Dlaczego kryzys?

Z byłym wiceambasadorem Polski przy UE w Brukseli, Dariuszem Sobkowem rozmawia Dawid Nahajowski

Panie Ambasadorze, kto jest odpowiedzialny za kryzys finansowy w Europie?



Przede wszystkim odpowiadają za kryzys ci, którzy mają od wielu lat władzę w Europie, to znaczy niezmienione od wielu pokoleń te same elity finansowe i polityczne. Przecież od wielu pokoleń rządzą te same partie w Niemczech i Francji. Niekiedy zmieniają lekko nazwę, ale to są ci sami ludzie. W instytucjach europejskich największy procent stanowią urzędnicy z Francji i Niemiec.

Te dwa kraje ponoszą największą odpowiedzialność za kryzys w UE. Szybko rozwija się Azja i Ameryka Łacińska. Tylko Europa i Ameryka Północna jest w kryzysie. Reszta świata się rozwija.

Za obecny stan gospodarki i polityki europejskiej w Europie największą odpowiedzialność ponoszą Francja i Niemcy

A co z Polską. Według Pana istnieje dylemat co do obecności naszego kraju w centrum Europy czy też jej peryferiach?



W sensie geograficznym Polska leży w centrum Europy i powinna to położenie wykorzystywać geopolitycznie. Niestety w sensie politycznym daliśmy się w ostatnim czasie zepchnąć do roli kraju małego, nie liczącego się w grze europejskiej. Najważniejsze projekty polityczne i decyzje zapadają bez naszego udziału, jak na przykład wybór przewodniczącego Rady Europejskiej pana Van Rompuy”a, czy też pomysł by wyemitować tzw. euroobligacje. Te decyzje i pomysły tworzą inni, którzy spierają się o to, co jest dla nich najkorzystniejsze. Natomiast Polsce przypada rola obserwatora. Możemy tylko przyłączyć się do zdania większości.

W ostatnich latach bywało nawet tak, że polski premier przybywał do stolicy kraju europejskiego gdy podjęto juz najważniejsze decyzje i wysłuchiwał jedynie tego, co zostało postanowione. Jeszcze pięć lat temu nikt nie podjąłby ważnej decyzji w Unii Europejskiej bez akceptacji lub chociażby wysłuchania opinii polskiego premiera. Teraz spadliśmy do drugiej ligi europejskich rozgrywek politycznych.

Nie tak dawno jeden z deputowanych zapytał ministra Sikorskiego w Parlamencie Europejskim, czy Polska nadal zamierza dołączyć do strefy euro. Szef MSZ odpowiedział „zrobimy to, kiedy będzie na to czas oraz kiedy strefa euro będzie gotowa nas przyjąć”…

Oznacza to, że polski minister spraw zagranicznych podważa opinie swojego premiera. Przypomnijmy, że pan Donald Tuska dwa lata temu ogłosił, że Polska wejdzie do strefy euro już w 2012 roku. Najwyraźniej euroentuzjazm osłabł również w partii, która uważa się za bardzo proeuropejską. Skoro nawet politycy Platformy Obywatelskiej odkładają

ad calendas graecas to znaczy, że naprawdę musimy poczekać, aż najpierw Grecja i inne państwa strefy euro wyjdą z kryzysu finansowego. Należy mieć nadzieję, że sprawa wprowadzenia euro, mimo deklarowanego euroentuzjazmu polskiego rządu, zostanie naprawdę odłożona w bardzo daleką przyszłość. Dzięki kryzysowi greckiemu polska ma pretekst, aby odkładać sprawę euro w nieskończoność. W ten to symboliczny sposób kryzys euro sprowokowany przez rząd grecki ukazał nowe, jakże aktualne dzisiaj, znaczenie przysłowia, ze należy coś odłożyć ad calendas graecas. Myślę, że słowa polskiego ministra spraw zagranicznych można odczytać jako próbę odłożenia sprawy euro w Polsce ad calendas graecas. Przy tej okazji warto wspomnieć, że nasi południowi sąsiedzi ze Słowacji bardzo żałują wstąpienia do strefy euro i muszą dzisiaj dokładać 7 miliardów euro z budżetu na łatanie dziury budżetowej np. w Grecji.

W przypadku naszego kraju byłaby to kwota ok. 30 miliardów euro, a więc chyba lepiej dla naszego budżetu i polskich rencistów, że nie jesteśmy w strefie euro. Sąsiad Słowacji i nasz drugi sąsiad z południa, Republika Czeska, nie jest w strefie euro i cieszy się o wiele lepszą sytuacją finansową niż Słowacja. Czeska korona to jedna z mocniejszych walut w Europie.

