Platforma dla nowej lewicy
Słowa prezydenta Lecha Wałęsy na temat obecności partii Janusza Palikota w
parlamencie mogą wielu szokować. Przypomnijmy, że Wałęsa wyraził pogląd, iż
dobrze by było, gdyby do Sejmu dostało się ugrupowanie lubelskiego skandalisty.
Dzięki temu można by "pogonić leni do roboty", a w dyskursie publicznym obecne
byłyby tematy, które należy zauważyć. Co do antykościelnej retoryki, którą się
posługuje Palikot, Wałęsa zadeklarował, że będzie się starał go nawrócić.
Antyklerykałowie w natarciu
Gdy analizuje się wypowiedź Wałęsy, rodzi się cała gama pytań. Dlaczego były
prezydent widzi miejsce na scenie politycznej dla Palikota, z konsekwentną zaś
niechęcią podchodzi do swoich oponentów z prawicy? Wciąż nawiązujący do retoryki
religijnej Wałęsa wspiera pośrednio w kampanii wyborczej skrajnie
antyklerykalnego skandalistę. Wszak musi sobie zdawać sprawę, że za Palikotem
idą projekty proaborcyjne, prohomoseksualne itp. Jeśli były prezydent chce
nawracać liberalnego skandalistę, to przecież niepotrzebna jest obecność tej
partii w Sejmie. Nawracanie będzie o wiele bardziej skuteczne w sytuacji porażki
antyklerykałów, a nie w sytuacji ich triumfu. Poza tym dlaczego Wałęsa do tej
pory nie zaczął procesu nawracania? Wszak Palikot nie od dziś, ale od kilku lat
wypowiada się skrajnie antykatolicko. Gdy był jeszcze w PO, wywoływał podobne do
dzisiejszych skandale, nie szanował ludzi i zasad. Czy, idąc dalej, Wałęsa
będzie również nawracał innych ludzi, którzy do Sejmu się dostaną z list Ruchu
Poparcia Palikota? Wszak znajdujemy tam kandydatów spod znaku "NIE" Urbana czy
antyklerykalnego pisma "Fakty i Mity".
Wszystkie te pytania zdają się w prosty sposób sprowadzać do absurdu wypowiedzi
Wałęsy. Dla wnikliwego obserwatora jednak słowa byłego prezydenta nie powinny
być przedmiotem logicznych analiz, ale okazją do przetestowania, co zamierzają z
polską sceną polityczną zrobić schowani z tyłu reżyserzy. Wałęsa broniący
Palikota i Platformy nie wahał się jeszcze niedawno atakować bardzo mocno IPN
(za czasów prezesury Janusza Kurtyki). Robił to wszystko, a jednocześnie
określano go jako "legendarnego przywódcę "Solidarności"". Z równą lekkością
atakuje nieraz współczesnych działaczy NSZZ "Solidarność", którzy ośmielają się
krytykować rząd Platformy. W tych sytuacjach Wałęsa nie mówi, że "Solidarność"
jest potrzebna w Sejmie, nie zamierza też udawać się do działaczy związku z
misją chrześcijańskiego nawracania.
Użyteczny Wałęsa
Jak już wspomniałem, dla wnikliwego obserwatora zachowanie Wałęsy może być
kluczem do zrozumienia, co architekci polskiej sceny politycznej chcą zrobić.
Były prezydent jest bowiem wykorzystywany jako użyteczne narzędzie do realizacji
różnorakich scenariuszy politycznych. I tak w omawianym przeze mnie przypadku
nie chodzi o to, że Wałęsa zachęci ludzi prawicy do głosowania na partię
Palikota. Odwołujący się jednak do religijnej symboliki były przywódca
"Solidarności" swoimi wypowiedziami ma niejako złagodzić wizerunek skandalisty
jako polityka antychrześcijańskiego. Propalikotowy głos Wałęsy (nawiasem mówiąc,
ciągle pokazującego się z emblematem religijnym w klapie marynarki) miałby tu
odegrać rolę swoistego moralnego alibi dla tych, którzy wciąż wahają się, czy z
powodów moralnych można na Palikota głosować. Ten wyrzut sumienia może wszak być
u wyborców mocny, szczególnie po wielu ostatnich wypowiedziach polskich
biskupów. Przypomina to trochę sytuację, w której wypowiedzi Wałęsy w sprawie
IPN stały się medialno-moralnym uzasadnieniem ustawowej pacyfikacji Instytutu.
Aby przypodobać się lewakom…
Widzimy zatem, że reżyserzy naszej polityki chcą Palikota na scenie sejmowej.
Jest to oczywiste chociażby po tym, jak poparcie dla Palikota zadeklarował
Andrzej Olechowski, dodajmy – najczęściej wykorzystywany w sytuacji generowania
nowych zagrań politycznych (przypomnijmy – był obecny przy powstawaniu PO).
Oficjalne sondażownie również windują rzekome poparcie dla politycznego
skandalisty. I nie chodzi tu tylko o to, aby ułatwić Tuskowi przyszłą koalicję (Palikot
zamiast SLD). Chodzi również o to, aby zadowolić lewackie kręgi międzynarodowe,
od lat niezadowolone z "nadmiernych", ich zdaniem, wpływów Kościoła w Polsce.
Zrozumiał to Tusk, zapowiadając jeszcze przed wakacjami ustawę o tzw. związkach
partnerskich i mówiąc, że nie będzie klękał przed księżmi. Grzegorz Napieralski
i SLD, rywalizujący od jakiegoś czasu z Palikotem o palmę pierwszeństwa w
realizacji lewackiego scenariusza, jest mniej przydatny. Obciążenie bagażem
postkomunizmu czyni działania SLD mniej wiarygodnymi i mniej skutecznymi.
