodarstwa już zaczął być karczowany. –
Na szczęście mężowi jakoś się z tym nie spieszyło – uśmiecha się pani Barbara.
Gdy jabłka były po 8 groszy za kilogram, to gniły pod drzewami, choć to dobre
tradycyjne odmiany, których dziś na targach już ze świecą szukać, jak koksa,
szara reneta, malinówka, jonathan, prawdziwa stara papierówka, a także śliwki
węgierki. W tym roku pani Barbara sprzedała po godziwej cenie wszystkie jabłka,
jakie miała.
– Tych starych sadów jest w Polsce jeszcze dużo, niech gospodarze nie wycinają
ich, bo to w tej chwili skarb – apeluje. – Nam jabłka po 4 zł za kilogram poszły
jak woda, a w sklepach ekologicznych są co najmniej jeszcze dwa razy droższe.
Przepisy postawione na głowie
Stefan Ziółkowski od 15 lat prowadzi gospodarstwo agroturystyczne w Zakliczynie.
Takie z wyższej półki, z kortami tenisowymi, końmi, bryczką, saniami, zagrodową
hodowlą danieli. Ludzie korzystający z tej formy wypoczynku z reguły zwracają
też uwagę na zdrowe wiejskie jedzenie.
– Gdy wyjeżdżali już do domu, chcieli sobie kupić trochę warzyw czy owoców i na
te potrzeby zawsze miałem przygotowane ok. 10 arów tych upraw – wskazuje. – To
już u nas rodzinne, że nigdy pod jarzyny nie dawało się sztucznych nawozów,
zawsze był obornik, a jak się chciało mieć dorodniejsze plony, to dodawało się
kurzenicę i gnojówkę. Ja nawet obrabiam tę ziemię końmi, bo mam kilka do bryczki
i pod wierzch na potrzeby agroturystyki – opowiada.
Wszyscy w okolicy wiedzieli, że u pana Stefana żywność jest pewna, więc gdy
powstawała inicjatywa "Paczki od rolnika", pani Barbara Zych i Jan Czaja, chcąc
poszerzyć bazę surowcową, zwrócili się do niego z propozycją współpracy. Tak
został jednym z "ojców założycieli" tego programu. W pierwszym roku nie dołożył
zbyt wiele, ale już w 2011 zwiększył powierzchnię upraw i przeznaczył na
sprzedaż bezpośrednią kilkaset kilogramów buraków i ok. pół tony ziemniaków.
Stefan Ziółkowski prowadzi też niewielką hodowlę pstrągów, które są dużą
atrakcją w jego agroturystycznej ofercie. Pstrągi wędzone według wypracowanej
przez lata receptury są słynne w całym regionie. Co z tego, gdy nie może ich
sprzedać, a jedynie serwować w ramach posiłków dla swoich agroturystycznych
gości. Tak jak w wielu uregulowaniach dotyczących produkcji rolniczej absurd
goni tu absurd. Pan Ziółkowski, żeby złowić pstrąga w swoim stawie liczącym 20 m
długości i 6 m szerokości, musi nawet posiadać kartę wędkarską. Rybę może
uwędzić, ale już nie wolno mu w takim stanie jej sprzedać.
– Musiałbym założyć przetwórnię rybną, coś zupełnie niewspółmiernego do moich
potrzeb i możliwości finansowych – przyznaje.
Podobnie absurdalne przepisy uniemożliwiają rolnikom sprzedaż wytworzonych przez
siebie dżemów, soków, ba – wszystkiego, co wymaga jakiejkolwiek obróbki, a więc
masła, sera, nawet kapusty kiszonej itp.
– Sprzedaż bezpośrednia stanowiłaby dla nas realną szansę na przetrwanie, a
nawet rozwój, gdyby nie chore przepisy – wskazują rolnicy. – Wielu ludzi z
miasta chce się zaopatrywać bezpośrednio u rolników, gotowi są zapłacić więcej
za zdrową żywność, ale cóż z tego, gdy możemy im sprzedać jedynie produkty
nieprzetworzone, jak np. ziemniaki, marchew, pietruszkę, buraki czy owoce. A
ekologicznych czy tradycyjnych upraw prowadzonych w ramach gospodarstwa
rodzinnego nie da się prowadzić na dużych areałach – podsumowuje.
Zdaniem senatora Jerzego Chróścikowskiego, szefa NSZZ "Solidarność" Rolników
Indywidualnych, organizacje i związki rolnicze od lat postulują umożliwienie
sprzedaży lokalnej prowadzonej przez rolników. Tymczasem choć prawodawstwo Unii
Europejskiej pozwala na wprowadzenie w tym zakresie rozwiązań prawnych
przyjaznych drobnym rolnikom, w polskich kręgach rządowych brakuje woli
wprowadzenia ich do polskiego prawa. Trudno nie uznać tego za efekt skutecznego
lobbingu rolnictwa wielkotowarowego, pod którego potrzeby w dużym stopniu
skonstruowane jest obowiązujące prawo.
