Czy duchowny katolicki może być postmodernistą?
Wiedziony ciekawością przeczytałem wywiad, jakiego udzielił pod koniec
października br. jednemu z dzienników pewien wybitny jezuita na temat obecnej
sytuacji Kościoła w Polsce. Zaintrygował mnie już sam tytuł: "Jak żyć,
katoliku?", a jeszcze bardziej podtytuł stanowiący fragment wypowiedzi owego
zakonnika: "Ci, którzy odchodzą od Kościoła, też są Polakami i mają prawo żyć w
naszym państwie". Stwierdzenia te zawierają myśl, że ciężko jest żyć katolikowi
w polskim Kościele, a jeszcze ciężej tym, którzy od niego odchodzą, gdyż są
uciskani przez Kościół instytucjonalny. Ale po kolei.
1. Dziennikarz prowadzący wywiad zadaje na początku pytanie: "Wybory to
żółta kartka dla Kościoła?"
Pytanie to jest bardzo ciekawe, jeśli się zważy na to, że ok. 2,5 mln ludzi w
Polsce zagłosowało na Ruch Palikota oraz na SLD – ugrupowania wrogie Kościołowi,
gdyż uważają oni, że należy Kościół usunąć z życia publicznego. W związku z tym
rodzi się nie lada problem: czy byli to niekatolicy, czy też społeczność
katolików, która zezłościła się na Kościół? A może przyczyniła się do tego
ciemnota polityczna lub przyjęta powszechnie wroga marksistowska zasada, że
Kościół nie ma nic do życia społecznego i politycznego?
Co odpowiada ojciec zakonny na to trudne pytanie? Otóż według niego, przyczyną
sukcesu owych ugrupowań jest to, że niektórzy hierarchowie kościelni uzurpują
sobie prawo do mieszania się we wszystkim do życia społecznego i politycznego.
Żyją oni jeszcze atmosferą czasów komunizmu, kiedy to reprezentowali
społeczeństwo polskie, nie rozumieją zaś demokracji, według której Kościół
żyjący w państwie polskim musi podlegać świeckim wartościom i regułom, tak samo
jak inne podmioty państwa polskiego; nie rozumieją, że dziś katolicy są tylko
jedną z grup, którymi włada państwo, a nie Kościół. Zresztą ogół świeckich dał
znać hierarchii, że nie ma ona żadnych praw społecznych i politycznych. Z
drugiej strony zawinili i ci politycy, którzy szukali poparcia u biskupów. Złe
były w 80 proc. nominacje za czasów Jana Pawła II. Niektórzy śmieli popierać
PiS, opowiadające się za patriotyzmem i za udziałem Kościoła w życiu publicznym.
Moje uwagi: Widać od razu, że ojciec przyjmuje za ateizującym postmodernizmem
pogląd, iż religia jest sprawą czysto prywatną i osobistą i nie ma dla niej
żadnego miejsca w przestrzeni publicznej, a jeśli coś siłą rzeczy wykracza poza
prywatność, podlega całkowicie prawom państwowym. Autor wypowiedzi nie rozróżnia
między doczesną, że tak powiem – socjologiczną stroną Kościoła – a sakramentalną
i nadprzyrodzoną. Przez Kościół rozumie raczej tylko hierarchię, zapominając, że
substancją Kościoła są świeccy katolicy, a więc większość zarówno wyborców, jak
i wybieranych. Podobnie sam ojciec jest również członkiem Kościoła. Ale wydaje
się, że chciałby, aby świeccy członkowie Kościoła na forum publicznym
zachowywali się tak, jakby do Kościoła nie należeli, a nawet byli niewierzący,
zgodnie z duchem liberalizmu panującym w Unii. Słowem, wszyscy katolicy na forum
publicznym mają być ateistami, a katolikami tylko na forum wewnętrznym i
prywatnie.
