Bismarck, Churchill, Komorowski w jednym
Polityka public relations nowego rządu Donalda Tuska będzie zasadniczo
kontynuacją dotychczasowej. Możemy się spodziewać wrzutek, przykrywek i
narracji. Jednak sytuacja w kraju i Unii jest znacznie trudniejsza niż cztery
lata temu, gdy premier ogłaszał "politykę miłości". Dlatego niezbędna będzie
modyfikacja zarówno przekazów, jak i technik. O ile zastępowanie prawdziwej
polityki postpolityką (czyli w uproszczeniu PR) w zasadzie jest szkodliwe, o
tyle w pewnych, nielicznych, przypadkach może też mieć dobre strony.
Platforma Obywatelska w ostatnich wyborach odniosła sukces. Utrzymała
zajmowane pozycje i zdołała utworzyć koalicję z PSL – wprawdzie nieco słabszą
niż poprzednia, ale zostało to zrównoważone większym rozdrobnieniem opozycji.
Trzeba przyznać, że Platformie udała się trudna sztuka – wynik wyborów nie był
wcale pewny, premier i sztab podjęli pod koniec kampanii ryzykowne decyzje, jak
np. podróż "tuskobusem". Wielu komentatorów uważało to za błąd, ponieważ premier
wystawiał się na łatwe strzały, np. ze strony kibiców czy plantatorów papryki.
Również ogólna sytuacja nie sprzyjała koalicji: zwalniająca gospodarka,
bezrobocie, zadłużenie czy choćby niezałatwione sprawy smoleńskie. Główny
przeciwnik nie dawał wytchnienia i mimo pewnych błędów poprowadził swą kampanię
z wigorem.
Platforma jednak – dzięki zręczności i poparciu większości mediów – wygrała. A
premier stanął przed niełatwym wyzwaniem: jak odnowić kredyt zaufania ze strony
opinii publicznej.
Niezwykle zręczny gracz: Bismarck
Pierwszym zadaniem premiera elekta było zapewnienie spokoju we własnej partii.
Niewielka przewaga klubów koalicyjnych nad opozycyjnymi sprawia, że Donald Tusk
nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek niepokoje wewnętrzne. Przystąpił zatem
do konstruowania rządu. Układanka nie była łatwa, ponieważ nowy gabinet musiał
spełnić kilka trudnych do pogodzenia warunków. Po pierwsze, musiał dobrze
wyglądać – bo jest oczywiste, że w trudnych czasach rząd musi być lubiany. Po
drugie, premier musiał zaspokoić ambicje różnych frakcji i koterii – a PO już w
poprzedniej kadencji zagarniała, kogo tylko mogła. Jednocześnie należało
ostatecznie upokorzyć i osłabić Grzegorza Schetynę. I po trzecie, nadchodzące
trudne czasy wymagają od ministrów pełnej zależności od premiera.
Wygląda na to, że sztuka się udała. Powstały gabinet spełnia założone kryteria.
Kłopot w tym, że z punktu widzenia przydatności niektórych ministrów w
pełnionych przez nich funkcjach (kierowników resortowych, nie członków RM) jest
to ekipa już nie tyle słaba, ile groteskowa.
I tu przychodzą z pomocą: public relations, przychylni publicyści i odpowiednie
nazwanie rzeczy. Pojawia się pierwsza z "narracji", jaką premier zapewne będzie
stosował w ciągu kadencji. "Niezwykle zręczny gracz, wymanewrował przeciwników,
nagrodził sojuszników, rozgrywa opozycję" – taki jest pierwszy z przekazów na
nową kadencję. Jak wiadomo, w trudnej unijnej i wewnętrznej rzeczywistości
zręczność jest cechą nadzwyczaj pożądaną. Jeśli media podchwycą ten wątek, nie
będzie trudno przedstawić premiera jak nowego Bismarcka. A to, że rząd składa
się nie tyle z ministrów przypadkowych, ile z dobranych na podstawie kryteriów
niemających nic wspólnego z kompetencjami (oczywiście są też wyjątki) – stanie
się sprawą mniejszej wagi.
Na czas kryzysu: Churchill
Drugim z wątków, jakim szermuje i będzie szermował rząd, jest "zaciskanie pasa"
i "cięcia". Wydaje się, że i w tym przypadku premier ma duże szanse na skuteczne
narzucenie tej narracji. Donald Tusk znaczną część exposé poświęcił konieczności
stawienia czoła kryzysowi gospodarczemu. Przy czym właściwie nie zapowiedział
żadnych reform lub mówił o tych, które mają dać pełny efekt za 30 lat. A jeśli
nawet wspomniał o prawdziwych zmianach, np. o deregulacji zawodów, nie
towarzyszyły temu konkretniejsze zapowiedzi (dla porównania exposé sprzed 4 lat
było nimi wypełnione).
Wiele za to mówił o konieczności zaciskania pasa, co w gruncie rzeczy sprowadza
się do zwiększenia podatków i wprowadzenia innych sposobów obciążania
najróżniejszych grup.
Przekaz zatem brzmi: "Przygotujcie się na trudny czas. Nie będzie żadnych
obietnic, bo poważny przywódca w obliczu takiego czasu może obiecać tylko pot i
łzy. Wszyscy razem przejdziemy przez najgorsze".
Charakterystyczne, jak łatwo premier przeistoczył się z fajnego kumpla,
grającego z przyjaciółmi w piłkę, zachęcającego do grillowania i korzystania z
uroków życia (na kredyt), w surowego ojca narodu, który w dziejowej chwili nie
szczędzi rodakom gorzkich prawd.
