Szantaż reformatorski
Nie jest tak, że cała Unia przeżywa dziś kryzys przywództwa, który wymaga
powierzenia większej władzy strukturom ponadnarodowym. Dyskusja przed
zbliżającym się posiedzeniem Rady Europejskiej, które w celu ratowania euro ma
zadecydować – jak mówią zapisy wcześniejszych ustaleń – o "niewielkich zmianach
w traktatach", niespodziewanie weszła w fazę licytowania się co do wizji
przyszłej Unii Europejskiej i przebudowania jej instytucji.
Z pistoletem przy głowie
Tymczasem, aby na poważnie rozmawiać o przyszłości integracji europejskiej,
należy przede wszystkim oddzielić środki niezbędne do ratowania strefy euro i
jej wewnętrznej stabilności od debaty o szerokiej reformie władzy w Unii. Te
pierwsze bowiem muszą być zastosowane doraźnie i szybko i być pochodną reguł
wynikających z praw rynku finansowego, m.in. muszą liczyć się z opiniami i
zachowaniami wielkich graczy na tym rynku, w tym tzw. agencji ratingowych.
Natomiast zmiana reguł politycznych w Unii Europejskiej wymaga długiego namysłu,
nie jest konieczna w krótkiej perspektywie, a przede wszystkim podlega ona grze
interesów międzypaństwowych i nie powinna być powiązana z interesami aktorów
gospodarczych. Ci, którzy łączą te dwie kwestie, czynią zasadniczy błąd
intelektualny – powinno się do nich zastosować całkowicie odmienne logiki
decyzyjne.
Zgoda na łączenie kwestii strefy euro ze zmianą zasad działania Unii prowadzi
do niebezpiecznego zjawiska wytworzenia się swoistego "szantażu
reformatorskiego". Mając przyłożony do głowy pistolet (czyli groźbę
destabilizacji monetarnej w Unii), usiłuje się wywrzeć presję na państwa, by
zgodziły się na zmiany zasad działania Unii, prowadzące do dalszego uszczuplenia
ich suwerenności, mimo że zmiany te akurat dla ratowania euro nie są niezbędne.
Niestety, obóz rządzący Polską, a szczególnie minister Radosław Sikorski, sam
stanął w awangardzie tego nurtu myślenia, zgłaszając propozycje, które słusznie
prof. Ryszard Legutko ocenił jako "pod względem koncepcyjnym niemądre, pod
względem politycznym szkodliwe, a pod względem ludzkim żałosne". Zachowanie
takie jest skrajnie niekorzystne szczególnie w sytuacji Polski, która
politycznie ma zagwarantowaną silną pozycję formalną (w procesie decyzyjnym),
natomiast gospodarczo jest znacznie uboższa od innych dużych państw
członkowskich. Jeśli zatem połączymy kwestie rozstrzygnięć gospodarczych z
rozstrzygnięciami politycznymi, to tracimy nasze formalne atuty i kończy się to
wezwaniem Sikorskiego, by Niemcy wzięły odpowiedzialność za reformy Unii. Co
gorsza, wielu komentatorów w Polsce nie dziwi się temu wezwaniu, argumentując,
że to naturalne, w końcu Niemcy są największą gospodarką Unii. Do tego właśnie
prowadzi pułapka, o której tu mowa, czyli przełożenie wprost siły gospodarczej
na władzę polityczną. Jest to zresztą zupełnie sprzeczne z samą ideą integracji
europejskiej, w ramach której nigdy nie stosowano tego typu prostego "lewara
władzy". Wręcz odwrotnie – starano się, by państwa słabsze i mniejsze były "nadreprezentowane"
w systemie instytucjonalnym i tym samym łagodziły skutki hegemonii gospodarczej
najsilniejszych.
Zatem pierwszym ważnym elementem powrotu do poważnej debaty o przyszłości
Europy jest oddzielenie jej od bieżącego kontekstu kryzysu wewnątrz strefy euro.