– Widziałem w Niemczech gospodarstwa tradycyjne, w których w jednym zabudowaniu
jest mieszkanie, obora, mała przetwórnia i jeszcze sklepik z lokalną żywnością i
jakoś nikomu to nie przeszkadza – wskazuje senator. A w Polsce jakby na złość
tylko utrudnienia na każdym kroku. Rolnikowi najchętniej kazaliby wszystko
wyłożyć kafelkami – kwituje.
Według senatora Chróścikowskiego, ministerstwo rolnictwa, które powinno działać
w kierunku wypracowania zmian ustawowych dających szanse rolnikom na
przetwarzanie swoich produktów i ich sprzedaż bezpośrednią, wyraźnie hamuje
wprowadzenie tych rozwiązań.
– Słyszy się piękne hasła, a tymczasem działania idą w przeciwnym kierunku.
Ostatnio są nawet problemy ze sprzedażą bezpośrednią jaj, to są już szczyty
absurdu – uważa senator. – Świetnie, że mimo wszystko rozwija się rolnictwo
ekologiczne, ale jednocześnie z tego, co wiem, powstają firmy, które skupują
produkty ekologiczne i tradycyjne od rolników, przetwarzają je i zarabiają na
tym krocie, gdy tymczasem rolnik pozbawiony jest godziwego dochodu – tłumaczy.
Właśnie temu mogłaby się przeciwstawiać właściwie uregulowana sprzedaż
bezpośrednia.
Warto inwestować w zdrowie
Przewaga jakościowa żywności produkowanej w sposób ekologiczny i tradycyjny nad
tą pochodzącą z wysokotowarowej produkcji masowej nie podlega dziś dyskusji,
choć – jak zauważa prof. Ewa Rembiałkowska kierująca Zakładem Żywności
Ekologicznej SGGW – jeszcze nie tak dawno próbowano forsować przeciwne opinie. –
Badania polskie, w tym naszego zakładu, a także badania europejskie i światowe,
wskazują jednoznacznie, że surowce ekologiczne są wyższej jakości zdrowotnej,
mniej mają skażeń, a więcej wartości odżywczych: witamin z grupy C,
karotenoidów, związków polifenolowych zawierających antyoksydanty zapobiegające
chorobie nowotworowej czy nienasyconych kwasów tłuszczowych. Tych pozytywów jest
zresztą zdecydowanie więcej – wskazuje pani profesor.
Zdaniem prof. Rembiałkowskiej, żywność tradycyjna jest trochę gorsza niż
ekologiczna, ale jeżeli pochodzi z małego przydomowego gospodarstwa, to często
ta różnica jakościowa jest stosunkowo nieduża. Nieprzypadkowo najwięcej
gospodarstw ekologicznych zlokalizowanych jest w województwach świętokrzyskim,
lubelskim, mazowieckim, a także małopolskim, gdzie dominują niewielkie
gospodarstwa rodzinne. – Tym rolnikom opłaca się przejść na "ekologię", ponieważ
niewiele im do niej brakuje – uważa ekspert. Tak zwany drobny rolnik, który
mieszka przykładowo 50 km od Tarnowa, nie ma powodów, żeby używać znaczących
ilości "chemii", gdyż uprawia rośliny dla siebie, dla rodziny, a jeśli już
sprzedaje, to z reguły lokalnie. Jemu to się po prostu nie opłaca – podkreśla. –
Co innego rolnicy produkujący np. pod Warszawą ogromne ilości produktów rolnych
na potrzeby tej aglomeracji. Tu nawozów faktycznie się nie żałuje, a rekordzista
w naszych badaniach przy nawożeniu kapusty stosował 800 kg azotu na hektar! –
informuje prof. Rembiałkowska.
Ale i tak polska żywność jest zasadniczo lepsza od tej produkowanej na zachodzie
Europy, gdyż przy jej wytwarzaniu stosuje się nadal mniej różnego rodzaju
chemikaliów. Naukowcy jednak alarmują, że i tu sytuacja zmienia się na
niekorzyść. Od roku 2004 do chwili obecnej notuje się stały wzrost zużycia
syntetycznych nawozów mineralnych i pestycydów.
– Nasze społeczeństwo z reguły nie jest świadome związanych z tym niekorzystnym
trendem zagrożeń – podkreśla prof. Rembiałkowska. Bardziej modne jest kupowanie
nowych samochodów czy wycieczki na Karaiby niż inwestowanie w swoje zdrowie
poprzez zdrową żywność. Ta świadomość zwykle pojawia się wraz z jakąś chorobą w
rodzinie. Dlatego z nadzieją należy odnotować fakt, że zainteresowanie żywnością
ekologiczną i tradycyjną idzie w górę. Na pewno warto, aby ludzie kupowali te
produkty, a nie ulegali nachalnym reklamom wielkich koncernów, którym chodzi
wyłącznie o własny zysk.
Adam Kruczek