Ojciec zarzuca też biskupom, że nie potępili przed wyborami profanacji synagogi
i miejsca kultu muzułmańskiego na Podlasiu ani napisów w Jedwabnem. Nazwał to
brakiem współczucia, taktu i dobrego smaku. Nie wziął jednak pod uwagę, że mogły
to być prowokacje obliczone na osłabienie wpływu katolików na wybory i
przedstawienie ich jako niezdolnych do sprawiedliwego rządzenia. Zresztą jako
Polacy i katolicy jesteśmy w Ojczyźnie ciągle prowokowani, żeby siebie samych
potępiać. Ktoś liczy na naszą głupotę.
Trzeba też zwrócić uwagę na to, że nowomowa postmodernistyczna używa terminu
"tradycja" w innym znaczeniu. Tradycja to dla niej nie jest dziedzictwo,
dorobek, osiągnięcia ojców, lecz wsteczność, ciemnota i dziedziczenie
wszystkiego, co złe i godne odrzucenia.
2. W rozmowie pojawia się sprawa Ruchu Palikota, krzyża w Sejmie i
aborcji
W odpowiedzi ojciec stwierdza, że doskonale rozumie, iż tak wielu ludzi
głosowało na Palikota, bo niektórzy politycy liczą się z głosem Kościoła w
sprawach aborcji, życia w rodzinie i w państwie, w sprawie in vitro, związków
partnerskich i w ogóle w sprawach moralności. Tymczasem księża nie mogą
instruować innych, jak żyć, czy mieć dzieci, czy nie, kogo i jak kochać. Kościół
nie może domagać się prawa przeciwko aborcji, powinien tylko wiernych wychowywać
indywidualnie tak, aby z niej nie korzystali. Przy tym i hierarchia nie może
ulegać konserwatywnemu i tradycjonalistycznemu laikatowi, który przyjmuje
tradycyjną etykę: "Na szczęście niektórzy biskupi nie ulegają". Chrześcijaństwo
nie zna przymusu moralnego ani zakazów moralnych (a Dekalog?), przyjmuje tylko
głos osobistego sumienia. O krzyż wojny nie będzie, ale "sposób zawieszenia
krzyża [w Sejmie] urągał jego powadze".
Moje uwagi: Bardzo niepokojące jest totalne negowanie stosowania etyki
religijnej, ewangelicznej do życia społecznego i ograniczanie jej tylko do
sumienia indywidualnego, podczas gdy sumienie jest zawsze w pewnym sensie
kształtowane przez normy niszy życiowej. Czym innym jednak jest łamanie norm
moralnych, a czym innym odmawianie tym normom sensu ich stosowania w ogóle. Nie
można chrześcijaństwu odmawiać posiadania kodeksu etycznego społecznego i
społecznego wychowania moralnego. Przecież od moralności ewangelicznej,
indywidualnej i społecznej zależy zbawienie. Nie można etyki zastąpić prawem
państwowym, np. bolszewickim.
3. Ze strony dziennikarza pada stwierdzenie: "Wielu Polaków uważa, że
Kościół ich uciska, a Kościół czuje się oblężoną twierdzą"
– Istnieje poczucie wzajemnego ucisku – odpowiada zakonnik. Kościół naciska na
Polaków: wierzących i niewierzących, a antyklerykałowie i niewierzący atakują
księży. Ale i tradycyjni katolicy świeccy naciskają na księży w kierunku
tradycjonalizmu. Co więcej, nawet się modlą za Polskę, i to także profesorowie i
doktorzy, czyli ludzie dobrze wykształceni. Im właśnie – zdaniem ojca – "nie
otworzyła się w głowie jakaś klapka". Dochodzi do tego, że niektórzy katolicy
łączą życie polityczne z modlitwą w intencji jakiejś wybranej partii, np. PiS. I
co gorsza, Kościół opiera się na takich ludziach. Hierarchowie, tradycyjnie
nastawieni, nie chcą się otworzyć na nową mentalność, stosują przymus z ambony i
tak wpływają demoralizująco na wiernych.
