Kariera pani Ewy

Ewa Kopacz zostanie marszałkiem Sejmu – tak zdecydował Donald Tusk. To
szczyt jej politycznej kariery. Do tego niespodziewany, bo – prawdę mówiąc –
minister zdrowia brakuje predyspozycji do bycia marszałkiem.

Kariera polityczna dr Ewy Kopacz zaczęła się w szeregach Unii Wolności w 1997
roku. Do polityki weszła trochę z przypadku. Wydawało się raczej, że karierę w
tej dziedzinie zrobi jej mąż, ówczesny prokurator Marek Kopacz (rozwiedli się w
2008 roku). Ale wtedy Marek Kopacz bez powodzenia startował w wyborach do Sejmu
z listy UW i postanowił rozstać się z polityką. Jego miejsce zajęła żona i rok
później była już radną Sejmiku Województwa Mazowieckiego. Od 2001 roku
nieprzerwanie zasiada w Sejmie w ławach PO, cztery lata temu została ministrem
zdrowia. Stanowisko marszałka Sejmu ma być ukoronowaniem jej politycznej
kariery. Kariery, która była możliwa tylko dzięki bezwzględnej lojalności wobec
Donalda Tuska.
– Ewa potrafiła wyczuć, skąd wieje korzystny dla niej polityczny wiatr – mówi
jeden z działaczy radomskiej Platformy Obywatelskiej. Gdy uznała, że czas Unii
Wolności mija, bez żalu opuściła tę partię i związała się z Platformą
Obywatelską. Ale nie od razu należała do drużyny Tuska. Mało kto dziś pamięta, a
i pewnie pani minister wolałaby o tym zapomnieć, że długo była związana z grupą
Pawła Piskorskiego. Gdy jednak Tusk i Grzegorz Schetyna przystąpili do rozprawy
z "piskorczykami", poseł Kopacz zerwała stare znajomości.
Sam Piskorski twierdzi, że to dzięki jego wsparciu i namowom Ewa Kopacz przeszła
do Platformy. On także pomagał jej wygrać partyjne prawybory w Radomiu w 2001
roku. Wtedy Tusk miał innego faworyta na pierwsze miejsce na liście, które
jednak w partyjnych prawyborach przypadło Ewie Kopacz. Bliska współpraca Kopacz
z Piskorskim trwała jeszcze kilka lat, ale gdy były prezydent Warszawy wszedł w
konflikt z Tuskiem i Schetyną, nie mógł liczyć na pomoc posłanki z Radomia. –
Pani Ewa Kopacz była też jednym z najostrzejszych krytyków marszałka Schetyny,
gdy ten popadł w konflikt z Tuskiem. Chodziło zaś o tak fundamentalne sprawy jak
brak szybkiej polskiej reakcji na raport MAK czy podniesienie podatku VAT.
Minister zdrowia kilka razy "przeczołgała" za to Schetynę w obecności Tuska –
twierdzi senator Platformy.
Kopacz zapatrzona w dyktatorskie metody rządzenia partią przez Tuska powiela
jego metody na "swoim odcinku". W Radomiu kilka lat temu głośna była sprawa
radnej miejskiej Agnieszki Lisieckiej-Kowalczyk, która odeszła z PO w proteście
przeciwko "stosowaniu bolszewickich metod" w zarządzaniu partią przez poseł
Kopacz. Protest na niewiele się zdał, o czym działacze Platformy przekonali się
w 2010 roku, gdy wybierali kandydata w wyborach na prezydenta Radomia. Większość
chciała wystawić w nich posła Radosława Witkowskiego. Ewy Kopacz na posiedzeniu
nie było, ale wcześniej wykonała wiele telefonów do działaczy i ci nagle
zmienili zdanie, rekomendując jako kandydata na prezydenta Piotra
Szprendałowicza, jednego z najbliższych współpracowników pani minister. Ten
jednak wybory prezydenckie przegrał z kretesem z kandydatem PiS Andrzejem
Kosztowniakiem.

Liczy się lojalność
Pozycja Ewy Kopacz nie wynika z jej kompetencji, fachowości, ale z prywatnych
relacji z Donaldem Tuskiem – to opinia wielu członków Platformy. Sama Kopacz
przyznaje, że nieraz udzielała porad lekarskich Tuskowi, nazywała siebie nawet
"lekarzem klubu poselskiego Platformy". Zażyłość z szefem partii stała się
jeszcze większa, gdy Ewa Kopacz wspierała rodzinę obecnego premiera podczas
choroby matki Donalda Tuska. Dlatego tylko słabiej zorientowani członkowie PO
byli zaskoczeni, gdy w 2006 roku to Kopacz, a nie bardziej wtedy medialna poseł
Elżbieta Radziszewska, została ministrem zdrowia w gabinecie cieni Platformy.
Objęcie ministerialnego stanowiska w 2007 r. było już naturalnym krokiem w jej
karierze.
Gdy posłuchać relacji osób znających dobrze panią minister, można odnieść
wrażenie, że Kopacz ma cechy, które ją dyskwalifikują jako ministra. – To osoba
histeryczna, reagująca emocjonalnie w sytuacjach konfliktowych, potrafi
wybuchnąć płaczem, jeśli coś nie idzie po jej myśli. Jej metody rządzenia to
krzyk, tupanie – taką opinię usłyszeliśmy od kilku posłów Platformy, którzy nie
chcą zadzierać z przyszłym marszałkiem Sejmu i na krytykę pod nazwiskiem ich nie
stać. Zemsty Ewy Kopacz nie musi się już za to obawiać jej były partyjny kolega
Jan Artymowski. – Ewa Kopacz to jedna z najbardziej rozchwianych emocjonalnie
osób, jakie znałem – stwierdził kilka dni temu, pytany o jej kandydaturę na
fotel szefa Sejmu. Jeden z ministrów, który często przecież spotykał się z panią
Kopacz na posiedzeniach rządu, mówi, że nieraz zdarzało się, iż minister zdrowia
ponosiły emocje podczas dyskusji. Podnosiła wtedy głos, wręcz krzyczała. Ale nie
spotkały jej z tego powodu jakieś reprymendy ze strony Tuska, który innych
ministrów potrafił w takiej sytuacji przywołać do porządku. Teraz ta cecha może
przeszkadzać jej w kierowaniu Sejmem.

