Nie umieram – odchodzę w życie
Śmierć – to słowo, które nie budzi w człowieku dobrych skojarzeń. Przecież jest nieodłącznie powiązana z tęsknotą, bólem, smutkiem, rozstaniem itp. To koniec życia doczesnego – jedynego, jakie poznaliśmy. Nie wiemy, jak będzie wyglądało ono po drugiej stronie. Ludzka niepewność miesza się często ze strachem, ale i fascynacją. Jak wygląda życie pozagrobowe? Czy spotkamy się z tymi, którzy odeszli przed nami? Jak będzie w niebie? Tysiące pytań, z którymi zmaga się konający człowiek… Odpowiedzi poznamy jednak dopiero po przekroczeniu granicy śmierci.
Dla chrześcijan śmierć stała się początkiem lepszego życia. Jezus Chrystus przekonuje nas, że niebo to królestwo Jego Ojca. On zmartwychwstając, darował nam nowe życie i stał się naszym ocaleniem z mroków śmierci. Wiemy, że my także w dzień sądu powstaniemy z martwych na wzór Chrystusa. Katolicka eschatologia próbuje zdefiniować i rozjaśnić rzeczy ostateczne człowieka, posługując się rozumem oświeconym wiarą. Jednak najpiękniej mówią o tym mistycy chrześcijańscy, którzy z łaski Boga oglądali niebo, czyściec i piekło oraz doświadczali w ekstazach stanu duszy zbawionej.
Św. Augustyn, nawiązując do śmierci jako wiekuistego zjednoczenia się z Panem, mawiał, że Bóg stworzył nas dla siebie i niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Nim. Prawdę tę potwierdzają święci Kościoła, którzy odchodzą do Boga w pokoju i radości, którzy niejednokrotnie już kilka godzin przed śmiercią oglądają wspaniałe dary, przygotowane im przez Pana. Śmierć jest ukojeniem wszystkich tęsknot oraz stanem, gdzie kończy się wiara, a spełnia się nadzieja. Przyjrzyjmy się bliżej, jak umierali niektórzy spośród znanych nam świętych.
Zobaczę Ją ponownie…
Bernardetta Soubirous – zakonnica klasztoru św. Hildegardy w Nevers – odchodzi do Boga po długim i ciężkim doświadczeniu choroby – rak kości. Żegnając się z życiem doczesnym martwi się tym, że zbyt mało cierpiała, że za mało kochała. Jedynym lękiem, jakiego doświadczała przed śmiercią było przekonanie, że otrzymała tyle łask, a nie była w stanie ich w pełni wykorzystać. Choć ciałem jej targały okropne bóle, prosiła wszystkich wokół o modlitwę za swoją niegodną osobę. Nie miała siły utrzymać krucyfiksu, który został przysłany jej w darze przez papieża Piusa IX. Poprosiła więc o przywiązanie go do łóżka, aby mogła patrzeć na niego w chwili agonii. W swoim sercu odtwarzała scenę z Kalwarii, powtarzając za umęczonym Jezusem: „Pragnę”. Osłabiona i zmęczona ciągłym bólem, w ostatnich minutach swego życia wypowiada głośne i wyraźne: „J”aime”, to znaczy „kocham”. Zebrane w pokoju siostry przerywają odmawiane modlitwy za konających i klękają w pokornym milczeniu. Wiedzą bowiem, że to Matka Najświętsza przyszła, aby przeprowadzić Swoje dziecko przez śmierć. Ostatnie westchnienie, a potem w chwili zgonu niezwykle rozjaśnia się twarz Bernardetty. Przybrała ona wyraz dawnego zachwycenia, gdy pozostawała w ścisłej łączności z Maryją. W tej chwili spełniła się obietnica dana dziewicy przez Piękną Panią, która mówiła, że nie obiecuje swojej córce szczęścia w życiu ziemskim, lecz w wieczności. Ofiarne cierpienie i wierność Bogu zostały wynagrodzone niezniszczalną nagrodą.
Pożegnanie z ziemią świętego chłopca
Delikatny organizm Dominika Savio, wskutek intensywnego trybu życia, nie wytrzymał. Chłopiec poważnie zaczął podupadać na zdrowiu. Według wiedzy medycznej ówczesnego czasu, stan dziecka był beznadziejny i dlatego orzeczono, że w tej sytuacji konieczny jest powrót do domu. Ze smutkiem żegnał się więc z Oratorium, z kolegami, a przede wszystkim z ukochanym wychowawcą św. Janem Bosco. Wiedział, że nie będzie mógł tu powrócić, że po raz ostatni widzi twarze ludzi, którzy byli mu tacy bliscy. Mimo młodego wieku (w chwili śmierci miał 15 lat) przed odejściem pytał wychowawcę, co jeszcze może zrobić dla Jezusa? Interesowało go, jak powinien zachować się wobec szatana, który może go kusić i dręczyć w ostatnich godzinach? Zależało mu też na tym, aby ksiądz Bosco ofiarował za niego odpust zupełny.
Po kilku dniach leczenia w rodzinnym domu wydawało się, że Dominik wraca do zdrowia. Jednak on poprosił o wiatyk i sakrament namaszczenia chorych. Gdy wieczorem ojciec czytał mu modlitwy o dobrą śmierć, twarz chłopca nagle rozpogodziła się i wykrzyknął: „Żegnaj kochany tatusiu! Och, jakie piękne rzeczy ja widzę”. Umarł Święty. Niedługo po śmierci ukazał się we śnie swemu kierownikowi duchowemu ks. Janowi Bosco i rozmawiał z nim o szczęściu, które jest udziałem zbawionych. Opowiedział, że największą pociechą w godzinie śmierci była dla niego słodka i czuła obecność Matki Bożej. Dominik wręczył ks. Bosco symboliczny bukiet kwiatów. Wszystkie rodzaje tych kwiatów to cnoty, które podobają się Bogu: róże symbolizują miłość, fiołek – pokorę, słonecznik – posłuszeństwo, goryczka – pokutę i umartwienie, lilia – czystość, kłosy pszenicy – częstą Komunię Świętą, a nieśmiertelnik jest oznaką wytrwałości. Wyjaśnił, że właśnie taka wiązanka jest przepustką do Królestwa Niebieskiego.