Moja uwaga: W stwierdzeniach tych ukryte jest założenie, że religia, przyjmująca
dogmaty i Dekalog, wspierająca Naród i Polskę, dążąca do kształtowania opinii
publicznej, stanowi gwałt zadawany zarówno wierzącym, jak i niewierzącym w
dziedzinie społecznej i politycznej.
4. A jak się mają sprawy finansów Kościoła w Polsce?
Zdaniem zakonnika, hierarchowie tradycyjni tak oszołomili tradycjonalistów, że
ci nie kontrolują finansów w Kościele, nie dociekają, na co dokładnie idą
pieniądze z tacy i proboszczowie nie mówią im o finansach w parafii. Dziś to
absurd. Również niemądre jest żądanie jednego procentu od podatku na Kościół
zamiast Funduszu Kościelnego. Wystarczy, że każdy może przeznaczać na instytucje
charytatywne jeden procent. Instytucji Kościoła nie należy się żaden procent
podatku od obywateli państwa.
Moje uwagi: Ojciec kompletnie nie zna rzeczywistości. Finanse diecezji, parafii
i innych instytucji kościelnych są ściśle kontrolowane przez różne organa.
Wierni, nieoszołomieni przez wrogą agitację, darzą duchownych pełnym zaufaniem,
większym niż urzędników państwowych. Dzięki temu realizowane są liczne poważne
inwestycje ze składek ubogich wiernych. Ów jeden procent na Kościół, zgłoszony
na Radzie Biskupów 25 sierpnia br. przez ks. bp. Wiktora Skworca, byłby
absolutnie dobrowolny i miałby charakter czysto dyskusyjny. Inna rzecz, że
pomysł ten, istotnie, nie jest dobry. W konstrukcji wypowiedzi ojca jest jednak
coś, co przypomina publiczną wypowiedź pewnego posła z SLD i zarazem PO, że
Kościół katolicki jest "najbogatszą instytucją na świecie". Co może zrobić z
umysłu człowieka zapiekła nienawiść! Owszem, pojawiają się raz po raz przez
wszystkie wieki poglądy, że ludzie naprawdę wierzący, zwłaszcza kapłani, nie
powinni mieć żadnej własności ani nie powinni korzystać ze środków cywilizacji.
Jeszcze w czasie dyskusji soborowych, jak pamiętam, padały pomysły, żeby
sprzedać Watykan, "bo drogi", żeby urzędy, biskupów i księży lokować w barakach,
żeby kapłani odprawiali Msze Święte w kombinezonach robotniczych lub w "ubogich
łachmanach", żeby nie korzystali ze środków nowoczesnej lokomocji, tylko
chodzili pieszo lub co najwyżej jeździli na rowerach itd. Ale to wszystko było
chore.
5. Prowadzący rozmowę podnosi też kwestię Dekalogu i wartości
chrześcijańskich w państwie
Według zakonnika, wartości chrześcijańskie nie mogą być normą państwową, bo nie
umiemy ich precyzyjnie sformułować i skodyfikować. Dekalog zaś ma ulepszać tylko
poszczególne jednostki, a nie kraje czy narody. Głos Kościoła nie ma znaczenia
przy stanowieniu prawa państwowego i "prawo nie może zajmować się moralnością",
ma tylko porządkować stosunki między grupami. Wartości chrześcijańskie nie mogą
stanowić żadnego prawa, bo są sprawą tylko jednostek. Zresztą również
antyklerykalizm w wymiarze społecznym nie ma sensu, może mieć miejsce tylko w
odniesieniu do poszczególnych duchownych, np. do proboszczów. W ogóle Kościół to
zbiór jednostek, nie jakiś organizm społeczny.