To, co należy zrobić dziś i co wymaga "niewielkiej zmiany traktatów", jest czymś
całkowicie różnym od tego, o czym należy rozmawiać na przyszłość. I bynajmniej
nie jest tak, że cała Unia przeżywa dziś kryzys przywództwa, który wymaga
powierzenia większej władzy strukturom ponadnarodowym. Zapaść dotyczy
mechanizmów działania strefy euro, które zresztą od samego początku w zasadzie
nie funkcjonowały, ale teraz ich sprzeczności się skumulowały i nastąpił kryzys.
Jeśli istnieje jakieś głębsze dno obecnego stanu rzeczy, to jest nim przede
wszystkim zapaść kulturowa, cywilizacyjna i utrata przez Europę busoli wartości,
które składały się na jej tożsamość, o czym pisałem także na łamach "Naszego
Dziennika". Do naprawy potrzeba tu jednak nie sanacji instytucjonalnej, tylko
moralnej.
Na co zgody być nie może
Aby zrozumieć, na czym zasadza się koncepcja reformowania Unii, która
stanowiłaby alternatywę dla propozycji "głównego nurtu", warto pokrótce
rozprawić się z propozycjami, które dziś dominują w debacie i są bezmyślnie
przedstawiane jako "wizjonerskie", "poważne" czy nawet "przełomowe".
Po pierwsze, trudno zrozumieć logiczną wartość tezy, że receptą na kryzys
integracji jest pogłębienie integracji. Nie może być naszej zgody na to, by
szwankujący mechanizm tworzenia coraz ściślejszego kokonu unijnych regulacji,
które oplatają państwa narodowe, jeszcze przyspieszył i przejął kolejne
kompetencje. Ta droga jest fałszywa z punktu widzenia efektywności i stanowi
polityczną hochsztaplerkę, jeśli spojrzeć na nią z perspektywy systemu
politycznego. Ponadnarodowa biurokracja Unii już dziś posiada władzę, której
zakres lokuje się na granicy "wytrzymałości legitymizacyjnej" (tzn. wymaganej
zgody ze strony obywateli). Osobiście, na miejscu elity urzędniczej Unii,
siedziałbym cicho i jak najmniej wystawiał się na widok publiczny domaganiem się
kolejnych kompetencji, bo ktoś w końcu głośno zapyta: A kiedy i w jakiej
procedurze udzieliłem Pani/Panu zgody na wtykanie nosa w budżet mojego kraju
albo w rodzaj żarówek, które mam w domu? Niełatwo będzie znaleźć prostą
odpowiedź na tę wątpliwość.
Po drugie, nie może być zgody na trwałą, sformalizowaną hierarchię między
państwami Unii Europejskiej zasadzającą się na wzajemnym wzmacnianiu się siły
gospodarczej i władzy politycznej, o czym wspomniałem powyżej.
Po trzecie, nie ma zgody na koncepcję Unii opartej na podziale "centrum –
peryferie" albo – jak chce w swej metaforze premier Tusk – koncepcji "stół –
karta dań" (ktoś siedzi przy stole, ale ktoś jest w menu). Tego typu myślenie
prowadzi bowiem do koniecznych prób utrzymania się lub wejścia za wszelką cenę
do ośrodka centralnego, lub bycia do niego "podłączonym", inaczej postrzega się
swoją pozycję jako marginalną. To również pułapka myślowa, a jej dalszą
konsekwencją jest: po pierwsze – uznawanie, że jedno centrum ma jednego
centralnego gracza (w tym przypadku to Niemcy), a po drugie – przyjmowanie na
siebie obowiązków wynikających z przyłączenia się do owego centrum wskazanych
przez jego hegemona.
Powyższe prowadzi do ostatniego elementu, na który nie ma zgody, a mianowicie
do uznania, że można na siebie przyjmować obowiązki bez otrzymywania praw. Jest
to idea tak radykalnie sprzeczna z fundamentalną zasadą politycznej
odpowiedniości, że aż trudno uwierzyć, iż rząd Tuska postuluje ją wobec samego
siebie (i nietrudno zrozumieć, dlaczego jest za to chwalony w Berlinie). Czymże
bowiem innym jest postulat premiera, aby poddać się zaostrzonym regułom strefy
euro bez jednoczesnego wchodzenia do tej strefy i wiążącego się z tym prawa
głosu w jej decyzjach oraz zgoda na powołanie "unii fiskalnej", jeśli możemy
teraz konkurować niższymi stawkami podatkowymi płaconymi przez podmioty
gospodarcze?
