Nie ulegajmy dyktatowi
Z Andrzejem Gwiazdą, jednym z założycieli Wolnych Związków
Zawodowych, członkiem władz pierwszej Solidarności” i Kolegium Instytutu
Pamięci Narodowej, rozmawia Bogusław Rąpała
Marsz Niepodległości i Solidarności obudził Polskę?
– Uważam, że jest to ważne wydarzenie, ponieważ łączy sprawy niepodległości
ze stanem wojennym. Po 30 latach jest sygnałem dla społeczeństwa, że takie
połączenie istniało i że obecna sytuacja Polski jest też pośrednio skutkiem
stanu wojennego. Gdyby nie 13 grudnia 1981 roku, Polska byłaby dziś w zupełnie
innej sytuacji.
To był marsz za czymś czy przeciwko czemuś?
– Wydaje mi się, że jeśli "za", to za uświadomieniem społeczeństwu ukrywanych
przez 30 lat zależności. Czyli można powiedzieć, że jest to marsz prawdy,
którego rolą jest zwrócenie uwagi opinii publicznej, że przez 30 lat była
oszukiwana. Przecież stan wojenny z systemem kartkowym przy ogromnej
nadprodukcji żywności nie był walką z "Solidarnością", tylko wojną z całym
Narodem, łącznie z niemowlętami, i miał na celu takie zgnębienie i zdławienie
Polaków, ażeby byli gotowi przystać na każdą, nawet najbardziej niekorzystną
propozycję. Był też zaplanowanym działaniem, gdzie ten szok stanu wojennego i
lata represji miały spowodować to, że ludzie zapomną o ideałach i w ogóle o tym,
czym była "Solidarność". Ażeby byli gotowi zaakceptować wszystko, cokolwiek było
związane ze złagodzeniem represji.
Uczestnicy marszu w pokojowy sposób protestowali przeciwko planom
ograniczenia naszej suwerenności na rzecz Unii Europejskiej, o czym
dowiedzieliśmy się z berlińskiego przemówienia ministra spraw zagranicznych
Radosława Sikorskiego. To realne zagrożenie?
– Suwerenność naszego kraju została zagrożona oficjalnie z trybun rządowych.
Chęć rezygnacji z suwerenności deklaruje się więc całkiem jawnie. Demokracja
jest – na co już Churchill zwracał uwagę – ustrojem niedoskonałym, bo
demokratycznie można podjąć fatalne decyzje. Ale i tak demokracja jest lepszym
systemem od każdego systemu totalitarnego. Natomiast trzeba się liczyć z tym, że
społeczeństwo podejmie decyzje obciążone błędami. Mamy cały wielki kalendarz
dat, kiedy Polacy dokonywali nietrafionych wyborów. Oczywiście odpowiedzialni za
nie są wyborcy, ale to, że wyborców doprowadzono do takiego stanu, jest wynikiem
działania fachowego i przemyślanego procesu, którego pierwszym etapem był stan
wojenny Jaruzelskiego. A potem Jaruzelski już gładko "przekazywał pałeczkę"
Wałęsie, Balcerowiczowi itd. Polacy aż do dzisiaj nie mogą się otrząsnąć z tego
szoku, jakim było dla nich wprowadzenie stanu wojennego. Uważam, że miał on
również przekonać Polaków, że na uczciwości i moralności źle się wychodzi, bo
wtedy biją. Ponieważ tylko tym można wytłumaczyć to, że niektórzy Polacy po –
również moralnym – zrywie "Solidarności" zaakceptowali nieuczciwość jako
obowiązującą normę.
Marsze, konkretna manifestacja ocen i przekonań są sygnałem, że duża
grupa społeczeństwa myśli inaczej.
– Tak. Znajdujemy się w podobnej sytuacji jak w czasach komuny – w tym sensie,
że tylko jedna opcja polityczna sprawuje kontrolę nad przygnębiającą większością
środków masowego przekazu. Natomiast ci, którzy widzą fatalne skutki tej
polityki, mają tylko jeden sposób: odwoływać się bezpośrednio do słów obywateli.
Nasz marsz był właśnie odwołaniem się bezpośrednio do opinii publicznej i
zdaniem się na jej decyzję. O zwycięstwie takich marszów będziemy mogli mówić
wtedy, kiedy ludzie prawidłowo odczytają te intencje i zechcą krytycznie
przyjrzeć się sytuacji, w której się znaleźli, i historii, która do niej
doprowadziła.
Dziękuję za rozmowę.