Moje uwagi: Autor po raz kolejny reprezentuje skrajny indywidualizm w dziedzinie
religii, moralności i prawa, stąd kategorie społeczności, narodu, ojczyzny są
dla niego wsteczne. Z tego, że Kościół nie może głosić państwu obowiązku
zachowywania Dekalogu, wynika właściwie to, że państwo może mieć własny kodeks
moralny, nie tylko prawny. Co z tego wynika? Otóż np. to, że pomimo iż Sowieci w
latach 1919-1920 wymordowali ok. 20 tys. Polaków, cywilów i jeńców wojennych,
wbijali im gwoździe w naramienniki oficerskie, wycinali lampasy na skórze nóg,
obcinali języki, wykłuwali oczy, obcinali uszy, wbijali na pal, palili, wrzucali
do studni itd. – nie można im zarzucić niemoralności, gdyż oni mieli swój kodeks
moralny – rewolucyjny.
6. W rozmowie pojawia się z kolei inne stwierdzenie: "Radykalni katolicy
powiadają, że wiara, religijny światopogląd są zagrożone, że Polska przestaje
być katolicka"
Ojciec tak nie uważa, "bo wierzy nie Polska, lecz konkretna osoba, Kościół ma
tylko pomóc żyć wiarą na co dzień". Zagrożenie nie nadchodzi z zewnątrz
Kościoła, lecz ze środka: od hierarchii, księży i laikatu tradycjonalistycznego.
Moje uwagi: Nie można tego w ogóle zrozumieć, to są same nonsensy. Nie ma
społeczności katolickiej, są tylko jednostki, autonomiczne i wolne religijnie i
społecznie. Wszelkie treści religijne są tylko dla jednostek. Katolickość nie
jest procesem społecznym, lecz indywidualnym i osobistym. Dlatego Kościół nie
może być przewodnikiem wspólnoty narodowej. Świat jest, według ojca, katolikom
życzliwy, w najgorszym razie obojętny, tylko oni sami są źli i wsteczni, a
duchowni myślą więcej o pieniądzach niż o Panu Bogu. Jest tu chyba założenie, że
katolicyzm polski odrodzi się tylko wówczas, gdy przyjmie zachodni liberalizm.
7. Dziennikarz sugeruje, iż "wybory pokazały, że nie istnieje zbitka
"Polak katolik""
Na to zakonnik stwierdza, że "Polak katolik" to sformułowanie powstałe w czasach
komunizmu, jest ono błędne i stanowi "balast kulturowy". Przed rozbiorami
katolików było tylko 40 procent. Poza tym są jeszcze grekokatolicy. Także "ci,
którzy odchodzą od Kościoła, też są Polakami i mają prawo żyć w naszym
państwie". Procent katolików włączających się w życie Kościoła, jest bardzo
skromny.
Moje uwagi: Sformułowanie "Polak katolik" rodziło się już w czasach
kontrreformacji, a rozwinęło się za czasów sarmacji, a następnie zaborów. W
rozmowie mylony jest Polak, jako obywatel Polski, z Polakiem, jako członkiem
Narodu Polskiego. Zwrot ten nie ma charakteru statystycznego, lecz
reprezentatywny tak jak Niemiec protestant, Anglik anglikanin, Hindus – wyznawca
hinduizmu itd. W Niemczech, Wielkiej Brytanii czy w Indiach były przecież inne
narodowości i inne religie. Nie można się łapać na lep interpretacji
nienawistnych. Myślę, że podczas studiów we Francji nie pytano ojca jako Polaka,
czy jest anglikaninem, muzułmaninem lub świadkiem Jehowy. A co do intensywności
życia katolickiego ludzi – w ocenach nie zastępujmy Pana Boga.
8. Padają również pytania o "alienację biskupów" i o kłopot z Radiem
Maryja
W odpowiedzi rozmówca sugeruje, że Episkopat nie chce się kontaktować ze
wszystkimi środowiskami zarówno poza Kościołem, jak i w Kościele. Dlatego też
nie współpracuje z Radiem Maryja ani nie chce zlikwidować w nim tego, co jest
"jednostronnie upolitycznione i ma trującą frustrację". Tym razem biskupi chcą
być "demokratyczni". Rzym nie zajął się tą sprawą i nie nakazał generałowi
redemptorystów zlikwidować Radia lub sprowadzić jego programy do samych modlitw
i transmisji liturgicznych. A tymczasem – co podnieśli i niektórzy inni – sukces
Ruchu Palikota miałby być owocem działalności Radia Maryja, bo jest to reakcja
ludzi przeciwko wprowadzaniu Kościoła na forum publiczne, przeciwko szerzeniu
tradycyjnego katolicyzmu i głoszeniu anachronicznego patriotyzmu.