Nad szczegółami propozycji reform przedstawionymi przez Radka Sikorskiego
trudno debatować, dlatego że musiałoby to się przerodzić w zwykłe znęcanie się
nad absurdalnością i szkodliwością ich treści. Powiedzmy pokrótce:
paneuropejskie listy kandydatów do Parlamentu Europejskiego są niewykonalne w
praktyce i tworzą niebezpieczną fikcję pseudodemokratyzmu (negatywnie odbijając
się na standardach demokracji w państwach europejskich); łączenie funkcji szefa
Komisji Europejskiej z przewodniczącym Rady Europejskiej dla każdego, kto
przeszedł podstawowy wykład z integracji europejskiej, brzmi równie groteskowo
jak postulat, by połączyć funkcję premiera z marszałkiem Senatu. Komisja i Rada
należą do różnych stron podziału władzy w systemie politycznym Unii i po prostu
nie da się łączyć tych stanowisk; stworzenie zaś super-Komisji o politycznym
charakterze, wybieranej przez Parlament i przez niego politycznie kontrolowanej,
jest znowu propozycją tworzenia fikcyjnego wrażenia "demokratyzmu", podczas gdy
tak naprawdę zarówno Komisja, jak i Parlament kierowane są przez tę samą grupę
samoutwierdzającej się i samozwańczej elity brukselskiej, która nie jest zdolna
do krytycznej refleksji nad samą sobą.
Alternatywna Europa
Szczegółowe propozycje wizji alternatywnej dla tej, którą kreśli obóz
rządzący, zostaną zaprezentowane przez Prawo i Sprawiedliwość 10 grudnia na
konferencji w polskim parlamencie zatytułowanej "Nowe porządki w Europie".
Zapowiadając tezy, które będą tam między innymi przedstawione, wspomnieć
można, że nasza wizja Unii opiera się na czterech fundamentalnych zasadach.
Po pierwsze, Unia musi powrócić do korzeni integracji europejskiej, którymi
była wolna i dobrowolna współpraca równych sobie państw mająca na celu znoszenie
wzajemnych barier, a przez to wyzwolenie energii tkwiącej w Europejczykach. Unia
musi być na nowo synonimem wolności i równości, a nie regulacji, nakazów,
zakazów i nowych obowiązków.
Po drugie, Unia musi być solidarna, to znaczy jej sukces i dobrobyt mierzyć
się powinien bogactwem najbiedniejszego regionu, a nie najbogatszego państwa.
Unia powinna wziąć na siebie odpowiedzialność za tworzenie warunków i wspieranie
rozwoju spójnego, który nikogo nie pozostawia poza cyklem wzrostu.
Po trzecie, Unia musi być policentryczna, a nie hierarchiczna. W jednej Unii
może istnieć wiele równorzędnych ośrodków koncentracji i regionalnych sieci
współpracy, może istnieć wiele alternatywnych wzorców integrowania. Rolą Unii i
jej systemu instytucjonalnego nie powinno być podporządkowanie wszystkich
jednemu wzorcowi, ale zapewnienie przejrzystych i równych reguł dla każdego
państwa członkowskiego.
Po czwarte, Unia musi być rzeczywiście, a nie fikcyjnie demokratyczna.
Demokracja w Europie działa zaś wyłącznie na poziomie i wewnątrz państw
narodowych. Dlatego im więcej władzy obywateli państw, tym więcej demokracji –
dotyczy to szczególnie instytucji referendum, które powinno być częściej
stosowane w odniesieniu do decyzji europejskich.Taką Unię warto współtworzyć.
Dr hab. Krzysztof Szczerski
poseł na Sejm RP politolog, Uniwersytet
Jagielloński