Daj mi atmosferę nieba!
Niemowlę nie musi uczyć się, jak ma się urodzić. Dorosły, który chce pozostać dzieckiem przed Bogiem, musi jednak nauczyć się tak umierać, jakby się rodził. Ta zasada doskonale wpisała się w życie autorki „małej drogi”, czyli św. Teresy z Lisieux. Karmelitanka często martwiła się o to jak umrze, bo przeczuwała, że ta próba będzie dla niej wyjątkowo trudna. Jej ciało wyniszczało się powoli zaatakowane przez gruźlicę płuc, oddychanie stawało się nieustanną męką. Wtedy patrząc na obrazek Maryi, siostra Teresa Martin modliła się: „Brak mi powietrza tu na ziemi, kiedyż Pan da mi atmosferę nieba?”. Jednocześnie z wielkim zaufaniem mówiła, że kocha wszystko cokolwiek pochodzi od Boga, nawet jeśli jest to trudne do zniesienia. Była jak zmęczony wędrowiec, który dociera właśnie do celu swej wędrówki i upada na ziemię. W trakcie długiej i bolesnej agonii patrzyła na krucyfiks i wyznawała miłość Chrystusowi. Następnie trwała w bezruchu, z niemym zachwytem w oczach. Oddała ostatnie westchnienie i upadła prosto w objęcia dobrego Boga. Świat zyskał „małą Świętą”.
„Wyszedłszy z siebie, wszedł do pełni życia”
Błagał przeora, aby pozwolił mu nałożyć szkaplerz. Jako ubogi zakonnik nie miał nic, w czym mógłby zostać pogrzebany. Św. Jan od Krzyża – hiszpański mistyk, reformator Karmelu i liryk Bożej miłości – w piątkowy wieczór mówił swoim współbraciom, że Jutrznię będzie odmawiał już w niebie. Prosił, aby przyniesiono mu Hostię. Chciał ostatni raz spojrzeć na Jezusa oczyma ciała. Tej nocy jego bracia czuwali przy łożu konającego zakonnika, odmawiając psalmy pokutne. Prowincjał zakonu próbował pocieszyć Jana wspomnieniami o trudach, jakie poniósł w reformie Karmelu – on jednak nie chciał tego słuchać. Wiedział bowiem, że tylko przez Krew Jezusa Chrystusa może otrzymać zbawienie. Nie chciał, aby czytano mu modlitwy za konających, ale prosił o wersety z Pieśni nad Pieśniami. Gdy usłyszał dzwony bijące na Jutrznię, rozradował się i rzekł: „Chwała Bogu, pójdę zaśpiewać ją w niebie!”. Po czym ucałował krzyż i oddał ducha Bogu. Wtedy jego cela klasztorna wypełniła się miłą wonią i cudownym światłem.
Nadeszła godzina spotkania!
Ostatnie chwile ziemskiego życia świętych i błogosławionych Kościoła ukazują nam prawdę o śmierci, o przejściu do lepszego życia. Kiedy nadchodził dla nich czas rozstania się z ziemskim życiem, wtedy wszyscy – bez względu na okoliczności historyczne, wiek, płeć, status społeczny – doświadczali „coś”, czego nie sposób ująć żadnymi słowami. Widzieli chwałę i pełnię szczęścia, jakie Bóg przygotował tym, którzy Go miłują. Nie zawsze ich ostatnie tygodnie, dni, godziny wyglądały identycznie. Jednak łączyła ich jedna ważna cecha – pełne tęsknoty oczekiwanie na wypełnienie się Bożej obietnicy. Była to niejednokrotnie droga przez mękę… Czyste dusze Świętych, w ostatnich chwilach ziemskiego życia doświadczały pokus szatańskich i udręk wewnętrznych, które miały skłonić je do porzucenia drogi Bożej. Dla wielu był to czas fizycznego oczyszczenia przez cierpienie spowodowane chorobami i ograniczeniami ludzkiego ciała. Doświadczając wielkiej łaski, widzieli siebie jako grzeszników i z lękiem wspominali chwile ludzkiej słabości. Posiedli jednak tę wielką łaskę, że nie bali się śmierci ciała, ale drżeli na myśl o śmierci duszy, którą powoduje grzech. Doznanie to nie przytłaczało ich stanem rozpaczy, ale powodowało, że z ogromną ufnością oddawali się przepaściom Bożego Miłosierdzia. Cieszyli się na chwilę spotkania z Bogiem
Być świętym to żyć tak, aby roztaczać wokół siebie zapach nieba. Być świętym to kochać szczerą, mocną miłością na wzór Tego, który pierwszy nas umiłował. Choć nie wiemy, jak będzie wyglądała nasza wieczność, to miejmy ufność w Jezusie. On zwyciężył, a teraz wzywa każdego z nas do podjęcia własnej drogi świętości. Wszystko po to, aby godzina naszej śmierci stała się godziną, w której wkroczymy w Życie i w Miłość, które będą trwały już na wieki.
Anna Mularska
***
Polecamy także audycję dla chorych z dnia 30.10.2011
