Kampania nigdy się nie kończy
Kupiłam kilka tygodni temu nowy kalendarzyk na rok 2012, żeby móc notować
daty spotkań. Nigdy wcześniej nie było mi to potrzebne. Nie będę przeprowadzać
socjologicznej analizy, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego tak wielu ludzi chce
się ze mną spotykać? Prawdopodobnie wypełniam jakąś lukę w ludzkim dążeniu do
normalności, czyli podmiotowości, do wartości sprawdzonych przez wieki istnienia
ludzkości, zweryfikowanych życiem i śmiercią minionych pokoleń i uznanych za
ważne.
A może być i tak, że odkąd zginął mój mąż, Janusz Kurtyka, odważny prezes
Instytutu Pamięci Narodowej, nikt nie potrafi ludziom głośno i wyraźnie
powiedzieć, że PRL to nie było państwo polskie. Że służby i instytucje tego
państwa nie służyły Narodowi Polskiemu, że dokumentacja państwowa, informacje
służb bezpieczeństwa, polskiej armii itd. były wysyłane do sowieckiej Rosji.
Gdyby dziś w Moskwie powstała filia IPN, to śmiem twierdzić, że jej archiwum
byłoby znacznie większe niż polskie archiwa, choćby z tego względu, że Rosjanie
nie mieli potrzeby, aby te akta niszczyć. Wręcz odwrotnie. Służą one do tzw.
działań operacyjnych także dziś. Kiedyś o żołnierzach walczących o niepodległość
po wojnie w służalczych gazetach pisano "zapluty karzeł reakcji". Doprowadzono
do tego, że wstydziły się do nich przyznać ich rodziny. Czasem wstydzą się lub
boją do dziś. Minęło już 20 lat. To nie powinno mieć miejsca. A ma. Dziś o PRL
służalczy dziennikarze powinni pisać "zapluty karzeł Rosji". Tak powinno być w
suwerennym państwie polskim. A nie piszą. Dlaczego? Bo po 1989 roku Polska nie
"wybiła się na niepodległość", bo
peerelowska rzeczywistość trwa
Ci sami ludzie na innych stanowiskach, pieniądze (często już nie publiczne, a
prywatne) w tych samych rękach, oficjalne media zbliżające się coraz bardziej do
stylu propagandy znanej mi z czasów młodości. Ci, którzy chcieli i mogli
naprawić błąd popełniony przez nas wszystkich w 1989 roku (uwierzyliśmy,
wykazując się dziecięcą naiwnością), zginęli w samolocie nad Smoleńskiem 10
kwietnia 2010 roku. Inni, którzy być może chcieliby jak syn marnotrawny działać
dziś inaczej, straszeni są pejczem z moskiewskich akt, inni tkwią w
zależnościach finansowych, zawodowych itd. Jeszcze inni w zwyczajnym strachu o
byt.
W różnych czasach odwaga ma różną cenę. Myślałam, że czasy, kiedy miała cenę
życia, już minęły. Myślałam, że można co najwyżej stracić pracę,
pseudoprzyjaciół, dobrą opinię itd., bo wszystko można wyreżyserować. 10
kwietnia 2010 roku przekonałam się, że się myliłam.
Może dlatego dziś potrafię o tym wszystkim ludziom mówić wprost. Podziwiam tych,
którzy nie przeszli przez barierę śmierci, a też się nie boją mówić. A
szczególnie nisko chylę głowę przed tymi, którzy to robią i nie mają z tego
żadnych finansowych korzyści. To najbardziej wartościowi ludzie. To oni tworzą
historię naszej cywilizacji.
Każde moje spotkanie jest inne
Każda społeczność, z którą się spotykam, jest inna. Ludzie zadają tak różne
pytania, o tak różnych rzeczach chcą wiedzieć. A czasami są tak onieśmieleni, że
ja zaczynam zadawać im pytania. Najczęściej zadziwieni są tym, że nie rozmawiamy
o Smoleńsku. Kiedy mówię w domu, że jadę na kolejne spotkanie, mój syn
najczęściej zadaje dwa pytania w zależności od okoliczności – pierwsze: "Czy ty
czasem nie przesadzasz?", i drugie: "O czym będziesz rozmawiać?". Oba bardzo
kłopotliwe. Na żadne z nich nie znam odpowiedzi. Próbuję się przygotowywać do
spotkań, na które przychodzi bardzo dużo ludzi, często brakuje krzeseł. Nie
zapomnę spotkania w Poznaniu, gdzie ludzie siedzieli na podłodze. Zawsze jest
bardzo serdeczna atmosfera, która często zmienia się wręcz w przyjacielską.
