Samozwańczy unijny wizjoner
Polska w przyszłej federalnej Europie, której wizję na forum Niemieckiego
Towarzystwa Polityki Zagranicznej w Berlinie zaprezentował szef MSZ Radosław
Sikorski, będzie mogła się zadowolić sprawami dotyczącymi religii, moralności i
podatków – dochodowego, od firm i VAT. To zaiste szeroki wachlarz spraw, jaki
pozostawia Polsce nowy i – dodajmy – samozwańczy wizjoner i reformator Unii
Europejskiej. Cała reszta, wymieńmy jedynie hasłowo najważniejsze atrybuty
suwerennego państwa, a więc polityka zagraniczna, gospodarcza, finansowa,
społeczna, obronność, mają przejść pod kompetencje rządu federalnego Unii
Europejskiej.
Zdaniem Sikorskiego, konieczne są zmiany: ograniczenie liczby komisarzy, co
oznacza, że nie każdy podmiot Federacji będzie miał swojego; przekazywanie
Komisji Europejskiej do zatwierdzenia planów reform; wyłonienie nowych członków
Parlamentu Europejskiego za pomocą jednej ogólnoeuropejskiej listy. Tylko tyle i
aż tyle szczegółów dało się wyłuskać z wystąpienia Radosława Sikorskiego, gdyż
znacznie ważniejsze dla mówcy były jego strzeliste akty wołania o ratunek dla
Unii i jej pieniądza. O ile kanclerz Angela Merkel zakomunikowała niedawno
spokojnym tonem, że rozpad strefy euro to rozpad UE, o tyle rozwinięcie tej
myśli przez Sikorskiego, ministra państwa spoza strefy euro, musiało wstrząsnąć
gospodarzami berlińskiego spotkania. Dowiedzieli się bowiem, że nie ich czołgi
ani nie rosyjskie rakiety, ani nawet terroryzm nie stanowią tak dużego
zagrożenia jak upadek strefy euro. Zabrzmiało to tak, jakby Niemcy wraz ze swoim
Europejskim Bankiem Centralnym we Frankfurcie nad Menem, emitującym euro, a
równocześnie będącym skarbcem i mennicą, wkrótce miały się zawalić. – Żądam od
Niemiec, żeby dla własnego i naszego dobra pomogły strefie euro przetrwać i
funkcjonować – mówił głosem pełnym teatralnego dramatyzmu polski minister. Użyte
tu kategoryczne słowo "żądam" ma zadawać kłam tym wszystkim niechętnym
Sikorskiemu, którzy jego wystąpienie odebrali jako gotowość Polski do
dobrowolnej utraty suwerenności i oddania kraju Niemcom w bezpieczne
zarządzanie. Sikorski nie prosi, a "żąda", gdyż – jak uzasadnia – bardziej niż
niemieckiej potęgi boi się niemieckiej bierności. Zaiste naiwność, egotyzm i
serwilizm Sikorskiego nie mają sobie równych. Co jak co, ale o niemieckiej
bierności nie ma mowy, o czym świadczy gospodarka Niemiec, która na kryzysie
strefy euro dobrze już zarobiła. PKB tam rośnie, a bezrobocie maleje, ludzie są
zadowoleni.
No ale skoro minister zaprzyjaźnionego, nawet dużego państwa europejskiego tak
dramatycznie woła o niemiecką pomoc, to pewnie się ona wkrótce pojawi. Może już
na początku grudnia, kiedy to Unia Europejska planuje podjęcie "kluczowych"
decyzji.
Dla Prawa i Sprawiedliwości, a także dla posłów z Solidarnej Polski oraz dla
wielu ludzi myślących o Polsce w kategoriach państwa suwerennego sens tego w
sumie marnego publicystycznego wystąpienia Sikorskiego jest jednoznaczny.
Uznajemy przywództwo Niemiec w Europie, poddajemy się jej jurysdykcji i prosimy
o opiekę. Nie dziwi więc zadowolenie z wystąpienia Sikorskiego w SLD. Leszek
Miller: "Czekałem na takie stanowisko od dawna". Jak widać, dla środowiska
byłych komunistów, przyzwyczajonych do życia na służbie u obcych, dobry jest
każdy protektor, pod warunkiem że jest silny, ma kasę i dobre relacje ze stolicą
"światowego proletariatu".
Szef MSZ Radosław Sikorski zapewnił, że treść jego wystąpienia, nim je wygłosił,
"miały główne ośrodki władzy". Jak się okazało, nic o tym nie wiedział prezydent
Bronisław Komorowski. Nie wiemy też, czy te, jak je sam nazwał, "autorskie tezy"
wygłoszone w Berlinie znane były premierowi. Wygląda to raczej na samowolkę,
paplaninę, która ewentualnie może się odbywać u cioci na imieninach.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że słowa ministra Radosława Sikorskiego z
prawnego punktu widzenia były jednak słowami państwa polskiego. I to, co
zaprezentował on w Berlinie, zdecydowanie naruszyło przepisy naszej Konstytucji.
Wojciech Reszczyński
