Bez akt, bez ustaleń
Prokuratura wojskowa, która prowadzi śledztwo dotyczące katastrofy
smoleńskiej, nie dysponuje żadnymi dokumentami opisującymi akcję ratowniczą
podjętą po katastrofie rządowego tupolewa na Siewiernym.
Brak dokumentacji, zdaniem pełnomocników rodzin ofiar, świadczy prawdopodobnie o
tym, że śledczy mogą się obawiać, by sprawy akcji ratowniczej nie potraktowano
jako odrębnego wątku w śledztwie, które dotyczy wszystkiego, co miało związek z
katastrofą Tu-154M. A także tego, co działo się później na miejscu tragedii. Jak
zaznaczają prawnicy, prokuratura takim materiałem powinna dysponować, gdyż z
punktu widzenia śledztwa istotne jest wszystko, co miało związek z katastrofą, a
więc także sposób prowadzenia i ocena skuteczności akcji ratunkowej podjętej na
miejscu tragedii. Dla ustaleń śledztwa liczy się ułożenie ciał, stopień ich
obrażeń czy też zbadanie tego, czy ktoś katastrofy nie przeżył. Prawnicy wątpią,
by prokuratura miała kiedykolwiek wnioskować o przesłuchanie rosyjskich
funkcjonariuszy biorących udział w akcji ratunkowej na Siewiernym. Dopytywany o
to płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej,
wyjaśnia, że Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie informuje opinii
publicznej o swoich zamierzeniach procesowych. – Prokuratorskie śledztwo idzie w
kierunku ustalenia przyczyn katastrofy, a nie ewentualnych zaniedbań po niej.
Gdyby do prokuratury zostało wysłane zawiadomienie, że akcja ratunkowa była źle
prowadzona, to prokuratura wszczęłaby postępowanie i byłyby wnioski o pomoc
prawną – ocenia mec. Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego.
MAK: Akcja była prowadzona rzetelnie
Sami Rosjanie o akcji ratunkowej szeroko rozpisywali się w raporcie
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. MAK nie miał tu nic do zarzucenia. Opis
akcji ratowniczej w jego raporcie zajmuje kilka stron (od s. 101 do 105). W
dokumencie zawarto informację, iż zabezpieczenie działań ratunkowych na miejscu
zdarzenia lotniczego wykonywane było przez siły Ministerstwa Federacji
Rosyjskiej do spraw Sytuacji Nadzwyczajnych, Obrony Cywilnej, Likwidacji Skutków
Klęsk Żywiołowych (MCzS) oraz Regionalną Bazę Poszukiwawczo-Ratowniczą (RPSB).
Prace na miejscu zdarzenia lotniczego prowadzone były przez sześć dni, tj. od 10
do 16 kwietnia, zaangażowano do nich ponad tysiąc osób, w tym przewodników z
psami, oraz ponad 200 jednostek technicznych. Zostały przygotowane miejsca do
rozmieszczenia ciał ofiar: miejska kostnica zabezpieczyła na ten cel 100 miejsc,
szpital kliniczny w Smoleńsku – kolejne 5 miejsc. O godzinie 13.00 na lotnisko
Smoleńsk Północny przybył naczelnik ekspertyz medycyny sądowej, a wraz z nim
siedmiu pracowników, szesnastu patologów oraz kierownik okręgowego instytutu
anatomii patologicznej. Jak jednak informują sami Rosjanie, dopiero 5 godzin po
katastrofie przystąpiono do ewakuacji ciał ofiar. Ogólny wniosek MAK przedstawia
się następująco: działania wszystkich służb awaryjnych były prawidłowe i
terminowe, co pozwoliło zapobiec rozwojowi pożaru i zapewnić ochronę
rejestratorów pokładowych, fragmentów statku powietrznego i szczątków
znajdujących się na pokładzie ludzi. Jednocześnie sami Rosjanie przyznają, że
dopiero minutę po utracie łączności z Tu-154M informacja o tym fakcie została
przekazana z wieży kontroli lotów dyżurnemu Regionalnej Bazy
Poszukiwawczo-Ratowniczej. Ten dwie minuty po katastrofie wydał rozkaz wyjazdu
zmiany dyżurnej. Również – według MAK – pierwsze pojazdy wyjechały dopiero
kolejno w 5 i 7 minut po zdarzeniu. Alarm dla większej liczby jednostek z obwodu
smoleńskiego został ogłoszony w 10 minut po katastrofie. Strona polska podnosi,
że inne jednostki z obwodu smoleńskiego, alarmowane jako pierwsze, nie spieszyły
się do działania i na miejsce dotarły 44 minuty po zderzeniu tupolewa z ziemią.
Polscy eksperci: Nie zgadzamy się z MAK
Tymczasem strona polska nie otrzymała żadnej dokumentacji, która potwierdzałaby
tezy MAK o przeprowadzonej akcji ratowniczej. Polscy eksperci w "Uwagach" do
raportu MAK podkreślają, że nie wiadomo, za pomocą jakich środków została
przeprowadzona naziemna akcja ratownicza. Ponadto obsada służby kontroli lotów (SKL),
mając już świadomość, że samolot Tu-154M upadł, nie ogłosiła natychmiast alarmu
dla całości jednostek ratowniczych znajdujących się na lotnisku Smoleńsk
Północny oraz nie przekazała informacji o wypadku do jednostek ratowniczych
całego okręgu smoleńskiego. Nie wiadomo też, czy Rosjanie w ogóle mieli
opracowany schemat działania jednostek ratowniczych i czy pracownik SKL miał z
nimi łączność. Brak też informacji, ile zadysponowanych pojazdów faktycznie
dotarło do rozbitego samolotu oraz jakiego rodzaju środków gaśniczych użyto do
gaszenia pożarów paliw lotniczych. Strona polska uznała też, że działanie służb
medycznych było niewystarczające, a podane w raporcie zabezpieczenie medyczne
lotniska Smoleńsk Północny nie gwarantowało udzielenia poszkodowanym pomocy na
okoliczność wypadku samolotu Tu-154M. Jak wynika z samego rosyjskiego raportu,
na lotnisku Siewiernyj był obecny tylko lekarz dyżurny, a pierwszy zespół
medyczny dotarł na miejsce wypadku dopiero 17 minut po zdarzeniu. Brak też
stenogramów rozmów prowadzonych przez służby ratownicze, planów działania czy
dokumentacji zdjęciowej, która pozwoliłaby ocenić poziom zabezpieczenia lotniska
w zakresie ochrony przeciwpożarowej i medycznej oraz przygotowania służb do
prowadzenia akcji ratowniczej. Strona rosyjska nie przekazała też informacji o
czynnościach dochodzeniowych prowadzonych na miejscu katastrofy i stosownej
dokumentacji miejsca zdarzenia przed przetransportowaniem ciał ofiar katastrofy.
Zabrakło też danych dotyczących współdziałania wszystkich grup ratowniczych oraz
planu działań ratowniczych lotniska Smoleńsk Północny.
Anna Ambroziak