Sporadycznie spotkania odbywają się z udziałem lokalnej władzy. Z tym większą
ciekawością przyjęłam zaproszenie od nauczyciela historii w Sokołowie Podlaskim.
Miałam być obserwatorem na jego lekcji z historii Polski i uczestnikiem pokazu
filmu Aliny Czerniakowskiej pt. "Trwajcie. Janusz Kurtyka. IPN 2005-2010".
Jechałam, z ulgą myśląc, że tym razem nie będę głównym aktorem. Będę mogła z
boku zająć miejsce obserwatora.
Byłam trochę zdziwiona lodowatym przyjęciem przez panią dyrektor szkoły.
Przeszliśmy do dużej sali, prawdopodobnie auli szkoły. Towarzyszyła nam także
pani dyrektor. Historyk przedstawił mnie, zapowiedział film i… w tym momencie
pani dyrektor wstała, mówiąc, że
ona na wyświetlenie tego filmu się nie zgadza
Że nie zostało to wcześniej z nią uzgodnione. Nauczyciel zaczął się tłumaczyć,
że wielokrotnie o tym z nią rozmawiał. Że przecież na pokaz została zaproszona
też pani reżyser (całe szczęście, że pani Czerniakowska nie mogła tego dnia
przyjechać; zaoszczędzono jej udziału w farsie). Kłótnia rozgrywała się w
obecności blisko 60 uczniów. Pal sześć moją skromną osobę, bo co tam jakaś
wdowa, ale obecni byli także pani dyrektor miejscowego Domu Kultury i starosta,
którzy dowiedzieli się, że przyjeżdżam, i przyszli się przywitać. Pani dyrektor
szkoły zupełnie to nie przeszkadzało. Wydaje się, że wręcz odwrotnie.
Wykorzystując zaistniałą sytuację, w której większość osób czuła się –
delikatnie mówiąc – zażenowana, postanowiła nadal pastwić się publicznie nad
swoim nauczycielem historii:
– Jaki miał pan plan tego spotkania, bo przecież chyba miał pan jakiś plan?
– Po filmie miała być lekcja historii dla klasy trzeciej.
– To proszę tę lekcję przeprowadzić!
Zdenerwowany nauczyciel trzęsącymi się rękami usiłował rozłożyć swoje kartki. Po
chwili zwrócił się do młodzieży z informacją, że w związku z tym, że to lekcja
dla klasy trzeciej, klasa druga – jeśli chce – może iść do domu, a on z klasą
trzecią przeszedłby do klasy. Reakcja pani dyrektor była natychmiastowa:
– Nie, druga klasa zostaje, a lekcja ma być prowadzona tutaj ze względu na
świetnego gościa (niby mnie).
Nauczyciel próbował tłumaczyć, że tu nie ma tablicy, która jest mu do lekcji
potrzebna. W odpowiedzi usłyszał:
– Poradzi sobie pan bez tablicy.
Zaczęła się bardzo nerwowo prowadzona lekcja historii na wynikający z programu
temat 17 września 1939 roku. Zdenerwowany nauczyciel, zszokowana młodzież i ja,
maksymalnie zażenowana i niewiedząca, co zrobić, by jeszcze bardziej nie
upokorzyć pełnego przecież dobrej woli nauczyciela. Nie bardzo szła ta lekcja,
nikt nie chciał się odzywać.
Pani dyrektor ponownie postanowiła wkroczyć.
– No, dość już tego – przerwała w połowie zdania nauczycielowi – mamy przecież
gościa. Na pewno przygotował pan jakieś pytania do pani Kurtyki.
Nie wiem, czy były przygotowane pytania, być może nie, bo nie taki charakter
miało mieć to spotkanie. Może były, ale przestały już pasować do miejsca i
okoliczności. Może zdenerwowany maksymalnie człowiek nie potrafił sobie ich na
rozkaz przypomnieć. W końcu, jąkając się, czerwieniąc i blednąc na przemian,
poprosił mnie, żebym opowiedziała, jak identyfikowałam ciała w Smoleńsku.