Moje uwagi: Znowu odrzucana jest obecność Kościoła w życiu publicznym: za
zaistnienie ogólnopolskiego medium katolickiego; za uznawanie kategorii narodu,
ojczyzny, katolickiej nauki społecznej i za odrzucanie liberalizmu. Nie sposób
takiego stosunku do Radia Maryja ze strony innego katolika racjonalnie
wytłumaczyć.
9. Pojawia się również pytanie, dlaczego polski Kościół nie uznaje
pluralizmu co do etyki małżeńskiej, rodzinnej, prokreacyjnej, demograficznej,
seksualnej itd. i dlaczego przypisuje sobie szczególną misję w Europie
Według zakonnika, Episkopat w sprawach etyki społecznej unika radykalizmów, choć
obrońcy życia są u nas zbyt głośni. A co do misji w Europie, to się mylą, nikogo
nie nawrócimy, przede wszystkim musimy siebie nawrócić.
Moje uwagi: Autor myli przestrzeganie Dekalogu z dyplomacją towarzyszącą
wprowadzaniu Dekalogu w życie. Obrońcy życia mają w Polsce tylko jedno medium –
toruńskie, a zwolennicy zabijania dysponują potęgą setek mediów w całej Europie.
A co do misji nowej ewangelizacji w Europie, to pracuje tam już ponad dwa
tysiące kapłanów, sióstr i działaczy apostolskich.
10. Prowadzący rozmowę pyta z kolei, "dlaczego polski Kościół ucieka od
nowoczesności"
To dziwne – zdaniem zakonnika – bo kiedyś przystosowywał się do sytuacji: nie
protestował przeciwko niewolnictwu, nie poprawiał sytuacji kobiety, a dziś nie
chce się przystosować do rzeczywistości.
Moje uwagi: Kościół nie ucieka od nowoczesności, tylko od zagrożeń z nią
związanych, od sytuacji niesprawdzonych, a najczęściej od oszołomstwa,
zauroczenia błędami, od mentalności niemoralnej i od wszystkiego, co może
zagrozić jego zbawczemu dziedzictwu. Przyjmuje natomiast rzeczy dobre i
sprawdzone. Nie może podążać za takimi modami mentalnymi, pozornie nowoczesnymi,
jak marksizm, nazizm, rasizm, eugenika, relatywizm, a dziś liberalizm i
postmodernizm, które niszczą wszystko, co prawdziwe, dobre i ludzkie.
Co do niewolnictwa, to trąci to sprzecznością. Ojciec raz gani Kościół, że chce
decydować o życiu społecznym, a innym razem zarzuca Kościołowi – niesłusznie –
że kiedyś nie zniósł niewolnictwa. Oczywiście, św. Paweł położył główny nacisk
na życie duchowe i moralne w Chrystusie, na wolność ducha, i nie chciał
rewolucji przeciwko państwu. Niewolnictwo bowiem było przez tysiące lat jedną z
podstawowych struktur społecznych. Wielkie kultury: Sumerowie, Babilończycy,
Asyryjczycy, Egipcjanie, Hindusi, Chińczycy, np. żołnierzy wziętych do niewoli
po prostu tysiącami zabijali albo część przynajmniej oślepiali. Dopiero kiedy
bardziej rozwinęło się rolnictwo, przeznaczali ich do pracy. W XIX w. w Ameryce
wybuchła przecież na tle m.in. problemu niewolnictwa okrutna wojna domowa. W
Rzymie chrześcijańskim powoli, ale skutecznie szerzyła się idea równości pana i
niewolnika wobec Boga i Kościoła. Byli papieże wyzwoleńcy. Papież Leon Wielki w
V w. z dużym skutkiem nawoływał panów rzymskich, żeby z okazji Paschy wyzwalali
niewolników, a także żeby zwalniali więźniów z więzień – prywatnych. A zresztą
niewolnictwo kwitnie i dziś jeszcze w pewnym zakresie w państwach, w których
panuje duch rzekomo postępowej świeckości. Jeżeli chodzi o status kobiety w
nauczaniu Kościoła, to wspaniale ukazał to zagadnienie Jan Paweł II w liście
apostolskim "Mulieris dignitatem" (O godności kobiety; Watykan 1988).
