Robot w Polsce, pacjenci w Berlinie
Z prof. dr. hab. med. Wojciechem Witkiewiczem, dyrektorem Wojewódzkiego
Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu, rozmawia Marek Zygmunt
Po raz pierwszy w Polsce odbyły się Międzynarodowe Warsztaty Chirurgii
Robotowej. Dlaczego podjął się Pan ich organizacji?
– To było, można powiedzieć, historyczne spotkanie. Dotąd bowiem polscy lekarze,
którzy chcieli się szkolić w zakresie chirurgii robotowej, musieli wyjeżdżać za
granicę na często bardzo kosztowne zajęcia. Bywało i tak, że najzdolniejsi już
do kraju nie wracali, bo nasze placówki służby zdrowia nie dysponowały sprzętem,
na którym mogliby odpowiednio wykorzystać swoje kwalifikacje.
Wśród ponad trzydziestu uczestników warsztatów z różnych ośrodków medycznych w
Polsce byli zarówno zupełnie młodzi, jak i doświadczeni specjaliści z tytułami
profesorskimi. Przez dwa dni poznawali funkcje i uczyli się obsługi robota "da
Vinci" – w teorii i na żywo. Po wstępnym przeszkoleniu każdy po kolei wchodził
na salę operacyjną i zasiadał przy sprzęcie, z którym większość z nich miała do
czynienia po raz pierwszy. W tym czasie inni byli zgromadzeni w sali
audiowizualnej, skąd obserwowali relację z bloku operacyjnego. Uważam, że takich
szkoleń musi być więcej, przede wszystkim, by przekonać decydentów do tej metody
leczenia. Moim zdaniem, patologiczny jest sposób liczenia pieniędzy, w którym
innowacyjność nie jest mile widziana.
Nie jest? A ciągle słyszymy, że jest…
– W Polsce sytuacja chirurgii robotowej jest dosyć dziwna. Wśród procedur, na
podstawie których przyznawane są środki finansowe, nie ma bowiem jedynie tej
dotyczącej właśnie medycyny robotowej. Dlatego Narodowy Fundusz Zdrowia czuje
się zwolniony z obowiązku płacenia za tego typu operacje.
W wielu pozostałych krajach europejskich sytuacja jest zupełnie inna. W Belgii
policzono bardzo dokładnie na przykładzie prostetoktomii, czyli usunięcia
gruczołu krokowego z powodu nowotworu, że procedura robotowa jest tańsza od
klasycznej o 1400 euro – przy całkowitym koszcie operacji sięgającym 8400 euro.
Belgowie inaczej podchodzą do liczenia kosztów. Biorą pod uwagę nie tylko
konkretną procedurę operacyjną, jak u nas NFZ, ale wszystkie koszty leczenia
danej jednostki chorobowej, tzn. koszty zwolnień z pracy, leczenia ewentualnych
powikłań oraz to, co płaci Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Również Amerykanie
obliczyli, że np. usuwanie przy pomocy robota macicy jest o 1400 dolarów tańsze
niż przy zastosowaniu klasycznej metody.
Minister Ewa Kopacz też powinna wykonać takie obliczenia.
– Kilkakrotnie pisałem już do Ministerstwa Zdrowia, aby ten problem jakoś
rozwiązać. Sugerowałem, by operacje robotowe poddać ocenie w zakresie
technologii medycznych i żeby rzetelnie licząc, ustalić warunki, jakie powinien
spełniać ośrodek, który będzie wprowadzał nowe procedury robotowe. Moje sugestie
nie spotkały się jednak z żadną reakcją ze strony minister zdrowia. Jest takie
powiedzenie, że głową muru się nie przebije. Ale ja nadal będę usilnie o to
zabiegał, bo uważam, że od chirurgii robotowej nie ma w Polsce odwrotu. Myślę,
że w naszym kraju nie jest to urządzenie, które miałby posiadać każdy szpital.
Powinno ono znajdować się w centrach specjalistycznych, tak jak jest to np. w
Czechach. Wykonuje się tam tysiące operacji robotowych, co z kolei przyczynia
się do większej wprawy, precyzji i mniejszych kosztów. Tymczasem w Polsce –
parafrazując to, co dotychczas powiedziałem – biedny dwa razy traci. Chcemy
taniej, ale okazuje się, że to jest droższe.
