Po co Polsce euro?
Z dr. Salvatorem Rebecchinim, komisarzem Włoskiego Biura Ochrony
Konkurencji, szefem Działu Nadzoru nad Rynkami Finansowymi Banku Włoch, rozmawia
Łukasz Sianożęcki.
Niemal wszyscy prelegenci toruńskiego kongresu zgodnie twierdzili, że
punktem odniesienia wszelkich modeli ekonomicznych powinien być człowiek. Co to
znaczy? I co się dzieje, jeśli dobro człowieka jest z tego spektrum rugowane?
– Istnieje bardzo powszechna tendencja do zastępowania człowieka jako centrum
ekonomicznych dążeń – władzą. Chodzi wówczas o uzyskanie jak najszerszej władzy
w jak najpotężniejszych organizacjach czy lobby. Zamiast człowieka w centrum
pojawiają się także specjalne interesy. Oficjalnie są owe interesy podejmowane w
imieniu działania na rzecz danej społeczności, ale w rzeczywistości są bardzo
groźne, gdyż ich głównym czynnikiem jest nastawienie na zysk kosztem jej
zupełnej eksploatacji. Tak więc podsumowując, szczególnie groźne są te
gospodarki, które celem swoich dążeń czynią władzę, zysk i interes własny
kosztem człowieka. Na takiej sytuacji cierpi przede wszystkim wolność człowieka.
Jeśli wykreśli się z teorii ekonomicznych godność osoby ludzkiej, możemy dojść
do punktu, w którym życie człowieka stanie się przedmiotem handlu lub innych
patologii.
Za kliniczny wręcz przykład tego modelu można uznać Chiny?
– To jest bardzo niebezpieczny paradoks. I jestem tą perspektywą bardzo
zmartwiony. Bardzo niepokoi mnie rosnąca rola, jaką Chiny odgrywają w Europie,
oraz naciski, jakie to państwo jest w stanie wywierać. I nie są to naciski tylko
gospodarcze, ponieważ pociągają za sobą konsekwencje dla ogólnie pojętych
zachodnich wartości czy dla zachodniej demokracji. Z drugiej strony jestem
zdania, że Chiny nie będą w stanie przetrwać tej różnicy, jaka istnieje między
ich systemem politycznym, który wciąż jest despotyczny, sterowany centralnie, a
wolnym rynkiem. W mojej ocenie, wolny rynek w końcu musi w tym pojedynku
zwyciężyć i doprowadzić do usunięcia politycznej kontroli nad gospodarką. Jest
to jednak bardzo trudna batalia, która musi się rozegrać. Martwi mnie także
jeszcze jedno. A mianowicie, że kraj z tak olbrzymią populacją nie chce w ogóle
przyjąć czy podzielać wartości cywilizacji zachodniej, takich jak poszanowanie
życia ludzkiego czy indywidualna odpowiedzialność, a chce i może jednocześnie
odgrywać coraz większą rolę w światowej ekonomii.
W pewnym momencie pojawił się pomysł, żeby to właśnie Chiny kupiły
włoskie obligacje, by móc przezwyciężyć kryzys.
– Mam głębokie przekonanie, że Włosi zrobią wszystko, aby doprowadzić własny dom
do porządku: ograniczyć wydatki rządowe, zbalansować budżet i przejąć z powrotem
kontrolę nad wzrostem długu publicznego. A jednocześnie będą w stanie otworzyć
się na takie podejście do gospodarki, które zapewni jej bardziej dynamiczny
wzrost. Rozwiązanie problemu nie leży jednak jedynie w ręku Rzymu. Potrzebny w
nim będzie bowiem także udział innych europejskich krajów, w tym Niemiec. Ta
kooperacja będzie konieczna, aby odnaleźć system, w którym te regulacje, które
są niezbędne, będą poparte zarówno przez bogatsze, jak i biedniejsze kraje. I
tak z jednej strony Niemcy będą musiały dokładać się finansowo, aby wprowadzić w
systemie równowagę, która zachwiana jest przez Włochy, Hiszpanię, Portugalię czy
Grecję, a które będą ponosiły największe koszty stabilizacji. Chodzi więc o to,
aby zrównoważyć ciężary, które poniosą poszczególne kraje.
Ale Niemcy poszerzą w ten sposób swoją strefę wpływów w Europie.
– A czy ich wpływ na Europę nie jest już potężny? Nie znam bardziej wpływowego
państwa w Unii Europejskiej.
Nie ma Pan jednak wrażenia, że nie tyle chodzi o ratowanie
poszczególnych gospodarek, ile ratowanie wspólnej waluty, czyli czysto
politycznego projektu?
– Całkowicie zgadzam się z tezą, że euro to projekt czysto polityczny. Z drugiej
strony jednak, kiedy weszliśmy już do strefy euro, musimy być świadomi, że
koszty porzucenia wspólnej waluty byłyby obecnie zbyt wysokie dla wielu państw.
Osobiście uważam, iż rozpoczynanie projektu euro było błędem, a zwłaszcza
narzucenie go grupie krajów tak bardzo się od siebie różniących. Niestety,
wycofanie się z tej decyzji jest bardzo kosztowne. Ale teraz widać, że Unia
Europejska nie była gotowa na wspólną walutę. Wiele krajów nie spełniało
przecież kryteriów, a Włochy ze swoim gigantycznym długiem były w szczególnym
stopniu nieprzygotowane.
Pana zdaniem, Polska w obecnej sytuacji powinna starać się o przyjęcie
do eurostrefy?
– Myślę, że Polska może się całkiem dobrze obchodzić bez wspólnej waluty. Może
bowiem korzystać z integracji europejskiej, pozostawiając sobie możliwość
elastycznego kursu złotówki.
Dziękuję za rozmowę.