Radosław Sikorski odniósł też się do rozszerzenia UE, mówiąc, że nie jest ono przyczyną kryzysu. Szef MSZ argumentował, że eksport krajów UE-15 do krajów UE-10 wzrósł prawie dwukrotnie w ciągu ostatnich dziesięciu lat..



Na rozszerzeniu Unii Europejskiej skorzystała przede wszystkim Europa Zachodnia. Wykupiono rynki zbytu w Europie Wschodniej praktycznie za ułamek realnej ceny, zlikwidowano konkurencje przemysłową takich krajów jak Polska. Nie kto inny, ale komisarz UE pani Kroes podjęła decyzję o zamknięciu stoczni w Szczecinie przy pełnej aprobacie polskiego komisarza w 2009 roku. Dzięki temu stocznie francuskie i niemieckie pozbyły się konkurencji. Podobnie z przemysłem cukrowym, samochodowym, maszynowym itp. Upadły całe gałęzie przemysłu gdyż nasze negocjacje były prowadzone na zasadzie wejścia do UE za wszelką cenę. W zamian za to stare polskie elity polityczne i urzędnicze uzyskały liczne profity zawodowe. Zachód Europy wyeksportował do nas swoje bezrobocie. W czasie negocjacji o członkostwo i tuż potem, na Zachodzie miliony osób bezrobotnych znalazło pracę.

W tym czasie na wschodzie Europy miliony osób straciło pracę. Opinie, ze kryzys UE jest winą Europy Wschodniej są nieprawdziwe. Są one nawet obraźliwe dla wielu mieszkańców Europy Wschodniej, którzy żyją dzisiaj w ubóstwie. Europa Zachodnia rozwijała się przez ostatnie lata dzięki nam.

Jak Pan ocenia proponowane przez ministra Sikorskiego metody na tzw. ulepszenie Unii. Podziela Pan np. opinię szefa MSZ, że Komisję Europejską powinno tworzyć mniejsze grono polityczne przy rotacyjnej wymianie stanowisk?

Zmniejszenie liczby komisarzy działa na naszą niekorzyść. Oznacza większą władzę urzędników. Ktoś przecież przejmie kompetencje zredukowanej liczby komisarzy. Będą to ci sami urzędnicy, którzy są odpowiedzialni za obecne kłopoty. Zmniejszenie liczby komisarzy oznacza też ryzyko, ze utracimy kiedyś przedstawiciela Polski w Komisji. Nawet jeśli ten przedstawiciel ostatnimi laty nie może pochwalić się sukcesami, to przynajmniej jest do kogo zwrócić się lub zapytać o przyczyny niezałatwienia jakiejś sprawy. Przy liczbie np. 15 komisarzy na 28 krajów członkowskich nie będzie często fizycznej możliwości dotarcia do komisarza. O wszystkim decydował będzie anonimowy urzędnik. Mniej komisarzy w Komisji i pozbawianie poszczególnych krajów przedstawiciela w tym gronie to zawężanie i tak małego pola wpływania na kogokolwiek w organach Unii Europejskiej. Władza anonimowa to władza wymykająca się spod kontroli demokratycznej. Pomysł ograniczenia liczby komisarzy jest sprzeczny z postulatem wpływu obywateli na organy władzy europejskiej.

Co Pan sądzi o połączeniu stanowisk przewodniczącego Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej?



To byłaby wręcz bardzo niebezpieczna kumulacja władzy w tych samych rękach. Rada Europejska jest najwyższym organem politycznym, natomiast Komisja Europejska posiada inicjatywę ustawodawczą, przygotowuje projekty aktów. Gdyby połączyć te dwie funkcje, doprowadziłoby to do połączenia części władzy Sejmu z władzą prezydenta i premiera. Dzisiejszy Parlament Europejski ma jedynie funkcje kontrolne. Najwięcej projektów aktów prawnych jest sporządzanych przez Komisję Europejską. Przewodniczący Rady zaś to nieformalny prezydent Unii Europejskiej. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś w Polsce zaproponowałby, aby Prezydent RP mógł obsadzać stanowiska wszystkich szefów komisji sejmowych. To byłoby pomieszanie systemu władzy i niebezpieczne przejmowanie najważniejszych decyzji w Europie przez jeden ośrodek.

Dziękuje za rozmowę.


drukuj