Wrobieni we franka
Kredyty hipoteczne denominowane w walutach obcych ciążą nie tylko
tym, którzy je zaciągnęli, lecz także bankom, które ich udzielały. To, co kiedyś
kusiło perspektywą dużych zysków, dziś może zdestabilizować sektor bankowy.
Komisja Nadzoru Finansowego pozwala bankom żądać dodatkowych zabezpieczeń
kredytów. NBP radzi, aby już więcej takich pożyczek nie udzielały.
Drożejący frank szwajcarski niejednemu kredytobiorcy spędza sen z powiek, a i
dla bankowców nie jest obojętny. Banki w Polsce udzieliły w ubiegłych latach aż
700 tys. kredytów hipotecznych w walutach obcych, generując w ten sposób
olbrzymie ryzyko dla sektora bankowego. Będzie ono ciążyło na bankach i ich
klientach przez lata, ponieważ są to z reguły długoterminowe kredyty
mieszkaniowe udzielane na 25-30 lat.
"Walutowe kredyty mieszkaniowe powinny zostać wycofane z oferty bankowej, stając
się produktem niszowym, dostępnym wyłącznie klientom, którzy uzyskują trwałe
przychody w walucie kredytu" – zaleca NBP w najnowszym raporcie o stabilności
systemu finansowego z 12 grudnia br.
Na razie spłacalność kredytów jest niezła – portfel tzw. złych długów w tym
segmencie sięga zaledwie 2 procent. Kredyty mieszkaniowe, jak wynika z analiz
prowadzonych przez banki, spłacane są w pierwszej kolejności, ponieważ ludzie
obawiają się utraty dachu nad głową. Jednak zagrożenie rośnie. Z raportu NBP
wynika, że od 2006 r., gdy lawinowo wzrosła liczba umów kredytowych, kurs franka
szwajcarskiego wzrósł o 50 procent. W chwili zawarcia umowy klient płacił za
franka około 2 zł, dziś musi zapłacić około 3,70 zł. Przy kredytach
denominowanych w obcej walucie wpływa to nie tylko na wysokość rat, ale także
powoduje przeliczenie przez bank kwoty udzielonego kredytu.
– Wziąłem kredyt na 500 tys. zł, denominowany we frankach szwajcarskich, teraz,
po kilku latach spłacania, mam… 750 tys. zł kredytu – mówi pan Marek H.,
urzędnik państwowy.
Od kilku miesięcy Narodowy Bank Polski oraz Bank Gospodarstwa Krajowego co
pewien czas interweniują na rynku walutowym w celu wzmocnienia złotego. Skutki
interwencji są jednak coraz słabsze i coraz bardziej krótkotrwałe. Kolejna duża
interwencja spodziewana jest pod koniec roku, ponieważ rząd musi umocnić kurs
naszej waluty, aby uniknąć przekroczenia przez dług publiczny bariery 55 proc.
PKB.
– Może to się stać okazją do ataku spekulacyjnego na złotego – ostrzega prof.
Tomasz Gruszecki, ekonomista (KUL).
Niepokój ekonomistów wzbudza plan przekazania części rezerw walutowych NBP do
Międzynarodowego Funduszu Walutowego w celu ratowania krajów euro.
– Zmniejszenie rezerw osłabi zdolności obronne NBP i może spowodować gwałtowną
deprecjację złotówki – twierdzi Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK.
Ziściłby się wtedy czarny scenariusz, przed którym drżą zarówno kredytobiorcy,
jak i kredytodawcy, czyli bankowcy.
"Gdyby nastąpił wzrost portfela niespłacanych kredytów walutowych do 5 proc.,
banki popadną w kłopoty" – wynika z raportu NBP.
– Niespłacone kredyty walutowe powodują luki w bilansach banków. Dlatego
instytucje finansowe muszą się w takich wypadkach starać o linie kredytowe w
walutach obcych z banków-matek oraz dokonywać kolosalnych odpisów na fundusze
rezerwowe – wyjaśnia Szewczak.
Dla niektórych banków, w których walutowe kredyty hipoteczne stanowią 50-55
proc. portfela kredytowego, będzie to nie lada problem. W takiej sytuacji są
m.in. Millennium Bank, BRE Bank. Aktywnym akwizytorem na rynku kredytów
walutowych był też Getin Bank.
W sukurs bankom pospieszyła Komisja Nadzoru Finansowego pod kierownictwem
Andrzeja Jakubiaka, który niedawno zastąpił Stanisława Kluzę na stanowisku
szefa. O ile poprzednio KNF nie zgadzała się na renegocjację umów kredytowych z
klientami i żądanie przez banki dodatkowych zabezpieczeń kredytów, o tyle
obecnie wyraziła na to zgodę.
– Bank zaprosił mnie na rozmowę i zakomunikował, że mam dopłacić 25 tys. zł w
celu uzupełnienia wpłaty własnej w ramach kredytu. Zażądałem od banku wyliczeń
na piśmie – opowiada jeden z naszych Czytelników.
– Banki przygotowują się obecnie do masowej akcji renegocjacji umów kredytowych
– ostrzega Szewczak.
– Banki mogą żądać od klientów dodatkowego ubezpieczenia kredytu, ustanowienia
dodatkowej hipoteki na innej nieruchomości, zastawu na rzeczy ruchomej, weksla
na majątek dłużnika albo dopłat do wpłaty własnej – wylicza Jerzy Bielewicz,
prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek".
Według wiceprezesa KNF Wojciecha Kwaśniaka – w ostateczności bank może nawet
odstąpić od umowy kredytowej, tj. zażądać zwrotu kredytu wraz z konsekwencjami w
postaci przejęcia mieszkania. Niestety, to ostatnie nie zawsze kończy
rozliczenia banku z dłużnikiem.
– Polskie prawo obciąża kredytobiorcę ryzykiem spadku wartości nieruchomości, na
której ustanowiono hipotekę. Jeśli więc bank przejmuje mieszkanie, którego
wartość w międzyczasie spadła, to pozostałej części zadłużenia może nadal
dochodzić od dłużnika – wyjaśnia Bielewicz. – Inaczej jest w systemie
amerykańskim, gdzie to ryzyko spoczywa na bankach. Tam po zajęciu przez bank
mieszkania dłużnik pozostaje bez obciążeń, nawet jeśli cena za lokal uzyskana na
licytacji nie pokrywa kwoty zadłużenia.
Problem spadku wartości hipotek pogłębi się w przyszłym roku w związku z
prognozami spadku cen nieruchomości o około 15 procent.
Małgorzata Goss