11. Potrzebna jest więc zmiana mentalności kościelnej?
Ojciec uważa, że Kościół musi się nauczyć szybkiej zmiany swej mentalności.
Przede wszystkim musi zmienić swój stosunek do niewierzących, inaczej wierzących
i różnego rodzaju prowokatorów i skandalistów. Na przykład reakcja ks. bp.
Wiesława Meringa i konserwatystów w sprawie "Nergala", oskarżanego o satanizm,
była głupotą.
Moje uwagi: Znowu jakaś banalizacja problemu. Przecież ci, którzy mówią o
potrzebie zmiany mentalności kościelnej, mają na myśli przede wszystkim
postulat, żeby Kościół przyjął liberalizm i żeby zastosował go do swych struktur
i działań. Wtórnie chcieliby oni, żeby Kościół się nie bronił przed niszczącymi
atakami i nie reagował na bluźnierstwa, szyderstwa i opluwanie.
12. Co będzie dalej z Kościołem w Polsce?
Polski Kościół – zdaniem zakonnika – jest w niebezpieczeństwie jako instytucja,
ale poszczególnym wiernym nic nie grozi: "Religia to rzecz indywidualna, gdyż
apel Boga jest skierowany nie do społeczności, lecz pojedynczo do każdego
człowieka. (…) od czasów Mojżesza nie ma narodów wybranych. Są ludzie, każdy z
osobna, którzy żyją na co dzień w różnych państwach". Źle jest z Kościołem w
Europie, ale emancypujące się spod wpływów Europy kraje w Afryce, Azji i obu
Amerykach kształtują Kościół odpowiednio do miejscowych uwarunkowań. Jeśli w
Polsce nie nastąpi refleksja, Kościół będzie tracił wyznawców, co nie znaczy, że
ubędzie wierzących. Kościół zniechęci ludzi myślących i wierzących inaczej niż
katolicy. A ci katolicy, którzy mimo wszystko zechcą się spotykać (z kim?), będą
zostawieni sami sobie. Kościół instytucjonalny, w tym laikat, straci. Kościół ma
otworzyć się, pogłębić refleksję i wiarę, nie bać się. Wewnątrz musi podać w
wątpliwość niektóre sposoby postępowania. Jeśli nie nastąpi jakiś wstrząs, może
być trudno. Kościół nie może mówić: ""My, Kościół, mamy całą prawdę i nic, tylko
trzeba nas słuchać", to nic nie da". Musi przyjąć "pozytywne wartości demokracji
i pluralizmu, nie tylko politycznego, ale także mentalnego i etycznego".
Moje uwagi: Absurdalny jest pogląd, że Kościół to tylko jednostka i liczy się
tylko jej wymiar wewnętrzny. W tej sytuacji nie powinno się używać słowa
"Kościół", bo to jest sprzeczność. Sama jednostka nie jest Kościołem, jak chciał
Wilhelm Ockham. Właśnie na miejsce narodu Izraela przyszedł nowy Lud Boży,
Mistyczne Ciało Chrystusa. I narody w sensie doczesnym są też pewnym oparciem
ludzkim dla historycznego bytu Kościoła. Chrystus powiedział do rozsyłanych na
świat Apostołów: "Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi, idźcie więc
i nauczajcie wszystkie narody" (Mt 28, 19). Nie zostali oni posłani tylko do
jednostek żyjących w tych narodach; jakkolwiek w jednostce rodzi się wiara, to
jednak tworzy od razu wiarę także społeczną. Skąd ten lęk przed rzeczywistością
narodu? Może stąd, że według postmodernizmu jednostka jest sama dla siebie
"bogiem".