Palikot zaś kreowany jest na nowoczesnego Zapatero polskiej sceny politycznej.
Zatem aktorzy tej sceny (czyli polscy politycy) w czasie kampanii wyborczej chcą
zadowolić reżyserów, by ci wystawili ich ponownie w roli ministrów, premierów,
posłów i senatorów. Nie cofają się przed niczym, byle te role przypadły im w
udziale.
Wojna kulturowo-religijna
Przygotowanie medialne i obyczajowe dla triumfu Palikota realizuje się poprzez
promocję ludzi w rodzaju "Nergala". Słowa "sztuka", "artysta" stały się dziś w
Polsce alibi dla skrajnie antychrześcijańskich, a nawet satanistycznych treści.
Po prostu jeśli coś zostaje uznane za sztukę, może obrażać, podżegać do
nienawiści. Jest wszakże jeden warunek: atak musi być wymierzony w katolików. I
tak pod płaszczykiem sztuki szerzy się w naszej Ojczyźnie ideologia nowej
lewicy. Nie ulega zatem wątpliwości, że po wyborach szykowane nam będzie coś w
rodzaju wojny kulturowo-religijnej w Polsce.
Oczywiście na froncie zmagań o "nową jakość polskiej sceny politycznej" w
pierwszej linii walczy "Gazeta Wyborcza". Króluje w niej twierdzenie, że jeśli
wygra wybory Platforma Obywatelska, to żyć będziemy w państwie, które "unika
konfliktów". Gdy wygra PiS, pojawią się "liczne pola konfrontacji i dzielenia
społeczeństwa" ("Gazeta Wyborcza", 1-2 października br.). Oczywiście
niekonfliktowe są: promocja związków homoseksualnych, przedwczesne posyłanie
małych dzieci do szkół, zamykanie stron internetowych krytycznych wobec rządu,
monopolizacja sceny medialnej itp. Konfliktowe są: rozliczenie komunizmu,
lustracja czy walka z korupcją. Bo to – jak się twierdzi – doprowadzi do
zablokowania inwestycji. A przecież Polska jest w budowie.
Zostawiając nieco na boku kwestie ideologiczne, bardzo interesująco w kontekście
rozwoju kampanii wyborczej rysuje się perspektywa przyszłej koalicji rządowej.
Donald Tusk może między bajki włożyć marzenia o jednopartyjnym rządzie. Cały
wysiłek polegający na upodobnieniu się PO do SLD spełzł na niczym. Na nic się
bowiem nie zdały ciepłe gesty prezydenta Bronisława Komorowskiego w kierunku
Wojciecha Jaruzelskiego. Nie pomogło ustawowe uderzenie w IPN, a nawet lewackie
pomysły legislacyjne (penalizacja klapsa, parytety płciowe na listach
wyborczych, zapowiedź ustawy o związkach partnerskich itp.). Zatem Tusk nie
tylko nie będzie mógł stworzyć rządu jednopartyjnego, nie wiadomo, czy wystarczy
głosów koalicjanta z PSL. Wtedy niezbędne będą głosy lewicy. Pojawienie się na
horyzoncie partii Palikota daje szansę wyeliminowania SLD. Partia Napieralskiego
o tyle jest niewygodnym koalicjantem, że kojarzy się z dziedzictwem komunizmu.
Palikot jest przedstawiany jako nowoczesna europejska lewica, zresztą niedawno
był członkiem PO i jako lewe skrzydło Platformy w sposób bezwzględny był
wykorzystywany do zwalczania przeciwników politycznych. Zatem w mediach mamy
dziś promocję bardziej ludzi Palikota niż SLD, ci pierwsi bowiem są o wiele
bardziej użyteczni dla zrealizowania rewolucji kulturowej w Polsce, będą też
łatwiejszym koalicjantem dla PO.
W tej wizji koalicyjnej jest jednak pewien mankament. Otóż do tej pory Platforma
konsekwentnie straszyła wyborców rządami PiS, nawet perspektywą zablokowania
inwestycji w sytuacji ewentualnego rozliczenia różnych nieprawidłowości w
przetargach. Dziś Jarosław Kaczyński pokazał realną możliwość koalicji PO z
Palikotem. Dla umiarkowanych wyborców jest to perspektywa nie do zniesienia,
szczególnie w kontekście medialnych skandali z Nergalem. Dla osłodzenia takiej
perspektywy wykorzystywany jest chociażby wspomniany Lech Wałęsa. Równie mocno
uspokaja Jarosław Gowin, który twierdzi, że za pomocą różnych gier sejmowych do
takiej koalicji (ani z SLD, ani z Palikotem) nie dojdzie. Oczywiście jest
możliwy manewr w postaci rządu mniejszościowego przy zewnętrznym poparciu rządu
ze strony Ruchu Poparcia Palikota. Jednakże rząd taki za każdym razem za
stosunkowo dużą cenę musiałby w Sejmie kleić doraźną większość, co w dłuższej
perspektywie byłoby nie do utrzymania.
Zatem wiele wskazuje na to, że zwycięstwo PO w wyborach oznacza po prostu udział
Janusza Palikota w koalicji. Skutki takiego układu mogą być niezwykle daleko
idące. To nie tylko próba wprowadzenia różnorakich radykalnych rozwiązań w
kwestii aborcji czy małżeństw homoseksualnych. Należy się liczyć z kolejnym
ideologicznym atakiem na szkolnictwo, media publiczne itp. Jak już pisałem,
oprócz elementu taktycznego (łatwa koalicja PO – Ruch Palikota) środowiskom
lewackim na Zachodzie chodzi o zrewolucjonizowanie Polski na wzór Hiszpanii
(pamiętajmy – kraju niegdyś również katolickiego).