12 sierpnia na łamach "Naszego Dziennika" rzecznik prasowy Ministerstwa
Zdrowia zapewniał, że minister zdrowia i prezes NFZ planują spotkanie z
przedstawicielami szpitala, by raz jeszcze omówić wszystkie kwestie związane z
robotem "da Vinci". Nie osiągnięto na nim porozumienia?
– Dotąd nie doszło, mimo moich próśb, do żadnych rozmów z panią minister i
prezesem NFZ. Z kolei marszałek województwa dolnośląskiego publicznie ogłosił
pod koniec lipca br. decyzję zarządu województwa o przekazaniu miliona złotych
na operacje robotowe. Wszystko wskazuje na to, że zaakceptują ją na dzisiejszej
sesji radni Sejmiku Województwa Dolnośląskiego. Ale marszałek sam stwierdził, że
jest to tylko doraźne rozwiązanie i że będzie osobiście w tej sprawie
interweniował zarówno w Ministerstwie Zdrowia, jak i u kierownictwa NFZ.
Powiedział Pan, że od medycyny robotowej nie ma w Polsce odwrotu. Dlaczego?
– Chirurgia robotowa jest następnym etapem rozwoju chirurgii małoinwazyjnej,
czyli laparoskopowej, która w obecnym kształcie wykorzystała już wszystkie
możliwości. Pozwala na precyzyjne, ergonomiczne, bardzo dokładne operowanie i
dotarcie do tych jam i zakątków ludzkiego organizmu, które są bardzo trudno
dostępne zarówno w laparoskopii, jak i w chirurgii klasycznej.
Narzędzia, którymi posługuje się chirurgia robotowa, mają zakończenia
odzwierciedlające ruchy nadgarstka chirurga. Są one możliwe w siedmiu
płaszczyznach. Jest to w wielu przypadkach chirurgia, która znosi drżenie ręki
chirurga i pozwala na dziesięciokrotne powiększenie obrazu pola operacyjnego.
Chory nie traci też tak dużo krwi jak w operacjach klasycznych. Teraz np. przy
operacjach prostaty, stosując metodę klasyczną lub laparoskopową, musimy mieć 3
do 4 jednostek krwi, natomiast przy chirurgii robotowej pacjent traci średnio
około 100-150 mililitrów krwi. Małoinwazyjność pozwala na to, że chory szybciej
wraca do zdrowia, zużywa mniej leków przeciwbólowych, antybiotyków. Mamy też w
tym przypadku do czynienia z mniejszą ilością powikłań, które są związane z
chirurgią klasyczną.
Koszt operacji prowadzonych przy wykorzystaniu robota "da Vinci" waha się w
granicach od 5 do 35 tys. złotych. Najdroższa jest operacja usunięcia raka
odbytnicy. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę koszty, których NFZ nie uwzględnia (np.
wydatki ZUS związane ze zwolnieniami, niezdolnością do podjęcia pracy, kupieniem
lekarstw), to leczenie "robotowe" może się okazać tańsze od tradycyjnego.
Kto w takim razie i na jakich zasadach, biorąc pod uwagę obecne realia, może
być operowany przy użyciu robota "da Vinci"?
– Zainteresowanie tymi operacjami jest ogromne. W tej chwili czas oczekiwania
wynosi około dwóch lat. Chorzy – nawet mimo chęci – nie mogą sami płacić za
operacje. Dlatego staramy się o granty naukowe i szukamy sponsorów, którzy
chociaż częściowo mogliby pokryć koszty narzędzi zakupionych do operacji.
Jesteśmy bowiem placówką publiczną i nie możemy w świetle obowiązujących w tym
zakresie przepisów pobierać żadnych środków finansowych od osób prywatnych. W
tej sytuacji chorzy sami jadą np. do Berlina. Płacą często dużo więcej. I są
operowani. To jest tylko jeden z wielu paradoksów w systemie finansowania naszej
polskiej służby zdrowia.
Dziękuję za rozmowę.
