Niemcy kontra Goldman Sachs
Z Janem Filipem Staniłką, politologiem z Instytutu Sobieskiego,
rozmawia Małgorzata Goss
Czy trwający w Brukseli szczyt UE to kolejna bitwa w ramach wojny między
europejskimi rządami a globalnymi rynkami finansowymi?
– Unia siedzi na górze długów. Jest dzisiaj najbardziej zadłużonym obszarem
świata. Czy kraje wspólnej waluty udźwigną spłatę tego zadłużenia? Rynki
finansowe obawiają się, że nie, czemu dają wyraz w ocenach ratingowych i
wzrostach rentowności obligacji tych krajów. Szczyt Unii jest próbą ze strony
polityków przekonania globalnych rynków, że przez określone ruchy organizacyjne
wewnątrz Unii Europejskiej są zdolni naprawić sytuację i strefa euro będzie w
stanie spłacić zadłużenie. Mówiąc o rynkach finansowych, muszę zaznaczyć, że nie
chodzi o "wolny rynek" w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz o rynek zdominowany
przez najpotężniejsze instytucje finansowe. Tak naprawdę głównymi bohaterami
tego starcia są z jednej strony Niemcy, z drugiej – amerykański bank
inwestycyjny Goldman Sachs.
Jakie są różnice w strategii pomiędzy Niemcami a Francją, która usiłuje
utrzymać współprzywództwo w Unii?
– Francuzi stawiają na "government", tj. zarządzanie przez polityków, od których
oczekują elastycznego reagowania w zależności od sytuacji. Niemcy natomiast
ufają zapisanym regułom, stawiają na automatyzm. W dyskusjach nad zmianami w
Unii Francuzi zgodzili się ostatnio na wprowadzenie automatycznych mechanizmów
kontrolnych nad budżetami narodowymi, co niewątpliwie jest zwycięstwem koncepcji
niemieckiej. Niemcy przekonują, że "będzie sukcesem, gdy kraje przestaną się
dalej zadłużać". Na to słyszą odpowiedź, że jest to ingerencja w ich
suwerenność.
Jaką rolę wybrał w tej rozgrywce rząd Donalda Tuska?
– Nie wiem, czy jest to rola wybrana, czy wyznaczona. Z przemówienia ministra
Sikorskiego w Berlinie wynika, że istotą przyjętej doktryny jest zdecydowane
poparcie dla przywództwa Niemiec. Rząd traktuje Niemcy jako gwaranta stabilności
Unii Europejskiej. Nie bez znaczenia jest także to, iż niemiecka gospodarka
wciąż cieszy się zaufaniem rynków finansowych. Stawiając na Niemcy, rząd chce za
wszelką cenę znaleźć się w centrum, gdzie zapadają decyzje, w "Europie rdzenia",
o której kiedyś mówił Wolfgang Schaeuble. Tylko że wtedy, gdy niemiecki polityk
mówił te słowa, Unia składała się z dwunastu państw, a dzisiaj z dwudziestu
siedmiu. To dwie kompletnie różne Unie. Konsekwencją stanowiska rządu jest
sytuacja, że Polska, będąc największym peryferyjnym krajem kręgu "rdzenia",
musiałaby dotrzymywać reguł dyscypliny budżetowej na poziomie krajów zachodnich,
nie posiadając takich jak one zasobów administracyjnych, gospodarczych i
finansowych. Warto podkreślić, że całkiem inną strategię przyjęli Szwedzi: nie
angażują się, nie wchodzą do euro, tylko koncentrują się na własnej gospodarce i
maksymalnym wykorzystaniu dostępu do rynku UE. Ta strategia przynosi bardzo
dobre wyniki, bo Szwedzi uzyskują nadwyżki budżetowe, nastąpił znaczny spadek
długu. Polska natomiast chce za wszelką cenę znaleźć się w centrum. Gramy w tę
grę, mając słabe karty.
Dziękuję za rozmowę.