Kościół prowadzi dialog z innymi wyznaniami chrześcijańskimi, z innymi
religiami, z ateistami i agnostykami. Bezdenną głupotą jednak jest żądać, by
uznał pluralizm prawdy o tym samym, tożsamość każdej wiary i religii oraz
pluralizm etyk. Przy pluralizmie prawd trzeba by przyjąć np., że prawdziwe są
zdania sprzeczne: że Bóg istnieje i tak samo, że nie istnieje lub że człowiek ma
duszę, a jednocześnie, że nie ma duszy. Katolik nie może stawiać na równi
Zaratustry, Laoziego, Konfucjusza, Buddy, Mahometa i Chrystusa. Przecież
pluralizm prawdy oznacza, że nie ma żadnej prawdy. Pluralizm etyk oznaczałby, że
najcięższe winy i zbrodnie są moralnie dobre, jeśli mieszczą się w systemie
etycznym zbrodniarza. Jak można takie rzeczy głosić, i to jeszcze w imię
chrześcijaństwa "otwartego"?
Wielki błąd postmodernistyczny polega na przekonaniu, jakoby Kościołowi nie było
wolno wpływać w jakikolwiek sposób na życie doczesne, zwłaszcza społeczne. Jest
to błąd wielu dawnych sekt, według których istnieje tylko Kościół duchowy:
ecclesia spiritualis. Tymczasem w samej modlitwie "Ojcze nasz" prosimy, by Bóg
tworzył swoje Królestwo antycypacyjnie już na ziemi: "Przyjdź Królestwo Twoje.
Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi".
W związku z tym postmoderniści i liberałowie, uważający się także za katolików,
błądzą, gdy odrzucają autorytatywny charakter działania i nauczania Jezusa
Chrystusa i Apostołów oraz hierarchii. Człowiek jest wolny w przyjmowaniu wiary
i nauki Bożej, ale nie bez konsekwencji. Jeśli świadomie i dobrowolnie odrzuci
Orędzie Jezusowe, to sprzeciwia się Bożej woli i miłości i schodzi z drogi
wiodącej do zbawienia. Modne dziś teorie "awaryjne", jakoby Bóg miał zbawiać
każdego człowieka, nawet najbardziej grzesznego i wbrew jego woli, mają
charakter jedynie emocjonalny, nie intelektualny. Hierarchowie zatem nie są
jakimiś sobie wolontariuszami, lecz ludźmi powołanymi przez Chrystusa, działają
i nauczają z autorytetu Jezusa. Każdy katolik musi to wiedzieć.
Nie można też pojąć, dlaczego teolog, nawet i liberalny, nie dostrzega całych
zorganizowanych, różnorodnych i potężnych działań zmierzających do zniszczenia
Kościoła polskiego we wszystkich jego wymiarach, a głównie w jego istnieniu na
polskiej ziemi. A że są i wewnętrzne niebezpieczeństwa, to właśnie jest tego
dowodem osoba udzielająca tego prowokacyjnego wywiadu.
***
Wywiad kończy się jowialnie: "Gdy mnie pytają, czy się nie boję (jako katolik?),
odpowiadam, że się nie boję niczego, gdy jestem dobrze wyspany. Może Kościołowi
dobrze zrobi, gdy odeśpi zmęczenie i lęk". A może jednak ktoś się nie wyspał?
I jeszcze raz: Czy duchowny katolicki może być postmodernistą? Nie może, bo to
sprzeczność. Ale czy nie może "zostać" postmodernistą? Może. Tylko że wtedy
przestaje być katolikiem.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
