Tygrys podcięty przez euro
Gdy prawie dwa lata temu Słowacja, uznawana jeszcze za gospodarczego
tygrysa Europy Środkowej, przyjmowała wspólną walutę Unii Europejskiej, tamtejsi
politycy przekonywali współobywateli, że pozwoli to na utrzymanie szybkiego
rozwoju kraju. Ale od tego czasu wskaźnik tempa wzrostu PKB gwałtownie spada,
zbliżając się do zera. Gwoździem do trumny może być zmuszanie tego niewielkiego
kraju do przeznaczenia gigantycznego jak na jego możliwości wsparcia dla
bankrutujących państw eurostrefy. Nic więc dziwnego, że jeszcze przed drugą
rocznicą słowackiej akcesji do eurostrefy niektórzy politycy otwarcie nawołują
do jej opuszczenia, a ekonomiści ostrzegają, że trwanie przy euro może
doprowadzić do katastrofy.
W ostatnich tygodniach prominentni słowaccy politycy zaczęli wprost wzywać do
przygotowania planów opuszczenia przez Słowację strefy euro. W imieniu partii
Wolność i Sprawiedliwość (SaS) taką propozycję zgłosił były przewodniczący
słowackiego parlamentu Richard Sulik. Domaga się tego także Słowacka Partia
Narodowa. Lewicowa Smer-SD byłego premiera Roberta Fico popiera jednak udział
Słowacji w funduszu ratunkowym dla eurobankrutów. Podobne stanowisko zajmuje
także Słowacka Unia Demokratyczno-Chrześcijańska – Partia Demokratyczna (SDKň –
DS), tworząca do tej pory koalicję rządową z Ruchem
Chrześcijańsko-Demokratycznym (KDH) i przeciwną zwiększaniu eurofunduszu partią
Wolność i Sprawiedliwość. Także prezydent Ivan Gas˙parovic˙ popiera udział
Słowacji w tym funduszu, twierdząc, że inaczej kraj wypadłby "z głównego nurtu
unijnej integracji". Duża część społeczeństwa ma jednak dość finansowania
bogatszych krajów z południa Europy.
Czarę goryczy Słowaków przelała "zrzutka" na pomoc dla europejskich bankrutów,
przede wszystkim Grecji. Gdy kraje strefy euro ustanowiły Europejski Fundusz
Stabilizacji Finansowej (EFSF), od małej Słowacji zażądano gwarancji najpierw w
wysokości 4,4 mld euro, a następnie aż 7,7 mld euro.
Ratowanie Grecji na kredyt
– Wkład Słowacji do EFSF na poziomie 7,7 mld euro gwarancji stanowi aż 35 proc.
dochodów państwa – wskazuje Juraj Karpis˙ – współzałożyciel i ekspert
słowackiego Instytutu Analiz Społeczno-Gospodarczych w Bratysławie. Suma ta
stanowi prawie 9 proc. PKB (za 2010 r.). Aby udzielić takiej pomocy dla Grecji,
przeżywająca również problemy finansowe Słowacja będzie musiała sama zaciągnąć
długi. Tymczasem przeciętna emerytura na Słowacji jest trzykrotnie niższa niż w
Grecji…
Premier Słowacji Iveta Radi˙cová początkowo sprzeciwiła się udzieleniu takich
gwarancji. Mimo że ostatecznie uległa presji i jej rząd skierował do parlamentu
wniosek o zatwierdzenie wkładu Słowacji do EFSF, i tak zapłaciła upadkiem
swojego gabinetu (jednak sprawuje obowiązki premiera do czasu przeprowadzenia
przedterminowych wyborów parlamentarnych w marcu przyszłego roku). W powtórnym
głosowaniu parlament potulnie zatwierdził podniesienie wkładu kraju do
eurofunduszu na poziomie aż 7,7 mld euro.
Co to oznacza dla kraju? – Przeciętny słowacki podatnik zapłaci za te gwarancje
dwa, a nawet trzy razy więcej niż podatnik niemiecki [w relacji do PKB obu
krajów – red.]. To zaś oznacza dystrybucję długów państw strefy euro na
pozostałe kraje – podkreśla Juraj Karpis˙.
Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju prognozuje, że wzrost gospodarczy Słowacji
spadnie z 3,1 proc. PKB w tym roku do zaledwie 1,1 w przyszłym. Ma to wynikać
głównie z wyhamowania eksportu do państw strefy euro, który stanowił koło
zamachowe słowackiej gospodarki. Przypomnijmy, że Słowacja przystępowała do
strefy euro z PKB rozwijającym się w tempie 6,4 procent.
Jerzy Bielewicz, prezes Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek", uważa jednak, iż
głównym zagrożeniem dla Słowacji jest to, że jako kolejny peryferyjny kraj
strefy euro padnie on ofiarą polityki monetarnej Europejskiego Banku
Centralnego, która dopasowywana jest przede wszystkim do gospodarki niemieckiej.
– To zaś wywołuje zaburzenia w przepływie dóbr, usług, a także na rynku pracy –
podkreśla.
Słowacja już za droga
Jednym z mechanizmów zaburzających ten przepływ było wprowadzenie wspólnej
unijnej waluty na Słowacji, która wcześniej miała relatywnie niższe ceny towarów
i usług niż kraje strefy euro, a nawet jej sąsiedzi, m.in. Czechy i Polska.
Słowacy przyznają, że choć rząd starał się dopilnować, by firmy nie
wykorzystywały wprowadzenia euro do "zaokrąglania" cen do góry, konkurencyjność
ich towarów i usług pogorszyło mocne euro. Gdy przed blisko dwoma laty Słowacja
przyjmowała wspólną walutę, za euro trzeba było zapłacić średnio 4,1 zł, obecnie
– 4,5 złotego. Euro umocniło się również względem czeskiej korony i węgierskiego
forinta.
