Gęg oburzonych gęgaczy
Rozpamiętywanie 30. rocznicy stanu wojennego ustąpiło miejsca świętemu
oburzeniu, Salonu oraz autorytetów moralnych na świętokradztwo, jakiego dopuścił
się przy pomocy złowrogiego Grzegorza Brauna red. Jan Pospieszalski. Chodziło
oczywiście o dokument informujący o rozmowie "drogiego Bronisława", wtedy
zresztą niebędącygo jeszcze "drogim Bronisławem", z odpowiedzialnym w partii za
sprawy związkowe Stanisławem Cioskiem na temat przyszłości "Solidarności".
Redaktor Beylin w "Gazecie Wyborczej" twierdzi wprawdzie, że to "fałszywka", w
dodatku "powszechnie znana", wyprodukowana specjalnie gwoli skompromitowania
"drogiego Bronisława". Wszystko to oczywiście być może; ambasada NRD pewnie
produkowała rozmaite rzeczy, ale – po pierwsze – poza oświadczeniem Stanisława
Cioska, który tej rozmowy z prof. Geremkiem się wyparł, krytycy Grzegorza Brauna
i red. Pospieszalskiego nie mają żadnego dowodu, że ten dokument jest fałszywy.
Co więcej – został on odnaleziony już po likwidacji NRD, w aktach STASI
przejętych przez Instytut Gaucka. Gdyby zatem był fałszywką wyprodukowaną w celu
skompromitowania prof. Geremka, to albo Stasi, albo Moskalikowie opublikowaliby
go skwapliwie jeszcze w 1981 roku, a nie kisili nie wiadomo po co w archiwach.
Wreszcie – ciekawe, że późniejszy rozwój sytuacji, tzn. zgoda "strony
społecznej" na delegalizację pierwszej "Solidarności" i wybranych na I Zjeździe
w gdańskiej Olivii władz krajowych oraz przyjęcie podsuniętej przez gen.
Kiszczaka oferty konstruowania nowej "Solidarności" – tym razem od góry do dołu
– w pełni zgadza się z pomysłem prof. Geremka zreferowanym we wspomnianym
dokumencie – może poza pozostawieniem Lecha Wałęsy również na czele nowego
ruchu. To jednak specjalnie nie powinno nikogo dziwić, zważywszy na różne
"wstydliwe zakątki" w życiorysie byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego
kraju. Argument, że prof. Geremek nie żyje, nie ma najmniejszego znaczenia;
gdyby tak badacze przeszłości mieli powstrzymywać się przed publikowaniem
różnych rewelacji o osobach nieżyjących, trzeba by zlikwidować historiografię.
Zresztą, kiedy prof. Geremek żył, jego wyjątkowa wrogość do lustracji była
przecież powszechnie znana.
Rozpamiętywanie rocznicy ustąpiło więc miejsca świętemu oburzeniu, bo i cóż
właściwie tu rozpamiętywać? Skoro generał Jaruzelski orzekł, a sanhedryn
potwierdził, że stan wojenny był "mniejszym złem", a więc jakby rodzajem
odpowiednio mniejszego dobra, to w tej sytuacji można tylko życzyć tym 51
procentom, które opinię tę podzielają, żeby takie przyjemności spotykały ich jak
najczęściej – przynajmniej raz do roku. Niechże każdy ma to, co najbardziej lubi
– o ile oczywiście to możliwe. Bo na przykład Salon i wirujące wokół niego stado
autorytetów moralnych chcieliby utrwalić legendę świętości – ale cóż począć, jak
co i rusz woń cudną paskudzą jakieś śmierdzące dmuchy? W "Informacji o stanie
zasobów archiwalnych MSW" przedstawionej w 1992 r. przez ministra Macierewicza
posłom i senatorom była wiadomość, że przed rozpoczęciem niszczenia akt
wszystkie zostały zmikrofilmowane w co najmniej 3 kompletach, z których dwa są
"za granicą", a jeden – "w kraju". Można sobie wyobrazić, ileż tam może być
podobnych "fałszywek" – kto wie – może nawet takich samych jak ta wyszperana w
archiwach Stasi? W końcu nawet Stanisław Ciosek sugeruje, że ta "fałszywka"
miała zostać przekazana "towarzyszom w Moskwie"? Ładny interes! Skoro nawet my,
biedni felietoniści, wiemy takie rzeczy, to cóż dopiero ci, których takie
dokumenty mogą dotyczyć? I dopiero na tym tle możemy lepiej zrozumieć przyczyny,
dla których pragnienie ocieplenia stosunków z Naszą Złotą Panią Anielą oraz
inicjatywa "pojednania z Rosją" wyszły właśnie z kręgów tak oburzających się
dzisiaj na świętokradztwo popełnione przez Grzegorza Brauna i Jana
Pospieszalskiego.
Stanisław Michalkiewicz