Minister od reform niedokończonych
Gdy Ewa Kopacz zjawiła się w gabinecie przy ul. Miodowej, zapowiedziała
wprowadzenie szybkich i gruntownych refom w ochronie zdrowia. I na zapowiedziach
się skończyło. Najpierw wymówką były weta prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale już
po jego śmierci reformy niewiele ruszyły z miejsca. Sukcesem Kopacz jest w
zasadzie tylko przyjęcie ustawy o komercjalizacji szpitali, czyli ich faktycznej
prywatyzacji, bo jakoś nie widać, aby pod jej rządami służba zdrowia działała
lepiej niż wcześniej. A już na kpinę z pacjentów zakrawają tłumaczenia Ewy
Kopacz, że kolejki do lekarzy wynikają z tego, iż pacjenci mają bardzo szeroką
ofertę usług medycznych i z tego korzystają.
Trzeba jednak przyznać, że minister Kopacz ma umiejętność przekuwania swoich
klęsk i porażek w sukcesy. Tak było choćby z rezygnacją rządu z zakupu
szczepionek na grypę. Kopacz i premier Tusk przekonywali, że Polska nie uległa
europejskiej panice i nie kupiła szczepionek, które okazały się zbędne i wiele
krajów miało potem problemy z niewykorzystanymi zapasami. Ale osoby znające
kulisy tamtej decyzji wspominają, że Tusk był gotowy kupić szczepionki, ale
resort zdrowia za późno ruszył z odpowiednimi procedurami i nie było szans na
sfinalizowanie zakupu w odpowiednim czasie. Paradoksalnie bałagan w resorcie
okazał się w tym przypadku bardzo dla nas korzystny. O pani minister i jej
podejściu do obowiązków najlepiej świadczy anegdota opowiadana przez byłego
szefa jej gabinetu politycznego. Ewa Kopacz opuściła kiedyś jedną z bardzo
ważnych narad w ministerstwie, bo dostała telefon… od krawcowej, z którą
konsultowała szycie sukienki.
– Wiele inicjatyw pani minister było strzałami ślepymi nabojami – mówi jeden z
wysokich urzędników resortu zdrowia. I jako przykład podaje program objęcia
matek i dzieci szczególną opieką medyczną. Tylko że pani minister chciała
wprowadzić powszechną rejestrację ciężarnych, a to byłby zamach na tajemnicę
lekarską i prawo pacjenta do intymności. – Lekarz akurat powinien być czuły na
te kwestie, PR zabił w pani minister lekarską wrażliwość – uważa nasz rozmówca.

Aborcja i Smoleńsk
Ale w niechlubnej historii Ministerstwa Zdrowia Ewa Kopacz zapisze się z dwóch
powodów. To wydarzenia, które w symboliczny sposób powinny ją dyskwalifikować
jako wysokiego urzędnika państwowego.
Pierwsza sprawa to pomoc Ewy Kopacz w znalezieniu szpitala, który przeprowadził
aborcję u 14-letniej "Agaty" z Lublina. Minister nie zważała na apele kierowane
do niej w tej spawie przez organizacje obrońców życia i biskupów. Dopięła swego
i w mediach nie okazywała nawet cienia skruchy z powodu czynnej pomocy przy
aborcji. Nie przeszkadzało jej to potem także w pokazywaniu się na
uroczystościach religijnych i zasiadaniu w pierwszych rzędach na Mszach
Świętych.
Druga to sprawa katastrofy smoleńskiej. Już 11 kwietnia Ewa Kopacz poleciała do
Moskwy, aby pomagać rodzinom w identyfikacji zwłok ich bliskich. Początkowo
zbierała słowa uznania za swoje działania, zaangażowanie, ze wszystkich stron.
Chwalono ją za to, że w Moskwie była bardziej lekarzem niż ministrem. Potem
jednak mit prysł jak mydlana bańka. I to sama Kopacz przyczyniła się do jego
obalenia. Rodziny ofiar i wielu Polaków wciąż pamiętają, jak minister zdrowia
przekonywała, że współpraca z Rosjanami układa się znakomicie, że Rosjanie nam
we wszystkim pomagają, że w sekcjach zwłok uczestniczyli także polscy
patomorfolodzy, że na miejscu katastrofy zebrano wszystkie ludzkie szczątki, a
ziemia została tam przekopana do głębokości metra i przesiana. Szybko jednak
wyszło na jaw, gdy rodziny zaczęły opowiadać o tym, co je spotkało w Moskwie, że
ani współpraca nie była tak sielankowa, ani lekarze nie zostali dopuszczeni do
sekcji zwłok, których dokumentacja w wielu przypadkach była sfałszowana. W
efekcie rodziny zaczęły mieć wątpliwości, czy na pewno pochowały swoich
bliskich. Im więcej czasu mija od katastrofy, tym przykładów rosyjskich
zaniedbań jest więcej. A w Smoleńsku nawet wiele tygodni po katastrofie
znajdowano ludzkie szczątki, tam gdzie podobno ziemia była przekopana i
przesypana na metr, jak mówiła minister Ewa Kopacz.

 

Krzysztof Losz

drukuj