To zaś przekłada się na spadek atrakcyjności słowackich towarów i usług w tych
krajach, które są tradycyjnymi partnerami handlowymi Słowacji. Euro zmieniło
zwłaszcza obroty handlowe tego państwa w relacjach z Polską. Podczas gdy przed
wprowadzeniem unijnej waluty Polacy chętnie odpoczywali na Słowacji i kupowali
tańsze niż w Polsce tamtejsze towary, dziś to Słowacy przyjeżdżają do nas na
zakupy. Ujawnione przed kilkoma miesiącami sondaże przeprowadzone w maju w
grupie kilku tysięcy respondentów wskazują, że aż 45 proc. Słowaków regularnie
zaopatruje się w Polsce. – Tak, odkąd spadł kurs złotówki do euro, widoczne jest
większe zainteresowanie słowackich klientów zakupami u nas – przyznaje
właściciel jednego z dużych sklepów spożywczych w Nowym Targu. Wzrost liczby
klientów ze Słowacji jest znaczący. Także właścicielka jednego z biur podróży w
tym mieście przyznała, że w ostatnich miesiącach zwiększyła się liczba Słowaków,
którzy korzystają z oferty biura, ponieważ jest tańsza w porównaniu z
proponowaną przez słowacką konkurencję.
Z tego samego powodu drastycznie zmniejszyła się liczba turystów na Słowacji. –
Po wprowadzeniu euro najbardziej zmniejszyły się przyjazdy Polaków – nawet o 80
procent – przyznaje właścicielka jednego z pensjonatów w Rajeckich Teplicach
niedaleko Żyliny. Przyczyną jest przede wszystkim wysoki kurs euro względem
złotówki.
Podczas gdy jeszcze w 2008 r., a więc tuż przed przyjęciem tej waluty, za nocleg
w prywatnej kwaterze na Słowacji można było zapłacić 250-350 koron (ok. 28-38
zł) za osobę, dziś ceny wahają się od 10 do 14 euro za osobę (45-63 zł).
Mimo to obecny rząd w Bratysławie nie chce na razie opuszczać strefy euro.
Popiera go część przedsiębiorców – przede wszystkim właścicieli firm
opierających działalność na imporcie, a więc tworzących miejsca pracy… głównie
za granicą.
Peter Lazo, dyrektor działu marketingu w firmie Kavomaty, sprzedającej i
serwisującej automaty z napojami, mówi wprost, że euro sprzyja importowi.
Przyznaje jednocześnie, że euro miało negatywne konsekwencje dla eksportu firmy.
Wprowadzenie wspólnej waluty UE przysporzyło wielu kłopotów firmie Kavomaty. –
Musieliśmy całkowicie zmienić system płatności i rejestrów, przede wszystkim w
naszych automatach, by przystosować je do pobierania nowych monet. Problem był
tym większy, że dano nam na to bardzo mało czasu – wskazuje.
Rzecz w tym, że poprawiając opłacalność importu i jednocześnie pogarszając
konkurencyjność słowackich towarów oraz usług względem państw posługujących się
słabszą walutą, jak np. Polska, euro przyczynia się do pogorszenia bilansu
handlowego. Na Słowacji w pierwszym roku po wprowadzeniu euro wielkość eksportu
spadła o 10 mld euro. Tymczasem to właśnie pogłębiający się deficyt, zwłaszcza w
handlu z Niemcami, zagrożonych bankructwem Grecji i Włoch przyczynił się również
do ich obecnych kłopotów finansowych.
Europroblem przygniata Słowację
Juraj Karpis˙ obawia się, że w przyszłości Słowacy będą musieli płacić jeszcze
wyższe podatki, by sfinansować pomoc dla Grecji. – W ten sposób zostanie
zlikwidowany jeden z mechanizmów napędzających rozwój gospodarczy. Kraj ten
bowiem przyciągał zagranicznych inwestorów przede wszystkim niższymi stawkami
podatków, zwłaszcza w porównaniu z pozostałymi krajami naszego regionu –
wskazuje.
Zdaniem Jerzego Bielewicza, prezesa Stowarzyszenia "Przejrzysty Rynek", Słowacy
dopiero zaczną płacić rachunki za przyjęcie euro. – Nowy rząd, mając w pamięci
los poprzedników, będzie podpisywał kolejne zobowiązania, aby ratować system
finansowy w strefie euro, poddając się dyktatowi tak jak władze Grecji i Włoch i
pozwalając na przerzucanie kosztów ratowania strefy euro na obywateli Słowacji –
uważa ekspert. Zaprowadzi to do dalszego zadłużania tego kraju, którego obecny
dług publiczny jest niewielki. Także Juraj Karpis˙ obawia się, że płacenie za
długi krajów strefy euro zmusi władze w Bratysławie do cięć wydatków na
edukację, opiekę zdrowotną itd. Strajk słowackich lekarzy może okazać się
preludium do szerszych protestów. – Bezrobocie na Słowacji rośnie, a spodziewane
podniesienie podatków ze względu m.in. na zwiększone wpłaty do EFSF powiększy
ten problem – konkluduje Karpis˙.
Sytuacja Słowacji powinna być przestrogą dla Polski, a także dla innych krajów,
które chciałyby przyjąć euro. Obecnie stało się ono bowiem synonimem kłopotów i
wykorzystywania mniejszych krajów przez większe.
Mariusz Bober
