Radość uderza do głowy
Ajajajajajajaj! Jak poucza poeta, "Smoła czarna jest i lepka, kreda zasię
biała jest. Komu w głowie pęknie klepka, niech uczyni czarny gest. Myśl ta
wzrosła jak cybula w głowie mędrca Kleobula…" – i tak dalej. W całym naszym
nieszczęśliwym kraju zapanowała radość z powodu zwycięstwa demokracji i nawet na
drugą półkulę, gdzie lud pracujący miast i wsi demonstruje przeciwko zachodnim
bankierom w samym legowisku finansowych grandziarzy, czyli na Wall Street w
Nowym Jorku, docierają odgłosy radości również od tych, o których powiadają, że
te wybory przegrali. W tej sytuacji wypada uznać, że skoro wygrała demokracja,
to znaczy, że nikt nie przegrał, tylko wszyscy wygrali i wszystkim należą się
nagrody. Jakże w takiej sytuacji się nie radować?
Toteż raduje się nie tylko Polska, ale nawet cała Europa, że oto do
zadowolnych ze swego rozumu normalnych narodów przybył jeszcze jeden. Podobnie
muszą radować się pacjenci domu bez klamek, kiedy infirmerowie przywiozą im –
dajmy na to – Napoleona albo innego Aleksandra Macedońskiego. Nic zatem
dziwnego, że z tej radości również pan premier Donald Tusk znowu się zapomniał,
podobnie jak po wyborach w roku 2007, kiedy to na fali euforii, wiosną roku 2008
aresztowany został Peter Vogel. Na skutek wywołanej tym wydarzeniem sekwencji
wydarzeń w roku 2009 wybuchła afera hazardowa, w nastepstwie której nie tylko
doszło do poważnych przetasowań w rządzie premiera Tuska, ale i on sam
zrezygnował z kandydowania w wyborach prezydenckich. Podobno miała go do tego
"namówić" Nasza Złota Pani Aniela, "lecz tymczasem na mieście inne były już
treści" – że mianowicie rezygnacja z kandydowania była karą za zuchwałą próbę
emancypowania się spod kurateli Sił Wyższych, które w swoim czasie Platformę
Obywatelską powołały do istnienia. Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było
– powiadał dobry wojak Szwejk – zwłaszcza że nie kąsa się ręki, z której się
jada.
No a teraz – znowu. W euforii wywołanej radością ze zwycięstwa demokracji pan
premier Tusk sprawia wrażenie, jakby znowu zapomniał, skąd wyrastają mu nogi, i
zadekretował, że do końca roku to znaczy – do zakończenia sławnej polskiej
prezydencji – nie będzie zmieniał składu rządu. Znaczy – sam mianował się nowym
premierem. Taka buńczuczność najwyraźniej nie spodobała się panu prezydentu
Bronisławu Komorowskiemu, który przypomniał premieru Tusku, że to on decyduje,
komu powierzy misję utworzenia tubylczego rządu. I rzeczywiście – jak zechce, to
może misję tę powierzyć nie tylko posłu Januszu Palikotu, ale nawet obdarzonej
mandatem reprezentantki naszego mniej wartościowego narodu tubylczego osoby, w
obecności której Wojciech Dzieduszycki pewnie powtórzyłby swoją sławną
inwokację: "Piękne panie, szanowni panowie i ty, Dawidzie Abrahamowiczu!". Z
demokracją nie ma żartów; jeśli większości spodoba się powierzyć reprezentowanie
narodu, dajmy na to, Incitatusowi, to Incitatus może zostać nie tylko premierem,
ale nawet prezydentem. Być może, że pan premier Tusk pod wpływem tego
delikatnego napomnienia się opamięta, ale jeśli nie, to nie jest wykluczone, że
czeka nas wykrycie jakiejś kolejnej afery – oczywiście już nie hazardowej, co
to, to nie, tylko jakiejś innej – bo nie ulega wątpliwości, że zwłaszcza w
demokracji Siły Wyższe mogą pogrążyć każdego. Los byłej pani premier Julii
Tymoszenko powinien stanowić dla każdego premiera wystarczającą przestrogę, że
co ma wisieć – nie utonie. Wprawdzie ostatnio również w gronie Sił Wyższych
nastąpiły i następują pewne przetasowania, ale już wkrótce stan równowagi
chwiejnej zostanie ponownie przywrócony, by nic już nie zakłóciło radości ze
zwycięstwa demokracji.
Stanisław Michalkiewicz