By skutecznie przyjąć tę pozę, Donald Tusk musi mieć silne wsparcie mediów i
autorytetów, które nie tylko będą forsowały jego wizję, lecz także
neutralizowały protesty opozycji czy – w tym wypadku stosunkowo silne –
ekonomistów.
Sam nie będzie na tyle nierozsądny, by składać obietnice poprawy. "Mówiłem, że
będzie trudno – i jest. Przewidziałem, ostrzegłem i gotów jestem was prowadzić"
– oto aktualny przekaz. Słaba pozycja innych polityków koalicji będzie tutaj tym
bardziej pomocna, że w dziejowych chwilach powszechnie oczekiwane jest
przywództwo i jednoosobowa odpowiedzialność.
W razie czego (a to "coś" nastąpi na pewno – np. przerwanie z powodu braku
pieniędzy rozbudowy infrastruktury po Euro 2012) będzie można w efektowny sposób
rzucić na żer któregoś z odpowiedzialnych ministrów.
Normalni, chodźmy razem: Komorowski
Wraz z nową kadencją nasili się zapoczątkowany już wcześniej proces budowy
wizerunku premiera i partii rządzącej jako absolutnie normalnego mainstreamu,
chroniącego zdrowy rozsądek przed wszelkiego rodzaju ekstremizmami. Notabene –
taką strategię od dłuższego czasu realizuje Polskie Stronnictwo Ludowe, z
sukcesami na miarę swoich skromnych możliwości. Teraz będziemy obserwowali to
samo, ale na znacznie większą skalę.
Jednak to nie Waldemar Pawlak zainspirował Donalda Tuska. To lekceważony i
wyśmiewany prezydent Bronisław Komorowski, którego PR-owska linia pod hasłem
"zgoda buduje, a Polska jest najważniejsza" pozwoliła mu zdobyć pozycję polityka
cieszącego się najwyższym zaufaniem Polaków. Jakkolwiekby się nie wydawała
infantylna, o dziwo, działa!
Wobec tego premier zapewne będzie grał na jednoczenie Narodu. Jeśli to się
powiedzie, przyniesie Tuskowi kilka korzyści: zepchnie opozycję do narożnika i
sprawi, że Platforma stanie się partią pierwszego wyboru. Po drugie (niezwykle
ważne) ułatwi mu przypinanie etykietek ekstremistów. W ten sposób będzie mógł
łatwiej zakwalifikować PiS do "faszystów" (no, może "nacjonalistów"), ale także
będzie szachował SLD i Ruch Palikota. To ostatnie wydaje się ważne, bo nawet
jeśli przyjąć hipotezę, że Janusz Palikot uruchomił swoją partię w porozumieniu
z Tuskiem (co mimo wszystko wydaje się wątpliwe), to przeszłość jej działaczy
czyni ją partnerem nieprzewidywalnym i niebezpiecznym, również dla własnego
lidera.
Co to znaczy "normalność"? A to już powiedzą sondaże i inne nowoczesne
narzędzia. Jeśli np. wyniknie z nich, że rodzice nie chcą wysyłać 6-latków do
szkoły, przełoży się reformę na pewien czas. Jeśli np. z badań wyniknie, że
Polakom nie podobają się występy niemieckiej "antify" w Dniu Niepodległości –
lewacy dostaną po nosie.
I tutaj pojawia się na moment dobroć polityki sondażowej – słusznie
krytykowanej, ale, jak widać, czasami pożytecznej. Ponieważ nawet premier Tusk –
przy swojej obecnej potędze – nie jest w stanie sprawić, że Polacy pokochają "antifę",
uznają małżeństwa homoseksualne za pożądane czy zaakceptują aborcję. Takie
"reformy" napotkają dodatkowy opór lub zostaną odłożone na bliżej nieokreśloną
okazję.
Rząd będzie zatem kierował się (czasem) głosem rozsądku w sprawach, w których
nie miał zdania lub wręcz zdanie przeciwne. Inna rzecz, że głos ludu nie zawsze
jest rozsądny… Poza tym tego rodzaju demokracja sondażowa w niektórych
kwestiach nie będzie działała – można np. przypuszczać, że nowy gabinet będzie
dążył do zastąpienia złotówki europejską walutą bez oglądania się na opinię
publiczną.
Inna rzecz, że "normalność" potrzebuje – jako punktu odniesienia –
"nienormalności". I w tym sensie Donaldowi Tuskowi będą na rękę zjawiska
radykalne, o ile oczywiście nie wymkną się spod kontroli. Dlatego można się
spodziewać, że Kolorowa Niepodległa znów – za zgodą miasta – stanie na trasie
Marszu Niepodległości, a "Krytyka Polityczna" nie straci hojnego finansowania ze
źródeł publicznych (chyba że częściowo i na chwilę, dla efektu).
"Jednoczenie normalnych Polaków" będzie się odbywało także w sensie pozytywnym,
nie tylko przeciw komuś. Tutaj możemy się spodziewać np. szybkiej budowy
gazoportu, który będzie wprawdzie przyblokowany przez Nordstream, ale "da nam
niezależność", albo sukcesów w poszukiwaniu i wydobyciu gazu łupkowego, na co
koncesje zapewne dostaną się w dużej mierze firmom rosyjskim, ale to nie
szkodzi, bo łupki "zapewnią przyszłość naszym dzieciom".
Natomiast Euro 2012 "już wygraliśmy". Cywilizacyjny skok – na trudne czasy jak
znalazł.
Marek Wróbel
specjalista w zakresie public relations
Autor jest wiceprezesem Fundacji Republikańskiej.