Najpierw myślałam, że się przesłyszałam, a potem zrobiło mi się go jeszcze
bardziej żal. Jak łatwo i prosto można zniszczyć człowieka, można tak go
zdenerwować, że przestaje myśleć, że sam zaczyna się pogrążać. Oczywiście, wiem,
co powinnam była zrobić i co usłyszałaby pani dyrektor, gdyby nie ta sala pełna
dzieci i gdyby nie świadomość, że ja za godzinę już stąd wyjadę, a zostanie ten
człowiek i będzie musiał dalej w tej szkole uczyć. Będzie musiał wygenerować w
sobie wiele odwagi i samozaparcia, by stawać co rano przed swoimi uczniami,
wobec których został tak upokorzony i ośmieszony przez panią dyrektor, że nie
odbuduje swego autorytetu nauczyciela do końca ich nauki w szkole, a każda
postawiona przez niego dwója może skończyć się wyzwiskiem ze strony ucznia. Pani
dyrektor dała przecież dziś na to wyraźne pozwolenie. Publicznie. Oczywiście,
biorąc mikrofon do ręki, mogłabym łatwo i prosto skompromitować wobec jej
uczniów również panią dyrektor. Sama się podłożyła. Ale wtedy musiałabym zniżyć
się do poziomu tej pani, a chyba tego nie potrafię. Zaproponowałam, że na
pytanie odpowiem, w innych, lepszych okolicznościach, a my teraz możemy sobie
porozmawiać o 17 września, bo to bardzo ważna data i jej skutki trwają do…?
Zaczęłam wciągać dzieci do rozmowy na ten temat. Po chwili ustaliliśmy, że do
1989 roku. Chciałam, by zastanowili się, kto z ich bliskich został zniszczony
przez komunizm. Jaką cenę zapłacił za swoją odwagę? Jaka dziś jest cena odwagi?
Jeszcze trochę, a sami doszliby do wniosku, że
skutki 17 września 1939 roku trwają do dziś
W tym momencie pani dyrektor postanowiła wkroczyć ponownie. Zabrała mi mikrofon,
mówiąc, że w jej rodzinie także była osoba wywieziona na Wschód w czasie wojny,
a ona sama jest bardzo odważna, bo dziś o tym mówi.
– Ale jest już późno (było ok. godz. 15.00). Ona, pedagog, nie może trzymać tak
długo młodzieży. Kończymy! Dziękuję i do widzenia.
Towarzyszący mi Artur, administrator portalu pomniksmolensk.pl, podszedł do mnie
i powiedział po swojemu: – Masakra. Ale wstyd.
Tak, rzeczywiście, było mi wstyd za panią dyrektor i jej zachowanie wobec tych
wszystkich dzieci. I właśnie dlatego postanowiłam to opisać. Nie dlatego, że
pani dyrektor potraktowała mojego męża jak bandytę, nie pozwalając pokazać
młodzieży filmu o nim. Bandytami wszak nazywano żołnierzy wyklętych i również
nie wolno było oglądać filmów o nich. Mój mąż dołączył do bardzo szacownego
grona, z czego jestem dumna. Piszę dlatego, że ta pani zachowała się wobec
młodzieży tak, jak nie powinien nigdy zachować się żaden pedagog. Poniżyła na
ich oczach nauczyciela. Nie wiem, kto ją do pełnienia funkcji pedagoga
przygotowywał i w jakich szkołach się uczyła. Wiem za to, że niczego się nie
nauczyła. Wiem, że nigdy taki człowiek nie powinien mieć kontaktu z młodymi
ludźmi i nie powinien ich wychowywać, bo sam nie został odpowiednio wychowany.
Nie powinien być nauczycielem, a co dopiero dyrektorem szkoły. I nie mnie należy
przepraszać, tak jak to czyniło wiele osób po pamiętnej lekcji, ale powinno się
przeprosić uczniów za zafundowanie im takiego dyrektora. Może przeczyta to
kiedyś któryś z rodziców i zastanowi się nad tym, że być może kłopoty
wychowawcze ze swoim dzieckiem zawdzięcza pani dyrektor. Oczywiście, podzielę
się swoimi wrażeniami z reżyserką filmu "Trwajcie". Może zainspiruję ją do
nakręcenia nowego filmu pod tytułem "Lekcja historii w popeerelowskim kraju
nadwiślańskim". Całą tę lekcję udało się nam, tzn. portalowi pomniksmoleńsk.pl,
nagrać i udokumentować, ku pamięci tych i następnych pokoleń.
Zuzanna Kurtyka
Autorka jest lekarzem, wdową po prezesie Instytutu Pamięci Narodowej Januszu
Kurtyce, który zginął w katastrofie Tu-154M pod Smoleńskiem.
